Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nieskończoność dążąca ku Milczeniu

Nieskończoność dążąca ku Milczeniu

29.11.2011
Czyta się kilka minut
Georges Perec mnoży kopie, czaruje nimi czytelnika, który bez reszty zatraca się w ich plątaninie. Żeby się zniej wydobyć, trzeba uchwycić oryginał, ale ten ostatni prawdopodobnie nigdy nie istniał.
W

Wawrzyńcowi Brzozowskiemu i Michałowi Pawłowi Markowskiemu

(w porządku alfabetycznym)

Życie instrukcja obsługi" Georges’a Pereca ma więcej niż jedną instrukcję obsługi. Lecz z pewnością jedną z głównych jest "Wprowadzenie", traktujące o sztuce układania puzzli. Pod koniec tej małej rozprawy czytamy tam: "każdy gest układającego jest tylko powtórzeniem gestu, jaki twórca puzzli wykonał już przed nim". To zdanie o implikacjach teologicznych: kto jest twórcą puzzli, składających się na świat? Ale kryje też Perekowską teorię sztuki: artysta powtarza swój gest za innym artystą, ten za innym, a odbiorca za nimi wszystkimi. Tylko gdzie jest początek? Jak na legendarnym obrazku, przedstawiającym dziewczynkę jedzącą corn flakes, obok której stoi pudełko z corn flakes, na którym widnieje dziewczynka jedząca corn flakes (i tak w minus nieskończoność) - początku nie ma.

O kilku zastosowaniach słowa "malować"

Amerykańską proweniencję tej sławnej reklamy, która upowszechniła chwyt znany w historii sztuki jako mise en abyme, Perec uczcił równie zawrotną nowelą "Gabinet kolekcjonera" (1979). Ostatnim refleksem monumentalnego "Życia instrukcji obsługi", z którym po dziesięciu latach pracy trudno mu było się rozstać, i poniekąd wykładem swej metody. Tak się niestety stało, że ta książeczka okazała się jego pisarskim testamentem. Lecz każdemu życzyć by należało tak szampańskiego testamentu. "Gabinet kolekcjonera" to jedna z najśmieszniejszych książek naszych czasów.

Począwszy od tytułu. "Un cabinet d’amateur" to w mojej amatorskiej wymowie bodaj nie tylko "Gabinet kolekcjonera", ale i "Un cabinet d’amateurs", czyli "klientela naiwniaków". Istotnie, opowieść traktuje o przebiegu dwu aukcji, gdzie rozprzedano zbiór obrazów pewnego amerykańskiego piwowara, któremu zamącili w głowie zręczni handlarze falsyfikatów. Póki w ostatnim zdaniu nie padnie wyjaśnienie, że cała kolekcja była z gruntu fałszywa (zwykły los kolekcji), ani pomyślimy, że opis zbiorów Herr Raffkego, w których historię wprowadzono nas tak gruntownie, nie był godny poświęconej mu uwagi.

Lecz do rzeczy. W roku 1913 bogaty piwowar z Pittsburga, Herr Raffke, uświetnił srebrną rocznicę koronacji (której zresztą nie było) kajzera Wilhelma II prezentacją swych zbiorów. W centrum wystawy umieścił obraz młodego malarza Heinricha Kürza, który przedstawiał - na wzór XVII- i XVIII-wiecznych "gabinetów kolekcjonera", jakich wiele się zachowało, a parę zyskało sławę - samego właściciela w trakcie kontemplacji owych zbiorów. Osobliwością tego obrazu, otoczonego przez oryginały (a raczej, jak już wiemy, "oryginały"), był więc fakt, że zminiaturyzowane odmalowane obrazy otaczały zmniejszone dzieło Kürza, na którym widniały znów w komplecie, otaczając dzieło Kürza i tak dalej. Jak sprawdzili ciekawscy, replikacja sięgała ósmego powtórzenia, na którym Raffke był już tylko półmilimetrowym punktem. Ale mało tego. Wysyłając w minus nieskończoność kolekcję Raffkego, Kürz w każdej z kolejnych replik modyfikował pierwowzór, zastępując rekwizyty i postacie innymi, zmieniając ich liczbę. To właśnie zafrapowało widzów, a wreszcie sprowokowało skandal. Ktoś rozwścieczony daremnym dociekaniem metody w tym procederze oblał malowidło tuszem. Raffke wkrótce zmarł z żalu i po kunsztownym wypchaniu pochowany został w znanej z obrazu pozie wraz ze sprofanowanym płótnem. Po czym pewien wnikliwy historyk sztuki pokusił się o mentalną rekonstrukcję niedostępnego arcydzieła na podstawie źródeł pisanych i pierwotnych obrazów zbioru. Reszta, czyli dokumentacja aukcji, stanowi komentarz.

