Niewinna ekstaza

Autor "Pieśni nad pieśniami" wiedział o seksualności kobiet znacznie więcej niż niejeden współczesny mężczyzna.

03.01.2011

Czyta się kilka minut

/ fot. Michael Wray / Corbis /
/ fot. Michael Wray / Corbis /

Ukochany mój przez otwór włożył rękę swą, a łono moje zadrżało od tego. Wstałam, aby otworzyć miłemu memu, a ręce moje ociekały mirrą, palce moje mirrą spływają - na uchwyt zasuwy. Otworzyłam ukochanemu memu, lecz ukochany mój już odszedł, oddalił się; życie ze mnie uszło z jego powodu". Ten obraz nie pochodzi z Kamasutry, ale z "Pieśni nad Pieśniami" (5, 4-6). Z pozostałych fragmentów Księgi wiemy, że opisuje mężczyznę, który leży całą noc na piersi ukochanej i pieści rękami jej genitalia.

Czy jest to jedynie biblijny opis kobiecego orgazmu, służący ukazaniu więziotwórczej roli seksualności? Przejaw kobiecej fantazji za idealnym partnerem ("czułym kochankiem")? Czy można założyć, że fragment ten wskazuje na coś jeszcze: na fakt, że dojrzała seksualność ma spełniać nie tylko funkcję prokreacyjną i więziotwórczą, ale również rekreacyjną?

W seksuologii intymność w związku uznawana jest za miarę jego jakości. Może być ona rozumiana jako cecha indywidualna (chęć ujawnienia siebie) lub jako cecha relacji między dwiema osobami, warunkująca osiągnięcie satysfakcji życiowej. Jeśli intymność oznacza "pozytywne uczucia i towarzyszące im działania, które wywołują przywiązanie, bliskość i wzajemną zależność partnerów od siebie" (Bohdan Wojciszke), to "Pieśń nad Pieśniami" jest biblijnym podręcznikiem intymności rozumianej jako jeden ze składników miłości. Czy pozwala nam jednak w inny od tradycyjnego sposób popatrzeć na związek przyjemności z seksualnością? Czy autor biblijny nie opisał sceny miłosnej, której jedynym celem było osiągnięcie przyjemności?

Od Augustyna do Liguoriego

Zdaję sobie sprawę, że sugerowanie takiej możliwości to dla niektórych prawie bluźnierstwo. Prawie - gdyż ratuje mnie fakt, że powołuję się na Pismo. Ale czy właściwie go interpretuję?

Trzeba pamiętać, że katolickie nauczanie na temat zakazu przeciwdziałania prokreacji pojawiło się na długo przed tym, zanim sformułowano jakąś całościową wizję ludzkiej seksualności. Katolicka etyka seksualna rodziła się w tyglu sporów z różnymi grupami uznawanymi dziś przez Kościół za heretyckie. Niektóre, powołując się na Ewangelie, głosiły radykalny pesymizm dotyczący ludzkiej natury i świata, i domagały się totalnej abstynencji seksualnej. Inne dopuszczały promiskuityzm tak długo, jak ze współżycia wykluczano prokreację.

Kościół, pod wpływem nauczania św. Augustyna, przyjął pozycję środkową: akceptował małżeństwo, współżycie i prokreację, ale współżycie dla samej przyjemności uznał za grzech ciężki (według opinii rygorystów) lub przynajmniej grzech lekki, jak określiłaby to większość teologów specjalizujących się w tej materii. Pożądanie, nie tylko w wymiarze seksualnym, traktowane było jako oznaka grzechu pierworodnego, bo ukazywało konflikt rozumu z pragnieniami, który interpretowano jako karę za grzech i symbol ludzkiego przeciwstawienia się Bogu. Stąd papież Grzegorz Wielki uważał, że małżonkowie nie powinni przystępować do komunii po współżyciu, jeśli wpierw nie odbyli pokuty. W XII w. niektórzy moraliści poszli jeszcze dalej, twierdząc, że grzech pierworodny jest przekazywany drogą płciową, gdyż prokreacja możliwa jest dzięki pożądaniu, które "zawiesza" rozum i umożliwia męskiemu nasieniu zagnieżdżenie się w łonie kobiety. Wskutek rozwoju praktyki spowiedzi usznej zaczęto skrupulatnie koncentrować się na ocenie różnych czynności seksualnych.

