Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Opera w terenie

Opera w terenie

30.09.2013
Czyta się kilka minut
Pytałem moich studentów, czy byli kiedyś w operze. zwykle odpowiadali przecząco. Dlaczego?
N

Niewątpliwie dlatego, że nikt im tego nie zaproponował. Ani szkoła, ani dom nie wzbudziły w nich takiej potrzeby; sami zaś nie mieli przekonania, że warto.
Tymczasem przychodzili do mnie na zajęcia poświęcone arcydziełom teatru operowego, na wykład o współczesnych inscenizacjach operowych – choć nawiasem mówiąc w programach studiów kulturoznawczych opera po prostu nie istnieje; tworzący obowiązujące do niedawna „standardy kształcenia” jakoś jej nie dostrzegli...
Cóż, mogłem tylko podszepnąć studentom – zainteresowanym rozmaitymi formami animacji kultury i obecnością w środowisku artystycznym miasta – że opera była przez wieki najbardziej prestiżową formą teatru i że nie powinna nudzić ich bardziej niż średniowieczne malarstwo tablicowe. Wybrali się więc ze mną na „Traviatę” i przyjrzeli, jak funkcjonuje przedstawienie operowe. Co ciekawe, w kolejnym semestrze, gdy już nie mieli ze mną zajęć, spotykałem ich nieraz w teatrze. Chcieli więc poznać coś, co dotychczas było im zupełnie obce, a jakoś ich – na szczęście – zainteresowało.
Sytuacja moich studentów jest zdecydowanie lepsza niż moja w ich wieku. Mają do dyspozycji niezliczone nagrania, transmisje, jeżdżą po Polsce, bywają za granicą – mogą obcować z operą w rozmaitych jej formach i konwencjach. Na przełomie lat 70. i 80. pozostawało mi chodzić na przedstawienia w rodzinnym mieście średniej wielkości. Cóż, nie da się ukryć: gdyby rodzice nie zabierali mnie od dziecka do teatru muzycznego, nie miałbym potrzeby „bywania” i samodzielnego kupna pierwszego biletu w wieku lat 12. Do innych ośrodków operowych jechało się wówczas kilka godzin, nagrań wideo jeszcze nie było, o płyty też było trudno.
Organizowanie widowni
Piszę o tym, gdyż nie zgadzam się z poglądem, jakoby utrzymywanie kilkunastu teatrów operowych w Polsce mijało się z celem, bo nie stać nas na nie i nie prezentują „europejskiego” poziomu.
To przecież miejsca edukacji operowej, kształtowania potrzeby poznawania tej twórczości. Z zazdrością patrzę na Niemcy, które utrzymują teatry operowe także w niedużych miastach. Wystawiane tam dzieła często przekraczają ich możliwości artystyczne, stwarzają jednak nieocenioną możliwość obcowania z żywym przedstawieniem. Na najbardziej popularnych operach, na czele z „Czarodziejskim fletem” i „Wolnym strzelcem”, spotykam w Niemczech szkolne wycieczki, bo nasi sąsiedzi wciąż są przekonani, że wiedza o operze powinna być częścią wykształcenia ogólnego. Skoro młodzi poznają kanon w mniej lub bardziej tradycyjnych inscenizacjach, nic dziwnego, że „teatr reżyserski” jest dla nich równie atrakcyjny. Tymczasem w Polsce udało się skutecznie zniszczyć szkolny system wychowania muzycznego.
Nie uda się pewnie wrócić do niesłusznie ośmieszanego sposobu „organizowania widowni”. Można jednak tworzyć programy edukacyjne dla uczniów i studentów. Z moich doświadczeń znakomicie wspominam spektakle studenckie, poprzedzone półgodzinnym wprowadzeniem, na które przychodziło coraz to więcej słuchaczy.
Punktem wyjścia sensownej edukacji operowej nie może być narzekanie. Trzeba po prostu pogodzić się z faktem, że dla młodzieży opera nie jest tradycją żywą, że trzeba o niej mówić i pisać jak o czymś nieznanym, co może się okazać ciekawe i atrakcyjne pod względem artystycznym. Z podobnych założeń wychodzą filologowie klasyczni, którzy zrozumieli, że tradycja edukacji klasycznej została przerwana. A jednak udaje im się rozbudzić zainteresowanie młodzieży, choćby przez konkursy wiedzy o starożytności.
Skoro więc szkoła nie przygotuje widzów teatrom operowym, teatry muszą o to zadbać we własnym zakresie. Wbrew pozorom uczniowie są bardzo otwarci na to, czego nie znają – trzeba tylko wzbudzić w nich przekonanie, że nie patrzymy na nich z góry i nie traktujemy jak ignorantów.
Zabawy w Wielkim
Proponowane przez Teatr Wielki – Operę Narodową działania edukacyjne pozwalają mieć nadzieję, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Rozmaitość programów, dostosowanie ich do wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców, atrakcyjność form, interaktywność spotkań, zróżnicowany charakter tematów i dzieł – to wszystko jest ogromnie ważne.
Teatr przejął zadania, jakie dawniej spełniało szkolne wychowanie muzyczne. Najmłodszych (już pięciolatki) uczy elementarza, bez znajomości którego trudno pójść dalej („Poranki muzyczne”, „Tajemnice baletu”, „Jutropera”). Wychodzi „w teren”, do szkoły, zaprasza do siebie. Angażuje nauczycieli, proponując im warsztaty, pomagające zrozumieć istotę swej sztuki. Zaprasza do jej poznawania całe rodziny, integrując je wokół opery i tańca („Rodzinne zabawy w Wielkim”). Proponuje atrakcyjne w formie gry edukacyjne („Poszukiwacze operowych dźwięków”) oraz konkursy, których jurorami są znane osobistości ze świata sztuki. Pokazuje operę w dialogu z fotografią, tańcem, scenografią („fot. ON”, warsztaty taneczne i projekt scenograficzny dla szkół średnich). Odpłatność za udział w zajęciach jest symboliczna, niektóre są darmowe. Teatr Wielki – Opera Narodowa pamięta też o spektaklach dla dzieci i odpowiednio zaadaptowanych wersjach „prawdziwych” dzieł.
Działalność edukacyjna Teatru Wielkiego – Opery Narodowej jest bez wątpienia wzorcowa. Rozmachem nie ustępuje teatrom berlińskim, daje przykład mniejszym ośrodkom operowym, które przecież i tak czynią wiele.
***
Warto w uczestnikach budzić przekonanie, że biorą udział w czymś wyjątkowym, że są wybrańcami losu i sztuki. Nie narzekajmy. Spójrzmy na to pozytywnie, jak na tworzenie elity, która w dorosłym życiu będzie traktować chodzenie do opery jako coś oczywistego.  

PIOTR URBAŃSKI jest historykiem literatury i operologiem, profesorem Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, współpracuje z „Ruchem Muzycznym”. Współredaktor tomów „Od literatury do opery i z powrotem” i „Opera wobec historii”, autor książki „»David musicus« i inne studia z pogranicza tradycji klasycznej i historii opery” (w druku).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]