Marnym wytchnieniem jest też czas pokoju, choć to dwie trzecie południowo-sudańskiego życia, bo wypełniają go bieda i powodzie, które ostatnio nawiedzają ten kraj rok w rok. Najgorszym chyba jednak, co spotkało 12 milionów mieszkańców Południowego Sudanu to fatalni przywódcy, źródło większości ich nieszczęść.
Który przywódca jest ważniejszy
Nawet gdy jeszcze toczyli wspólną wojnę o wolność i prawo do secesji od Sudanu, Salva Kiir, dzisiejszy prezydent i Riek Machar, wiceprezydent, jeszcze zacieklej walczyli między sobą o to, który pierwszy, który ważniejszy. Górą zwykle był Kiir, który w tamtych czasach podlegał jeszcze Johnowi Garangowi, wspólnemu przywódcy trwającego pół wieku powstania.
Garang i Kiir wywodzili się z Dinków, najliczniejszego z ludów Południowego Sudanu, dawnego niewolniczego zagłębia dla Arabów z północy. Machar jest Nuerem i będąc w mniejszości, niewielkie miał szanse na pierwszeństwo. Wierzy ponoć w popularną wśród Nuerów przepowiednię, że pewnego dnia jeden z nich zostanie przywódcą kraju, a będzie go można poznać po wydatnej szczerbie na przedzie zębów oraz tym, że będzie mańkutem.
Nie wahał się więc zdradzać raz po raz powstanie, zwłaszcza jeśli nagrodą za wiarołomstwo było wysokie stanowisko i jeszcze wyższe uposażenie w Chartumie, stolicy rządzonego przez Arabów sudańskiego państwa, od którego czarne południe usiłowało się oderwać.
Garang tego nie doczekał. Zginął w katastrofie śmigłowca w 2005 roku wkrótce po tym, jak Sudan zgodził się na rozwód z Południem. Kiedy w 2011 roku ogłosiło ono niepodległość, na jego czele stanął Salva Kiir, a Machar został jego zastępcą. Podział władzy miał pogodzić wrogich polityków, a przede wszystkim ludy, którym przewodzili, Dinków z Nuerami.
Świat jest zajęty innymi wojnami
Iluzja szybko jednak prysła, po raz kolejny okazało się, że nie wszystko da się zszyć, nawet najlepszą nicią. Mściwość, pycha i chciwość wzięły górę nad powinnością służby i dbałości o wspólne państwo, w wojnie o które zginęło 2 mln ludzi. W 2013 roku Kiir i Machar znów skoczyli sobie do gardeł, a zanim ich rozdzielono, w pięcioletniej wojnie Dinków z Nuerami zamordowano kolejne pół miliona ludzi.
Dziś nowy konflikt wisi na włosku, bo Kiir kazał osadzić Machara w areszcie domowym, a Dinkowie i Nuerowie już szykują się do walki.
Tym razem jeszcze trudniej będzie ich rozdzielić. Świat zajęty jest innymi sprawami i innymi wojnami. Nie kiwnął palcem, by powstrzymać trwającą dwa lata wojnę w Sudanie, nie wzruszy się tym bardziej niedolą Południowego Sudanu.
Zwłaszcza, że po latach spokojniejszych, w Afryce nastały ostatnio czasy złe, wojenne. Wojna wciąż toczy się w Sudanie, któremu grozi nowy rozpad, tym razem na Wschód i Zachód czyli Darfur. Jeśli Darfur ogłosi secesję, wojna ogarnie z pewnością także sąsiedni Czad. Wojna toczy się na wschodzie Konga, afrykańskiego kolosa, a Etiopia znów się bierze za łby z Erytreą. W Somalii dżihadyści znów podchodzą pod stołeczne Mogadiszu, a ich bracia w świętej wojnie walczą też na Sahelu, nad jeziorem Czad i nad równikiem.
Pomoc nie nadejdzie, bo za przykładem Ameryki, globalnego mocarstwa i żandarma, możni tego świata zamierzają zajmować się swoimi sprawami i robić tylko to, z czego będą spodziewać się dla siebie korzyści. Epoka solidarności i pomocy słabszym odchodzi w przeszłość, nastają zaś czasy egoizmów, kultu siły i dyktatur mocarzy.
Czy niepodległość się opłaca
Niepodległa Afryka sprzeciwia się rewizjom granic, sztucznie wykreślonych i otrzymanych w spadku po europejskich imperiach kolonialnych. Jest bardzo niechętną akuszerką nowych państw, rodzących się po krwawych wojnach. Tylko dwa razy zgodziła się uznać nowe państwa powstałe z rozpadu starych. W 1993 roku uznała niepodległość Erytrei, która po 30-letniej wojnie oderwała się od Etiopii, pozbawiając ją tym samym dostępu do morza. Drugim, nowym państwem, na które zgodziła się Afryka, jest Południowy Sudan.
Ich niepodległe losy sprawiają, że najwięksi sceptycy pytają złośliwie: czy było warto? Dla Erytrei wolność okazała się nowym więzieniem, z tą różnicą, że zamiast etiopskich strażników, surowego porządku i dyscypliny pilnuje w nim przywódca ruchu wyzwoleńczego Isajas Afewerki, dziś prezydent kraju, już prawie osiemdziesięcioletni panujący niemiłościwie już czwartą dekadę. Wojna wyniosła go do władzy i służy mu dalej. Wdając się w nieustanne awantury z Etiopią, Afewerki utrzymuje poddanych pod bronią i w ciągłej musztrze, bo służba wojskowa jest w niepodległej Erytrei obowiązkowa i bezterminowa.
Południowy Sudan radzi sobie jeszcze gorzej, bo jako niepodległe państwo stał się nędzarzem, błagającym o jałmużnę i nowymi polami śmierci, z których nie ma nawet dokąd uciec. Zarządzają nimi ludzie, którzy mieli prowadzić ku świetlanej przyszłości, a wiodą jedynie do zguby. Już dawno obaj powinni stanąć przed międzynarodowym trybunałem za wojenne zbrodnie, ale zamiast ich sprawiedliwie osądzić i pomóc mieszkańcom Południowego Sudanu uwolnić się od nich, świat upiera się, że powinni rządzić dalej, w dodatku razem, dzieląc się władzą. Im że dobrze to posłuży narodowej zgodzie.
John Garang przewraca się pewnie w grobie. Isajas Afewerki zaciera ręce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