Pierwszym przełomem było nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Ponieważ Arystoteles w "Etyce" stwierdził, że przyjemność sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła, jedynie intencjonalne czyny mogą mieć taką kwalifikację, Akwinata nauczał, że przyjemność, która jest owocem współżycia małżonków, nie jest nawet grzechem lekkim, ponieważ współżycie jest w małżeństwie dopuszczalne, a w pewnych sytuacjach nawet konieczne. W teologii zaczęło dominować podejście, według którego celem małżeństwa były spłodzenie potomstwa, wypełnienie zobowiązania bliskości wobec współmałżonka oraz jego ochrona przed pokusami związanymi z grzechami cielesnymi.

Abstrahując od zakazów wynikających z nieznajomości biologii i tabuizacji seksualności, nauczanie Magisterium przyjęło dwie normy explicite dotyczące przyjemności seksualnej. Sobór trydencki (1545-63 r.) uznał, że pożądliwość nie jest grzechem samym w sobie, ale jego przejawem (fomes peccati). Niemniej w 1679 r. papież Innocenty XI potępił stanowisko głoszące, że współżycie małżeńskie podejmowane w celu osiągnięcia samej przyjemności jest dopuszczalne, a nawet pożądane. W deklaracji Świętego Oficjum uznano wszelkie wykroczenia dokonane na płaszczyźnie seksualnej za materię obiektywnie poważną i grzech śmiertelny.

Drugi przełom zawdzięczamy św. Alfonsowi Liguori (1696-1787), założycielowi redemptorystów. Po epoce rygoryzmu, w wyniku "zdławienia" nauczania jezuickich moralistów ("kazuistów"), którzy uznali za prawdopodobną opinię, która dopuszczała stosunki płciowe między małżonkami dla przyjemności, sformułował on zarys "doktryny przejściowej". Odrzucił augustianizm, gdyż nie uważał, by jedynym celem małżeństwa była prokreacja. Ze względu jednak na opinię Innocentego XI grzechy cielesne pozostały dla niego największą obrazą Boską. Najpierw Liguori, a potem jego naśladowcy w USA, podjęli kwestię samozaspokojenia po odbytym stosunku. Biskup Filadelfii Franciszek Patryk Kenrik, żyjący pod koniec XIX w., w trzecim tomie "Teologii moralnej" napisał, że żona ma prawo doprowadzić się do orgazmu "przez dotykanie" po stosunku, jeśli nie szczytowała w jego trakcie. Mąż, który nie był aktywny seksualnie do momentu szczytowania żony, popełniał lekki grzech zaniedbania, a grzech ciężki popełniała żona, jeśli w trakcie stosunku unikała dojścia do orgazmu. Takiej promocji orgazmu nie powstydziłby się dzisiaj żaden magazyn kobiecy.

Od czasu Liguoriego mamy więc w Kościele pozytywne nastawienie do orgazmu "w łóżku" małżonków. Czy musi wymagać on jednak stosunku genitalnego?

Orgazm Szulemitki

Krótki rys historii przyjemności seksualnej w katolickiej teologii moralnej pokazuje, że wciąż traktowana jest ona w sposób ambiwalentny. Przyjemność jest dobra, a dążenie do niej usprawiedliwione, jeśli towarzyszy współżyciu genitalnemu, gdyż tylko takie nie eliminuje prokreacji. Tak więc kobieta może szukać spełnienia po stosunku, ale nie szukać pieszczot dla samej przyjemności, podobnie zresztą jak mężczyzna. Jak w tym kontekście umiejscowić zachowanie Szulemitki? Stary Testament nie zna ani prawa naturalnego, ani doktryny o grzechu pierworodnym - "Pieśń nad Pieśniami" pozostaje jednak tekstem natchnionym zarówno w żydowskim, jak i katolickim kanonie Biblii.

Z fragmentu, który zacytowałem, wynika, że opisywana w nim bliskość fizyczna nie służyła prokreacji, gdyż nie była stosunkiem genitalnym. Zakończyła się obopólnym, co nie znaczy równoczesnym zaspokojeniem. W odróżnieniu bowiem od zdecydowanej większości mężczyzn, wiele kobiet doświadcza orgazmu wielokrotnego. Z pewnością biblijny autor nie opisał sceny poszukiwania punktu G, można jednak wnioskować na podstawie analizy tekstu i dostępnej w tamtych czasach wiedzy na temat seksualności, że stymulacja łona kobiety oznaczała stymulację łechtaczki, pochwy lub szyjki macicy, które prowadzą do orgazmu.