Tuzin spojrzeń z ukosa

I tu się dopiero zaczyna. Ów gorliwy historyk sztuki, który wyraża poglądy bliskie poglądom autora, zwie się Lester K. Nowak. Skąd wzięło się polskie nazwisko w środowisku amerykańskich Niemców, w którym rozgrywa się cała opowiedziana przygoda? Kiedy coś nie pasuje, to znaczy, że znaczy. W istocie: poddany próbie scrabble’a badacz odsłania swą naturę. Jest bowiem anagramem syntagmy W ART KOLEKSEN, czyli wymawiane z niemiecka the art collection. A więc przez jego usta przemawia sama kolekcja, a może i historia sztuki jako taka.

To jedyne w książce nazwisko mówiące, które wyraża coś doniosłego - może i kluczowego. Bo znaczących jest więcej, lecz mówią nie głosem autora, ale raczej o nim. A ściślej - o frajdzie Pereca ze sztubackich dowcipów. Bo na przykład przynależne pewnemu germanoamerykańskiemu malarzowi nazwisko James Zapfen znaczy czop. Inny, Kitzenjammer, ewokuje kozi lament. Jeszcze inny, Adolphus Kleidröst, to jakby smażona gęba. Kolejny, Dolknif Schlamperer, to niechluj. Jeszcze kolejny, Otto Reder, to plotkarz. Na koniec Arnold Hosenträger to nosiciel spodni. Znawca sztuki Gottlieb Heringsdorf to wieś śledziowa. Kurator wystawy Doppelgleisner to dubeltowy obłudnik. Niegardzący reklamą dziennikarz Banneträger to chorąży. Galeria Sudelwerk to spartaczona robota. Fundacja Flory Vierkoffer mieści się w czterech kufrach. Inna fundacja, Leichenhalle, to bezsprzeczna kostnica. Kolekcjoner i ostry licytant Strudellhoff spodziewa się najwyraźniej zamętu. Miłośniczka sztuki, jak nic baronowa Schwanzleben, żyje ogonem. Perec nie byłby sobą, gdyby w nazwisku marszanda Adolfa Kieseritzky’ego nie ukrył arcyrzadkiego minerału kizerytu, spotykanego w formie kryształów o pokroju krótkosłupowym, grubotabliczkowym izometrycznym o postaci podwójnej piramidy (przepisuję z encyklopedii).

"Gabinet kolekcjonera" obrósł biblioteką, wszyscy z miejsca wzlatują na piętro "paradoksów reprezentacji", tylko czarnej roboty nikt nie odrobił. A zatem: rzekomy twórca rzekomego portretu kardynała Barberiniego, Donnaiolo, to babiarz. Znawca sztuki Cannochiali, który wywindował wartość pewnego "Nawrócenia św. Pawła", to lornetka; nazwisko autora owego dzieła, Bellegamba, nie wymaga chyba wyjaśnień. Kustosz muzeum we Florencji, Emilio Zannoni, szczerzy kły. Turyńska rodzina Sostegno, posiadacze "Rycerza w kąpieli", to podpórka. Wenecki kościół Santa Maria degli Zvevi poświęcony jest Matce Boskiej od Szwabów. Potomek Angela da Campari [!], "posła pełnomocnego Republiki Weneckiej przy szachu perskim", którego sportretował Leandro Bassano, poeta Gianbattista Doganieri, to dowód upadku rodu, mianowicie celnik. Historyk sztuki Cavastivali, który bezimienny "Upadek zbuntowanych aniołów" przypisał Boschowi, to chłopak do butów (coś na kształt mebla, dodam dla młodszej generacji).

