Reklama

(Nie)obecność Konińskiego

(Nie)obecność Konińskiego

26.06.2007
Czyta się kilka minut
Nikt przed nim i nikt po nim nie pisał u nas w taki sposób o dramacie zła. Zawsze pisał z głębi bólu, z nocy, która każe patrzeć w sposób szczególnie wyostrzony.
N

Nigdy nie był pisarzem "dobrze obecnym". Nawet wtedy, gdy w Dwudziestoleciu międzywojennym jego nazwisko systematycznie pojawiało się w czasopismach i miał ugruntowaną pozycję śmiałego publicysty i krytyka - żył w ukryciu, poza zasięgiem fleszy. Także po jego śmierci, gdy, nie bez trudów, udało się opublikować prawie wszystko to, co w jego wielostronnej twórczości najbardziej wartościowe, opowiadania oraz wojenne dzienniki - mam na myśli wydane przez Pax "Pisma wybrane" (1955), "Nox atra" (1961) i "Ex labyrintho" (1962) oraz "Uwagi 1940-1942" (1987, Wydawnictwo "W drodze") - znali go tylko nieliczni. W niewielkim chyba stopniu poszerzyły krąg jego czytelników znakomite monografie pióra Bronisława Mamonia ("Karol Ludwik Koniński", 1969) i Adama Fitasa ("Głos z labiryntu", 2003).

Zainicjowana właśnie edycja "Pism wybranych" Konińskiego zachęca do ponownego namysłu nad fenomenem, który niełatwo określić. Myślę o osobliwej nieobecności tego autora we współczesnej świadomości literackiej. Nigdy nie był popularny; zawsze był ważny.

Istotne nieistnienie

Bo nieistnienie Konińskiego nie jest prostym niebytem. Być może jest po prostu drugim imieniem niezależności. Zachował ją jako publicysta poszukujący własnej drogi wśród politycznych sporów Dwudziestolecia; jako krytyk cierpliwie wypracowujący własny model czytania; wreszcie jako pisarz i myśliciel, który pod koniec życia odnalazł nie tylko własny sposób mówienia, ale i własną problematykę. Nikt przed nim i nikt po nim nie pisał u nas w taki sposób o dramacie zła... Jakże miał być obecny, jeśli nikt nie mógł powiedzieć: "jest nasz, należy do nas"? Nie mieścił się w żadnym z obszarów wyznaczonych przez proste podziały polityczne, światopoglądowe, religijne, historycznoliterackie. Nie istniał, bo był sobą?

Ale jego nieobecność ma inny jeszcze aspekt. Jest gorzką, bo do pewnego stopnia nieuchronną, nieobecnością cierpiących. I nie chodzi tylko o to, że - dręczony przez nieuleczalną chorobę - nigdy nie mógł w pełni uczestniczyć w życiu literackim; że pisał z coraz większym wysiłkiem, często w pozycji leżącej, uwięziony w gipsowym gorsecie. Także o to, że zawsze pisał z głębi bólu, z nocy, która każe patrzeć na siebie i dookolną rzeczywistość w sposób szczególnie wyostrzony. Język, jakim mówią cierpiący, rzadko jest zrozumiały dla tych, którzy bólu nie doznają...

Być może tak właśnie myślał Jan Błoński, gdy pisał kiedyś ("TP" nr 15/1971), że Koniński onieśmiela: "dość przeczytać kilkanaście zdań, aby poczuć się błahym, beztroskim, niepoważnym... We wszystkim, co napisał, znać powagę, cierpienie, skupienie tak stężone i spokojne, że - owszem - fascynuje, ale zarazem przygniata i męczy. Nie można uciec od wzroku, który samą swoją obecnością zmusza do powagi. Ale też właśnie dlatego myśli się o ucieczce".

Zastanawiam się nad moją własną przygodą z Konińskim. To prawda - pisarz zachęca do zmagania się z czymś, o czym wolałoby się nie pamiętać. Każe dotykać czegoś, o czym myśli się, że nas nie dotknie. To prawda, ucieka się przed nim i przed jego przeklętymi problemami. Równie autentyczne i prawdziwe są jednak powroty. Bo Koniński jest pisarzem, do którego chce się wracać. Jakby pisał o czymś, o czym nie da się nie myśleć. O czymś, co nas zmienia.