Biblijny autor sugeruje, że Szulemitka wiedziała, gdzie szukać rozkoszy i uczyła ukochanego, jak pomóc mu ją osiągnąć. Przyjemność wywołana przez orgazm nie urywa się gwałtownie w chwili, gdy moment szczytowy przemija. Przyjemność trwa, przybierając nowe, bardziej stonowane formy. Dlatego, kiedy "ukochany jej odszedł", miała wrażenie, że "życie z niej uszło", doświadczała bowiem również, że przyjemność nie jest trwale powiązana ze szczęściem.

Orgazm to jedno z najintensywniejszych doznań, jakich człowiek może doświadczyć. Zdolność do jego przeżywania jest jedną z najwyższych i najbardziej dojrzałych zdolności w rozwoju seksualności. Dzięki gratyfikacji płynącej z doznawanej przyjemności wszelka działalność skojarzona z czynnościami seksualnymi ma szansę ulec wzmocnieniu.

Możliwość satysfakcjonującego zaspokajania potrzeby wpływa na poczucie satysfakcji, a zatem na ogólny dobrostan, odzwierciedlający się m.in. w poczuciu zdrowia i wysokiej samooceny. Używając dzisiejszych standardów, można powiedzieć, że Szulemitka jest kobietą uświadomioną seksualnie, a opisujący ją biblijny autor wiedział o seksualności kobiet znacznie więcej niż niejeden współczesny mężczyzna. Wiedział np., że orgazm kobiecy trwa dłużej niż męski. W naszych czasach ustalono, dzięki badaniom na podstawie pomiarów zmian fizjologicznych i subiektywnych ocen samych kobiet, że kobiecy orgazm trwa średnio 20 sekund; te dłuższe trwają na ogół od 30 do 60 sekund, tylko niekiedy osiągając czas trwania do dwóch minut. Z punktu widzenia większości mężczyzn minutowy orgazm to jak "rok w rozkoszy", skoro zazwyczaj przedstawiciele mojej płci przeżywają go znacznie krócej - ok. 10-15 sekund.

Biblijny autor wiedział również, że niektóre kobiety potrafią doprowadzić się do orgazmu jedynie za pomocą wyobraźni, bez jakiejkolwiek fizycznej stymulacji. Abstrahując od tego, że większość mężczyzn i kobiet może osiągnąć orgazm we śnie, orgazm na jawie bez jakiejkolwiek mechanicznej pomocy potrafi osiągnąć mniej niż jeden na tysiąc mężczyzn. Spędzenie więc nocy przy piersi ukochanej kobiety i stymulowanie jej sfer erogennych nie wydaje się pozbawione sensu z męskiego punktu widzenia.

Szulemitka nie tylko jest świadoma tego, że posiada więcej sfer erogennych niż jej ukochany, lecz dysponuje także większą zdolnością czerpania przyjemności z orgazmu. W odróżnieniu od niej nie wszystkie kobiety w pełni tę zdolność wykorzystują. Dziś seksuolodzy powiedzieliby, że niezależnie od genetycznych predyspozycji zdecydowana większość kobiet jest zdolna osiągnąć orgazm, przy czym warunkiem są odpowiednie otoczenie, właściwe podejście, odrobina wiedzy i odpowiednia ilość czasu - większość z nich jest obrazowo przedstawiona w "Pieśni nad Pieśniami".

Z powrotem do Biblii

Czytając "Pieśń nad Pieśniami", nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wizja ludzkiej seksualności w Kościele jest ciągle przed nami. Rozumiem i podzielam potrzebę budowania etyki uniwersalnej i promocji nowego spojrzenia na prawo naturalne (ostatni dokument Międzynarodowej Komisji Teologicznej pt. "W poszukiwaniu etyki uniwersalnej: Nowe spojrzenie na prawo naturalne" jest tu istotnym punktem odniesienia). Z drugiej jednak strony, analiza prawa naturalnego musi brać pod uwagę, co nauka (empiria) mówi nam o naturze, na jakiej chcemy fundować moralność.