Na koniec "amerykański krytyk Thomas Greenback, który w swej monografii poświęconej Carraccim dowiódł jako pierwszy decydującej roli, jaką odgrywał Ludovico" - to zielony, jak zwie się slangowo dolar. Zaś "Młodą kobietę przy portulanie" mniemanego Carela Fabritiusa zakupiło muzeum w Hoaxville, Illinois. Hoax - przypomnę - to mistyfikacja w amerykańskim stylu. Wszystko się zgadza.

Cały ten wywód podsuwa myśl, że podobne praktyki nieobce są i "Życiu instrukcji obsługi". Dajmy na to, jedna z niewielu sympatycznych - aczkolwiek tragicznych - postaci tej powieści, antyleksykograf Albert Cinoc, zajmujący się wykreślaniem ze słowników słów wyszłych z użycia, potomek żydowskiego rymarza ze Szczyrku, wyewoluował nazwiskiem z formy Kleinhof i nikt z nim włącznie nie wie, jak wymawiać jego obecne miano. Ale Cinoc to prawie sinoc, czyli stuknięty...

Nie jest to, ma się rozumieć, jedyna więź obu książek. W licytowanych obrazach Perec zaszyfrował perfidnie aluzje do detali rozdziałów "Życia..."; numer aukcyjny wskazuje stosowny rozdział. Pójście tym tropem przypomina rozpoznawanie zwierząt utajonych przez rysownika w gąszczu rysunkowego lasu. Zatem dzieło numer 62, pejzaż Russella Jonsona "Szyby naftowe w pobliżu Forel’s Fields", odsyła do rozdziału 62, w którym króluje pan Altamont, bankier finansujący przemysł wydobywczy. Numer 72, "Tubylcy z Wysp Salomona" Thomasa Corbetta, wyznacza kurs na rozdział, gdzie stoją cztery kufry podróżnika Bartlebootha zawierające ekwipunek niezbędny w razie rozbicia się statku na wyspie bezludnej. Łącznik to znana nam już Fundacja pani Vierkoffer, sponsor wyprawy, z której przywieziono obraz. Nota katalogowa numeru 73, "Charles M. Murphy podczas próby bicia rekordu na jedną milę 30 czerwca 1889", dzieła Berniego Bickforda, wodzi nas po manowcach biografii portrecisty gangsterów, z których jeden zwał się Angelo Merisi (czyli Caravaggio). Aliści rozdział "Życia..." prezentuje graciarnię antykwariatu, gdzie pośród innych fantów widnieje komplet ołowianych żołnierzyków z I wojny światowej; po długim wyliczeniu rozmaitych figurek trafia się taka, która - uf! - rozwija lont błyskawiczny Bickforda. Dzieło numer 35, "Grupa podoficerów podczas wojny secesyjnej", kieruje do rozdziału 35 z postacią konsjerżki, pani Noch?re, która owdowiała, bo jej mąż, podoficer sztabowy, w latach wojny w Algierii struł się pożeranymi z racji stresu gumkami z ołówków; ów rozpoznany po trzecim zatruciu przypadek zyskał medyczną nazwę Syndromu Trzech Sierżantów.