"Wysokie serio"

W przypomnianych właśnie przez wydawców próbkach autobiografii, szkicach prozatorskich, artykułach krytycznoliterackich i korespondencji autora "Nox atra" z Kazimierzem Wyką zwraca uwagę przede wszystkim osobliwy ton norwidowskiego "wysokiego serio". Autor jako komediant? Literatura jako gra? Nie tak Koniński rozumiał jej zadania. Nie taki jej wymiar go interesował. Wolał myśleć, że "poetyczności istotnej nie ma się za darmo; jest ona premią za życie na wskroś serio, kiedy się z całą powaga woli i myślenia stawało twarzą w twarz ze ślepą naturą w sobie i w stosunkach ludzkich, z ironią losu" ("Szkice krytyczne", s. 54). Literatura była dla niego raczej rodzajem kruchej osłony przed nicością - stawała się poszukiwaniem sensu i formą pracy nad sobą samym, nieustanną walkę o coś, co można nazwać charakterem.

Próbował godzić krytykę personalistyczną i formalistyczną. Dbając o precyzyjne narzędzia badawcze i intersubiektywną sprawdzalność analiz i interpretacji, zabiegał jednocześnie o to, by horyzontem czytania pozostawała sfera wartości. Całą właściwie humanistykę pojmował jako obszar walki o indywidualną osobowość człowieka. Uważał, że największym niebezpieczeństwem dla literatury nie jest jej społeczna i kulturowa marginalizacja, lecz coś wręcz przeciwnego: stadność poglądów i zachowań. Właśnie dlatego oczekiwał indywidualności nie tylko od pisarzy, ale i od krytyków.

Czy był naiwny, gdy pisał, że "trzeba być kimś, jakąś wyrobioną osobistością, po prostu samemu mieć charakter, ażeby móc krytykować jak należy"? A może tylko stawiał pytania, które dziś wydają się szczególnie kłopotliwe? Demony, z jakimi się zmagał, w niczym nie przypominały złych duchów współczesności. Nie kusiły obietnicami lekkości bycia, nie podsuwały wskaźników obecności w mediach. Stawały u wezgłowia i mówiły, że jest sam, że cierpi i że jego praca nie ma sensu.

Wojna

A jednak pisał - ołówkami, które z czasem wyblakły, ręką tak drżącą, że późne rękopisy przypominają szyfry zapomnianych cywilizacji. Nie mógł wiedzieć, że późnej pomoże je odczytać jego syn Jerzy, że wiele długich lat poświęci im niezmordowany Bronisław Mamoń, że zajmie się nimi Adam Fitas, a po interwencji Katedry Teorii Literatury KUL dojdzie do skatalogowania i upublicznienia całego archiwum. Myślał, że wszystko pójdzie na marne.

Osobliwe koleje losu dotyczą zwłaszcza dziennika zatytułowanego "Wojna", który wypełnia większą część tomu "Kartki z brulionów". Zapiski rozpoczynają się 1 września 1939 r., kończą 9 stycznia 1940 r. Przepisane niegdyś przez Bronisława Mamonia (maszynopis liczy 209 stron), zostały we fragmentach opublikowane w miesięczniku "Znak" (nr 9/1966). Ze względu na cenzurę ominięto wówczas m.in. duże fragmenty poświęcone postaci Józefa Piłsudskiego, inwazji wojsk radzieckich, a także te, które odnosiły się do żyjących osób. Mamy zatem do czynienia z ich pierwsza pełną edycją.

Czym były dla ich autora? Terapią? Sposobem walki z własną bezradnością? Po trosze tak. Wydarzenia, których był świadkiem, nie mieściły się przecież w ramach oswojonych zjawisk i czynności. Zdanie "rano nie było dzienników", które brzmi dziś jak początek raportu o końcu cywilizacji, kreślił Koniński w taki właśnie sposób - jakby rozpoczynał kronikę zagłady. Dla przykutego do łóżka intelektualisty dzienniki nie są bowiem tylko źródłem sporadycznych honorariów lub formą "obecności w kulturze", nie są też tylko namiastką niemożliwych spotkań i dyskusji. Są czymś więcej niż ulotnym zbiorem informacji o świecie. Są światem.