Na przestrzeni wieków Kościół musiał weryfikować swoje nauczanie. Obowiązek powstrzymywania się od współżycia w okresie karmienia piersią, ponieważ mleko może być zarażone czy zatrute (nakaz papieża Grzegorza Wielkiego), zakaz współżycia w trakcie menstruacji z lęku przed spłodzeniem dzieci z trądem (opinia

św. Tomasza z Akwinu) czy ograniczenie współżycia do postawy twarzą w twarz, w której mężczyzna byłby na górze, ponieważ uważano, że inne pozycje mają działanie antykoncepcyjne, to tylko niektóre z zakazów, które dzisiaj należą do lamusa teologii.

Na podstawie prawa naturalnego trudno uzasadnić konieczność istnienia łechtaczki, a z jego analizy nie wynika explicite, do czego potrzebny nam jest orgazm. Kobiety osiągają orgazm z reguły przez bezpośrednią lub pośrednią stymulację łechtaczki - "jedynego naturalnego tworu w znanym nam wszechświecie, służącego wyłącznie do wywołania przyjemności" (Paul Martin). Abstrahując od tego, że u wielu kobiet mechaniczna stymulacja pochwy lub szyjki macicy może wywołać orgazm także bez bezpośredniego pobudzenia łechtaczki, do dzisiaj nie jest jasne, w jaki sposób orgazm pomagał naszym ewolucyjnym przodkom przeżyć i rozmnażać się. Wytrysk nasienia i orgazm to dwie różne rzeczy: nie istnieje konieczna przyczyna, dla której ejakulacji towarzyszy spazm przyjemności (niektórzy mężczyźni cierpiący na uszkodzenie rdzenia kręgowego mogą mieć wytrysk, pozbawieni są jednak zdolności przeżywania orgazmu).

Związek orgazmu z reprodukcją jest jeszcze mniej oczywisty w przypadku kobiet. Płodna kobieta może zajść w ciążę, nie mając orgazmu. Są kobiety, które szczytują rzadko lub nigdy, a których trudności z osiągnięciem seksualnego spełnienia mają podłoże genetyczne - zdaniem naukowców wynika z tego również i to, że orgazm kobiecy nie mógł mieć kluczowego znaczenia dla przeżycia i rozmnażania się ludzi.

Odprężyć się po Bożemu

"Pieśń nad Pieśniami", jak żadna inna księga Biblii, pokazuje, że przyjemność sama w sobie nie ma demonicznego oblicza. Przyjemność to zresztą niejedyna korzyść płynąca z uprawiania seksu i osiągania orgazmu. Badania potwierdziły, że seks i orgazm pomagają zmniejszyć stres, zmniejszają ryzyko chorób serca i raka prostaty, mogą nawet chronić kobietę w ciąży przed przedwczesnym porodem, ponieważ podniecenie seksualne i orgazm uaktywniają system odpornościowy. Osoby, które mają więcej orgazmów, żyją dłużej. Z długoletnich badań, prowadzonych na grupie mężczyzn w średnim wieku, wynika, że śmiertelność wśród tych, którzy dwa lub więcej razy w tygodniu mieli orgazm, była o 50 proc. niższa niż wśród tych, którzy miewali go rzadziej niż raz w miesiącu. Związek między większą liczbą orgazmów a mniejszym ryzykiem śmierci pozostaje wyraźny nawet wówczas, jeśli brane są pod uwagę dodatkowe czynniki, jak wiek, nawyki związane z paleniem czy klasą społeczną.

Do czasów Liguoriego podkreślano prokreacyjny cel seksualności, przywołując Księgę Rodzaju i nauczanie św. Augustyna. Powołując się na św. Pawła, więziotwórczy cel seksualności rozumiano jako gotowość do współżycia oraz bufor przeciw grzechom nieczystości. "Powody zdrowotne", które w dzisiejszym języku umieszcza się w ramach rekreacyjnej funkcji seksualności, po raz pierwszy sformułował Liguori na podstawie przesłanki, że seks jest dobry, bo jest wpisany w naturę człowieka. Przyjmował on jednak współżycie dla celów zdrowotnych tylko pod pewnymi warunkami, ponieważ miał świadomość, że pozytywne nastawienie do przyjemności rzucałoby cień na naukę Kościoła o grzechu pierworodnym. Teologia oparta na prawie naturalnym była pierwszą chrześcijańską obroną orgazmu, osłabiła bowiem potępienie pożądania, i uwolniła seks od bezpośredniej zależności od grzechu pierworodnego.