Śnić tekstem

W tym ostatnim przypadku Perec nie oszczędza czytelnikowi wzmianki, że twórczyni malowidła, panna Daisy Burroughs,

zginęła podczas oblężenia Richmondu przez wojska Unii w nocy z 19 na 20 marca 1864 roku, "przygnieciona kominem, upadłym na skutek huraganu". Wygląda to niewinnie, lecz także jest szyfrem, przeznaczonym dla czytelnika śniącego te same sny, co autor. A Perec śni, między innymi, Jules’em Verne’em. I jeśli w stosownym miejscu otworzyć "Tajemniczą wyspę", wyczytamy, że inżynier Cyrus Smith z przyjaciółmi umknęli owego dnia z Richmondu balonem, którego start zakłócił "szalejący z przerażającą gwałtownością" huragan. Nic dziwnego, że "balon uniósł się gwałtownie w kierunku ukośnym, zawadzając po drodze koszem o dwa kominy, które zwalił w swoim obłędnym pędzie". Co wywołało skutki w roku 1979...

"Gabinet kolekcjonera" żywi się Verne’em. Książka czerpie zeń nawet motto. Kto ma w pamięci inicjalną kronikę "20 000 mil podmorskiej żeglugi", gdzie mowa o serii niepokojących incydentów na oceanach, podobną kronikę na wstępie "Robura Zdobywcy", wyliczającą najwyższe budynki obu półkul, na których ktoś zatknął czarną flagę, lub kronikę frustracji weteranów-artylerzystów, jaka rozpoczyna "Wokół Księżyca", rozpozna pospieszny, a przy tym podniośle gazetowy styl opowieści o skandalicznej wystawie w Pittsburgu. "Byłby w błędzie ten, kto by przypuszczał, że podczas owego pamiętnego wieczoru jedynie Pittsburg padł ofiarą podniecenia. Wszystkie większe miasta amerykańskie: Nowy Jork, Boston, Albany, Waszyngton, Richmond, Nowy Orlean, Charleston, Mobile - od Teksasu do Massachusetts, od Michiganu do Florydy - ogarnięte były szaleństwem". Zdania te, jakże na miejscu w "Gabinecie kolekcjonera", pochodzą jednak z "Wokół Księżyca".

Lecz inne zdania znalazły się tam naprawdę. Gdy bowiem rozeszła się wieść o widocznych w dziele Kürza niepojętych odmianach szczegółów kolejnych kopii, "salę zaczęły odwiedzać dziesiątki zwiedzających wyposażonych w wszelakiego rodzaju szkła powiększające i inne przyrządy optyczne, zapoczątkowując w ten sposób modę, która w ciągu kilku miesięcy wzbogaciła niezmiernie wszystkich kupców z branży w całym mieście". Gdy natomiast w Verne’owskich "Łowcach meteorów" Ziemię zaczyna obiegać bolid ze złota, "można sobie wyobrazić, ile kupiono teraz lornetek, lunet, teleskopów (...). Nigdy optycy nie sprzedawali tylu lunet, lornetek i innych przyrządów!". Zastąpić lunety lupami - to żart w duchu Pereca, który nie darmo napisał szkic o okularach i lupach ("Considérations sur les lunettes", 1980).

Ale takie igraszki miewają metafizyczne dno. Główną postacią tak dobrze Perecowi znanych "Łowców meteorów" jest niejaki Zefiryn Xirdal, geniusz rozdarty między napadami prostracji a falami pracowitości, przy tym kompletny abnegat. Wypchana marynarka, skręcone w korkociąg spodnie, rozwichrzona fryzura. "Trudno sobie jednak wyobrazić coś bardziej pociągającego niż owe rysy, nieregularne i pełne sprzeczności: ciężki, kwadratowy podbródek, wielkie usta z grubymi wargami, pełne wspaniałych zębów, szeroki, spłaszczony nos, uszy o brzydkich muszlach, zdające się z obrzydzeniem unikać kontaktu z czaszką. (...) Wspaniale ukształtowane czoło o szlachetnych liniach wieńczyło tę dziwną twarz (...). Na koniec, by do reszty zdezorientować bliźnich, Zefiryn Xirdal miał pod tym wysokim czołem parę wyłupiastych oczu, które wyrażały, zależnie od momentu, najwspanialszą inteligencję lub najbardziej otchłanną głupotę". I oto, gdy w roku 1956 postać tę miał przedstawić ilustrator polskiego przekładu, Daniel Mróz, odmalował w jasnowidzeniu Georges’a Pereca! Sprawdźcie sami!

