O czym mówić?

Widzialne stało się niewidzialne.
Czyta się kilka minut

Ongiś rozmowa o polityce była sensem towarzyskiego spotkania. Dziś podejmowanie, w szerszym zwłaszcza gronie, przemyśliwań politycznych, uważane jest za rodzaj wulgarnej prowokacji, za pomysł na nużącą wymianę identycznych poglądów bądź pretekst do jatki plemiennej. Zresztą – przyznajmy – nie ma już o czym rozmawiać ni czego analizować. Drugie dno polityki, warte kiedyś odmulania za pomocą flaszki czy fantazji, zniknęło. Rozmowa o polityce stała się jałowizną, bez której można, a wręcz należy się obejść, zwłaszcza gdy podjęliśmy zobowiązanie, że w towarzystwie ma być miło i ciekawie. Ogromny zbiór tematów zanurzył się w śmierdzącym bagnie, pośród odrażających odgłosów, i tamże się marynuje.

Pustkę po polityce wypełniły mało ciekawe rozmowy o podróżach albo o jedzeniu. Na każdy z tych tematów szkoda czasu, z tego prostego powodu, że wszyscy już byli wszędzie, wszyscy mieli identyczne przygody, takoż jedli już wszystko, a co się komu spodobało albo smakowało, tego nijak nie da się twórczo zderzyć z tym, co się nie podobało bądź nie smakowało. Z racji klinicznego w narodzie przywiązania do własnego zdania.

Delikatną nadzieją na odrodzenie dysputy były pojawiające się tu i ówdzie rozmowy o winie. Winie do picia, a nie winie rozumianej jako wyposażenie pralni sumienia. Nie ukrywajmy jednak, że gdy miast wódy pojawiło się w ustach wino, nie zyskaliśmy automatycznie radosnego wokabularza czy śródziemnomorskiej wrażliwości. Język polskich miłośników win jest bardzo bistorowy w dotyku i pozbawiony smaku winorośli. Przypomina rozmowy o wyposażeniu warsztatów, przylega jak ulał do rozmów o bimbrze czy kolorze lamperii w izbie wytrzeźwień. Wywodów o winie nie da się już słuchać bez smutku i bez nadziei na ich koniec.

Im w rozmowach mniej polityki, tym więcej chorób. Ojczyste pogwarki o chorobach przeniknięte są fachowością na poziomie współczesnych magisteriów – wszystkie sprowadzają się do dobrotliwej porady, by pić mleko z sokiem z cebuli, jeść czosnek główkami, unikać lekarzy i antybiotyków. Są to wnioski powszechne, kiedyś uderzające terapeutyczną swojaciną, dziś szare i zgasłe.

Rozmów o pieniądzach nigdy mało, choć to przecież temat prosty. Cóż z tego jednak – większość tych dysput to od lat rozmowy o ich braku. Brak forsy jest tematem przykrym, trudno z tego wykrzesać powab. Mało ludzi, z racji powszechnej niechęci do bogaczy, umie wyświetlić zebranym wspaniały widok swego tańcowania wśród polatujących banknotów. Zresztą metą rozmów o pieniądzach są zawsze Żydzi: to proste i nie wymaga dłuższych objaśnień.

Cóż zatem zostaje? Literatura? Owszem, można o niej pogadać w rezerwatach dla czytających. O piłce? Ile można? Wieczorki poświęcone religii i teologii kończą się wnioskiem o definicję niepokalanego poczęcia – co już nikogo nie może zająć na dłużej. Ongiś sycące były fantazje o życiu na innych planetach czy niespodziewanych wizytach Obcych. Teraz Obcy uruchamiają wyłącznie amatorów z prowincji kosmosu. Owszem, obcy mieszkający w sąsiedztwie to temat modny, ale nie ukrywajmy: jest to zawsze referat na poziomie redaktora Kolonko i jego wielbicieli z Ciupago.

Nadzieją obumierających rozmów był zawsze seks. Temat szalenie bezpieczny, niewymagający erudycji czy zaawansowanego słownictwa. Jakie takie obeznanie wystarczyło, by błysnąć gibkością i zdobyć szacunek publiczności. Rozmowy o seksie wymazywały mozół podejmowania analizy politycznej. Oto te czasy bezpowrotnie minęły. Dziś seks i jego okoliczności to temat dla furiatów, seks został sprzężony z analizą danych, o seksie rozmawiają albo księża, albo katecheci, albo spece od demografii. Rozmowy na ten temat przypominają swą estetyką spór polityczny, polskie pogwarki o winie, pieniądzach, obcych i rzecz jasna o chorobach i złym jedzeniu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2014