Doktryna Liguoriego pozwala spojrzeć na fragment "Pieśni nad Pieśniami" jeszcze w innym aspekcie. Założyciel redemptorystów po raz pierwszy w dziejach teologii moralnej dopuścił fantazjowanie seksualne związane ze współżyciem obcych ludzi. Uważał, że jest ono niewinne, jeśli jeden z małżonków bądź oboje używają podniecenia wynikającego z fantazjowania w celu przygotowania się do własnego współżycia. Jednak takie fantazje nie powinny dotyczyć znajomych, aby nie przekształciły się w okazję do zdrady małżeńskiej.

Liguori, podobnie jak wszyscy autorzy chcący oprzeć moralność seksualną na prawie naturalnym, uważał za grzeszne wszelkie formy pieszczot, które nie kończyłyby się stosunkiem genitalnym. "Pieśń nad Pieśniami" mówi nam o takiej intymności w zupełnie nowy sposób. Być może dlatego, że jej autor w odróżnieniu od moralistów mówił o miłości jako motywie fizycznej bliskości i sposobie jej wyrażania. Kobiety, które były zachęcane przez spowiedników, aby "oddawały się mężom tak często, jak tego pragnęli", najprawdopodobniej widziały u mężów więcej miłości, kiedy nie mieli na seks siły bądź ochoty, a księża przez miłość rozumieli najczęściej poświęcenie i ofiarę z siebie niż cieszenie się sobą i spełnienie.

Do dziś panuje w Kościele przekonanie, że trzeba wpierw udowodnić, iż seks jest niewinny, aby na niego pozwolić. Wiele wskazuje na to, że Kościół musi szukać kolejnego "środka" między rygoryzmem a permisywizmem. Odmawianie sobie przyjemności, żeby sprawić przyjemność Bogu, odbierane jest jako perwersja. Przyjemność coraz rzadziej kojarzy się z grzechem, jeśli nie wyrządza nikomu cierpienia, a dla wielu osób seks małżonków ograniczony wymogami prawa naturalnego, tak jak je zinterpretował Kościół, brzmi nieprzekonywająco, bo jest sprzeczny z ich doświadczeniami i miłością. Jeśli wczesnochrześcijańscy nauczyciele zalecali, aby "Pieśni nad Pieśniami" nie czytać przed ukończeniem trzydziestego roku życia, bo tyle jest w niej erotycznego napięcia, to jednak nie mówili, aby się tą Księgą nie inspirować. Czy grzechem jest ten rodzaj pieszczot, o którym mówi Szulemitka? W tekście nie znajdziemy negatywnej oceny jej zachowań.

Wszystko zależy więc od tego, według jakich kryteriów będziemy oceniali grzech. Co z prawem naturalnym? Jeśli odwołać się do rozumu i doświadczenia, to najlepszym punktem odniesienia będzie dla niego definicja grzechu św. Bazylego Wielkiego, który określił go jako czynienie niewłaściwego użytku z otrzymanej od Boga mocy czynienia dobra. Definicja taka obejmuje relacje człowieka z samym sobą, z Bogiem, a także z innymi ludźmi, a ponadto mówi o mocy przekazanej człowiekowi przez Boga.

Skoro Bóg nie potępił Szulemitki, możemy brać z niej przykład nie tylko w przeżywaniu ludzkiej miłości, ale i w przeżywaniu przyjemności.

Korzystałem z: Bohdan Wojciszke "Psychologia miłości", GWP 2000; Paul Martin "Seks, narkotyki i czekolada", Muza, 2010; Międzynarodowa Komisja Teologiczna "W poszukiwaniu etyki uniwersalnej: Nowe spojrzenie na prawo naturalne", WN UJPII, 2010.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jezuita, teolog, psychoterapeuta, publicysta, doktor psychologii. Dyrektor Instytutu Psychologii Uniwersytetu Ignatianum w Krakowie. Członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Autor wielu książek, m.in. „Wiara, która więzi i wyzwala” (2023). 

Artykuł pochodzi z numeru TP 02/2011