Miejsca zwodnicze

Jako gabinet iluzji "Gabinet kolekcjonera" nie stroni od aluzji. "Każde dzieło jest zwierciadłem innego" - naucza wszak Lester K. Nowak. Gdy więc, powiedzmy, kolekcjoner Raffke każe pochować się obok własnego portretu sprzed lat, gdzie "stoi na tle oazy, odziany w kostium z nieskazitelnie białej flaneli, opinające łydki sztylpy z szarego płótna i w hełmie tropikalnym na głowie", stanowi to hołd dla bliskiego sercu Pereca Raymonda Roussela. A ściślej - słynnego zdjęcia ze spektaklu "Impressions d’Afrique" w teatrze Fémina w roku 1911, gdzie przykuwają wzrok tak odziane postacie (acz sam Roussel, niejako w myśl zasady dyskretnych modyfikacji, tkwi z boku w kostiumie marynarza).

Lecz jest istotniejsze pokrewieństwo. Dywagacjom Lestera Nowaka o sztuce gryzącej się w ogon ton nadają wykłady Tomasza Manna z "Doktora Faustusa". Ich archaizująca składnia przestawna, właściwa kulturalnej niemczyźnie, pełna zastrzeżeń "jakby" i "po trosze", oswaja tu groźną myśl, że twórczość jest kopiowaniem. Trudno przedstawić któreś z piętnastowierszowych w Mannowskim stylu zdań - musi wystarczyć ogryzek: "(...) pomiędzy »Anch’io son’ pittore« Correggia a »J’apprends ? regarder« Poussina przebiegają kruche granice, wyznaczające wąskie pole wszelkiej kreacji, a poszerzanie ich w nieskończoność skończyć się musi Milczeniem (...)". To nic innego, jak aplikowana malarstwu nauka Mannowskiego mentora, pół-Amerykanina Wendella Kretzschmara, o ostatnich sonatach Beethovena: "W utworach tych, powiedział mówca, między subiektywizmem a konwencją powstawał nowy stosunek, którego istotę określała śmierć". I zaciął się na tym słowie: "T-t-t-t-od". Jak trudno się na tym słowie nie zaciąć przy lekturze "Życia instrukcji obsługi".

Dodać można, że inna z pamiętnych prelekcji Kretzschmara też dotyczy niemieckich wychodźców w Ameryce, muzyki anabaptystów z kolonii Ephrata w Pensylwanii. Wysłuchawszy wykładu przyjętych tam reguł, młody Mannowski bohater, Adrian Leverkühn, dochodzi - jak Lester K. Nowak - do wniosku, że poprzez system norm, ścisłych przymusów i formalnych "oziębień" uwolnić można muzykę od właściwego jej "krowiego ciepła". Myśl, która musiała krążyć wokół Pereca podczas jego zatrudnień w OuLiPo i w trakcie pracy nad konceptualną strukturą "Życia...", mającą mu nadać asymptotyczną zbieżność z Milczeniem. Tu się już robi, psiakość, całkiem nieśmiesznie.