Robione naprędce notatki były więc dla ich autora sposobem opanowania chaosu, heroiczną i na swój sposób tragiczną próbą okiełznania rzeczywistości, która wyszła ze swych trybów - czasu, który oszalał. Jeśli "Wojna" jest kroniką, to warto zwrócić uwagę na osobliwie zawężone pole obserwacji, które ogranicza się właściwie do domu i rodziny oraz najbliższego sąsiedztwa, mieszkańców Lanckorony. Wszystkie informacje dotyczące wydarzeń spoza tego kręgu są niepewne, niesprawdzone, zasłyszane - mimo to przeżywane są intensywnie, by nie rzec - gwałtownie. Tylko na pozór bowiem wojna toczy się gdzie indziej. W istocie toczy się wszędzie. A jeśli tak, to niemożność walki, skazanie na banał zwykłych spraw musi boleć szczególnie. Podobnie jak błędy polityków, wrogość strategicznych sąsiadów, słabość państwowego i wojskowego aparatu. Niejedną stronę autor zaprawił octem i żółcią. Wobec nikogo nie był tak wymagający, jak wobec rządzących.

"Na czym oprzemy odbudowę?"

Ale "Wojna" nie jest przecież dziennikiem wydarzeń. Relacjonując codzienne zdarzenia, Koniński odsłania swoje przeżycia osobiste - emocjonalne i duchowe. Jeszcze częściej jednak dzieli się refleksją. Tekst pisarza jest przede wszystkim dziennikiem myśli. Wśród nich jedna powtarza się szczególnie często. Właśnie ta o ponownej budowie.

Zdanie "na czym oprzemy odbudowę?" pochodzi z notatki poczynionej 1 października 1939 r. Czymś zasadniczym w omawianych zapiskach jest nie tylko próba godnego, mężnego życia w czasach zagłady, ale i wysiłek budowania obszarów nadziei. Od pierwszych tygodni wojny pisarz przewiduje konflikt niemiecko-rosyjski i porażkę Hitlera. Dobrze wie, że sam doświadcza klęski. Ale właśnie dlatego myśli o odbudowie. Nie chodzi mu jednak wyłącznie o naprawę zniszczeń w obrębie infrastruktury czy administracji. Czymś o wiele istotniejszym była myśl o odnowie duchowej. Tę uważał za najpierwotniejsze źródło wszelkich innych aktywności.

Czyżby więc nie dostrzegał ogromu szerzącego się zła? Czy nie dręczyła go myśl o ciemnych źródłach nieprawości? Czy nie był przekonany o niewystarczalności znanych mu teologicznych wyjaśnień fenomenu grzechu? Problem zła w pismach Konińskiego niewątpliwie zasługuje na obszerniejsze rozpatrzenie; wspomniała o tym Zofia Zarębianka ("Karol Ludwik Koniński czytany współcześnie", "Ruch Literacki" 1998 z. 4), przywołując europejskie konteksty myśli pisarza. W dzienniku, o którym mowa, ów problem ulega jednak osobliwemu "zawieszeniu". Położenie wojenne sprawia, że Koniński koncentruje się na poszukiwaniu możliwości ocalenia. Ostrożnie ustala fundament kruchej nadziei. Jest nim przekonanie, że Bóg "jest Bogiem, który nawet, gdy dopuszcza zło - wie, co robi. Zagadka zła nie rozwiązana - ale więcej ma się otuchy, gdy się tak wierzy, niż gdy się ma zło i dobro za partnerów poniekąd równorzędnych".

Ocalenie oznacza w dzienniku powrót do zagrożonych bądź utraconych wartości, nowe otwarcie na aksjologiczny wymiar bycia, a ostatecznie - na Boga. Jeszcze raz wracamy do podstawowego we wszystkich utworach Konińskiego wątku etycznego. Praca nad odbudową kraju oznacza pracę nad własną postawą wobec wartości - wyrabianie stałej skłonności do wyboru nie tego, co łatwe, ale tego, co dobre.

Wypada wierzyć, że nowa edycja pism Karola Ludwika Konińskiego, szczęśliwie zainicjowana przez Adama Fitasa i Macieja Urbanowskiego, otworzy do nich drogę nie tylko literaturoznawcom, ale także filozofom i teologom. Wielki już po temu czas.

  • Karol Ludwik Koniński, "Szkice krytyczne", opracował, wstępem i przypisami opatrzył Adam Fitas, Kraków 2007, Wydawnictwo Arcana;
  • Karol Ludwik Koniński, "Kartki z brulionów", z rękopisów spisał, opracował i wstępem poprzedził Bronisław Mamoń, Kraków 2007, Wydawnictwo Arcana.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]