"Pikoń istnieje"

Kocham Targi Książki w Krakowie. Kocham je z wielu powodów, ale względy obyczajowe nie pozwalają mi ich wszystkich wyjawić. Nie byłem tylko na pierwszych, jeszcze eksperymentalnych, kiedy stalowa rękawica rzucona w pewne oblicze mało rycerskiej Warszawy została potraktowana przez wyzwanego do pojedynku z nieukrywanym lekceważeniem. Zemsta upokorzonej przez historycznego młodzika byłej stolicy Polski jest straszliwa. Krajowe Targi Książki w Warszawie stały się mało znaczącą imprezą handlową, a spotkanie książkowych szaleńców w Krakowie jest wielkim wydarzeniem. Nie tylko zresztą kulturowym, ale także społecznym.
Czyta się kilka minut

Przez wiele miesięcy przed październikowym zjazdem w wydawnictwach, hurtowniach, księgarniach, nawet tych leżących na rubieżach Polski, trwa mobilizacja. Sądzę, że nawet krakowscy restauratorzy, wbici w dumę przez Makłowicza i Bikonta, nie wspominając już o słynnym smakoszu potraw zawierających wielkie ilości czosnku Jerzym Illgu, specjalnie przygotowują się do tej niezwykłej imprezy. (Co do Jerzego Illga, miałem szczęście wymienić z nim namiętny, męski, pożegnalny pocałunek po wyjściu ze znakomitej restauracji podającej dania kuchni korsykańskiej. Dzięki temu wiem, jak się czuł Smok Wawelski po spożyciu owieczki wypełnionej siarką przygotowanej przez podstępnego Szewczyka Dratewkę. To były zresztą niezapomniane chwile. Myślę oczywiście o szeroko rozumianym klimacie towarzyszącym promocji książki Dariusza Nowackiego wydanej w roku 1999 przez Znak “Zawód: czytelnik, notatki o prozie polskiej lat 90", a nie o oszołomieniu, w jakim trwałem po nieoczekiwanym spotkaniu z ustami pełnymi tajemnych znaków, prowadzony później pewną ręką Wojciecha Bonowicza do hotelu).

7. Targi Książki w Krakowie jak zwykle mnie nie zawiodły. Spotkałem na nich dziesiątki przyjaciół i znajomych (obojga płci), którym czas (a raczej jego brak) pozwala przyjeżdżać do Krakowa niestety tylko raz w roku. Kupiłem lub dostałem w prezencie kilkadziesiąt znakomitych książek, które w tej chwili z ogromnym wzruszeniem czytam. Większość z nich została napisana przez polskich autorów, a ich nieprawdopodobnie wysoki poziom przypomina, że ludzie z małym rozumkiem powinni już przygotowywać się do ostatecznego odejścia. Jeśli jednak mnie coś uparcie, choć może niezasłużenie, przy życiu trzyma, to rozmaite przyjemne ontologiczne niespodzianki.

Uczestnicząc w niezwykle udanym przyjęciu zorganizowanym przez Wydawnictwo Helion z okazji wydania tysięcznego tytułu i sprzedaży 2.5 miliona egzemplarzy książek stwierdziłem, że prezes tego wydawnictwa Andrzej Pikoń jest bytem rzeczywistym, a nie wirtualnym. Miałem prawo do takich podejrzeń nie tylko dlatego, że obejrzałem dwie części “Matrixa". Katalog Wydawnictwa Helion, uważnie przeczytany, podskórnie sugerował, iż istnienie cyfrowe jest znacznie ważniejsze niż faktualne. Doświadczenie zdobyte w “łódzkiej szkole metodologicznej" pozwoliło mi zaproponować trzem rzeczywistym wiceprezesom wydawnictwa, którzy nie bacząc na późną godzinę uczestniczyli w ad hoc zwołanym seminarium naukowym, test na “Istnienie Pikonia".

Pierwsze minuty trwania tego eksperymentalnego testu dały mi wiele naukowej satysfakcji, gdyż mimo wysiłku wielu badaczy nikt z nich nie był w stanie dostarczyć twórcy eksperymentu (skromnie przypominam, że ja nim byłem) Pikonia żywego. Postawienie dobrej hipotezy nie zawsze jednak wiąże się z jej potwierdzeniem. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań, w czasie których badacze trwali wiernie na naukowych posterunkach (bardzo im w tym pomagali Szkoci oraz Meksykanie, a precyzyjnie mówiąc, wymyślone przez nich trunki) grono wybitnych naukowców zmuszone zostało do odrzucenia wstępnej hipotezy. Andrzej Pikoń okazał się bytem rzeczywistym, co więcej, roześmianym i z włosami mocno zmierzwionymi. Próby podejmowane przez wiceprezesów, by je ujarzmić grzebieniem, okazały się nieudane. Twarde warunki weryfikacji “istnienia Pikonia" zostały na szczęście potwierdzone. Nie taję, że jednym z najsilniejszych dowodów było wyjątkowo spontaniczne, ale pełne racjonalnych argumentów, oświadczenie jego asystentki. Jak wiadomo, pewnych prawd, takich jak plakietka z nazwiskiem na czarnym swetrze podejrzanego bytu, nawet naukowiec nie może ignorować.

Tak więc, w piątek 25 października 2003 r. (a może to było już sobota) nauka polska odnotowała kolejny sukces. Wykorzystując oryginalną koncepcję, zrodzoną na 7. Targach Książki w Krakowie, udowodniła z bardzo wysokim prawdopodobieństwem, że Andrzej Pikoń istnieje. Teraz wraz z licznym gronem badaczy możemy spokojnie czekać na Nagrodę Nobla. W końcu “dowód na istnienie Pikonia" - materiały empiryczne do wglądu - był chyba lepiej przemyślany niż fizyczny test na istnienie kwarka zwanego poetycko “powabnym". Musicie mi uwierzyć na słowo. Pikoń porusza się ze znacznie większą prędkością.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2003