Przekładańce

Zabawniejsze natomiast, że "Gabinet kolekcjonera" ma dwa sprawne polskie przekłady. Wersję Michała Pawła Markowskiego z 2003 roku uzupełnia treściwe studium o zagadkach opowieści, o wiele błyskotliwsza wersja Wawrzyńca Brzozowskiego, wspaniałego tłumacza "Życia...", korzysta z jego fachowej wiedzy historyka sztuki. Gdyby tylko obaj wiedzieli na przykład, że Nowa Ziemia, Terre-Neuve, skąd pochodził rybacki statek, który uratował w młodości Raffkego, to po polsku Nowa Fundlandia... Ważne jednak, że oba teksty są tak rozbieżne, jakby nie miały u podstaw wspólnego oryginału. Co skądinąd zdaje się potwierdzać tezę książki, postponującą oryginał, i konieczność dyskretnych modyfikacji, jaką praktykował Heinrich Kürz. Widziany z dwu stron naraz, "Gabinet..." zyskuje nowy wymiar.

W istocie, jeśli zignorować oryginał, dwie sprzeczne polskie wersje nadają "Gabinetowi..." miłą dwuznaczność, mnożąc liczbę kopii. Na portrecie Kürza raz stoi "karafka z rżniętego kryształu i kieliszek" (Markowski), innym razem "kryształowa karafka i kieliszek na wysokiej nóżce" (Brzozowski). Może mu nóżka przez lat siedem urosła? Detal, "forma świecznika" (M), zmienia się we "wzór na szkliwie" (B). Widzowie mają "wszelkiego rodzaju lupy" (M) - bądź "przepustki wszelkiego rodzaju" (B). "»Portret młodej mężatki« autorstwa R. Muth" (M) kłania się Duchampowi jako "»Portret panny młodej« autorstwa R. Mutta" (B). Vermeer z nieprawdziwego zdarzenia zwie się "Sekretne przesłanie" (B), a może "Skradziony list" (M), skoro kupiła go Fundacja Edgar A. Perry z Baltimore, od której na milę wionie Poem. Pewien knot, "Herkules u stóp Omfale" (M), zadziwia jako "Herkules u stóp omfalosa" (B). Pseudo-Parys Bordone "sprzedany został za 200 franków miejscowemu antykwariuszowi" (M), o ile nie nabyty "za dwieście tysięcy franków przez miejscowego antykwariusza" (B). Mała rzecz, a cieszy... Malowidło "Pejzaż w Pikardii" kupiono "od ulicznego antykwariusza w Lille" (M) albo "u antykwariusza przy ulicy de Lille" (B). Herr Raffke w 1875 roku "po raz pierwszy wraca do Europy na pokładzie S.S. »Kaiser Wilhelm der Grosse«" (M), chyba że "wraca [na tym statku] z pierwszej podróży do Europy" (B). Datę, której tu brak, akurat łatwo ustalić: "Kaiser Wilhelm der Grosse" (14 349 BRT) spłynął na wodę w szczecińskiej stoczni Vulkan w roku 1897. I w jakiś rok później można nim było popłynąć do Ameryki. A wreszcie, czy pewien znawca, zostawszy kuplecistą, wprowadził refren "tagada tsoin tsoin" (M), czy "szaba daba da!" (B)?

Paradoks "Gabinetu..." dostrzec się daje w fakcie, że to wszechwładne mnożenie wyglądów, pączkowanie alternatywnych wersji, które zaraża, jak widać, nawet przekłady, to zarazem, jak tłumaczy Markowski, "proces wcielania, swego rodzaju zagarniania". Chyba że, jak tłumaczy Brzozowski, owa teoria sztuki zakłada "proces wchłaniania, zawłaszczania w spekulatywnych celach". Jak dociec natury tych spekulatywnych celów? I czy mogą zastąpić rzeczywistość?

JAN GONDOWICZ jest krytykiem literackim, tłumaczem i wydawcą. Autor opracowań, przekładów oraz licznych esejów. Opublikował m.in. bestiariusz "Zoologia Fantastyczna Uzupełniona" (1995, drugie wydanie 2007) oraz zbiór felietonów "Pan tu nie stał" (2011). Za przekład "Ćwiczeń stylistycznych" Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę "Literatury na Świecie".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]