Z wzrastającą niechęcią słuchałem podczas niedzielnej Mszy słów księdza o „ideologii gender”, z niedowierzaniem rozglądałem się po twarzach starszych ludzi niemo potakujących na usłyszane z ambony słowa, zarzuty stawiane kolejnemu ulotnemu wrogowi, tworzonemu przez księży w imię ciągłego pozostawania w gotowości.
W tamtej chwili przypomniałem sobie wydarzenie sprzed paru miesięcy, gdy rozmawiając z moimi wieloletnimi znajomymi, przyznałem się (bo do tego należy już „się” przyznawać), że jestem człowiekiem wierzącym, budząc nieme zdumienie przyjaciół, po którym nastąpił tradycyjny szereg podszytych medialnymi kalkami pytań („jak to – Ty?”). W paru niewinnych zdaniach zostałem sprowadzony do „oszołomskiego katolickiego” mianownika.
Zrozumienie dla ich zdziwienia, cichego zgrzytania zębami po każdej wypowiedzi Episkopatu, przyszło później, po ataku na „ideologię gender”, o której 90 proc. wiernych nie miało pojęcia, że istnieje, ale której odrzucenie nagle stało się gardłową sprawą, jeśli chodzi o zbawienie. Ostatniej niedzieli jasne stało się dla mnie, że biskupi, w ich obecnym działaniu i z aktualnym nastawieniem do rzeczywistości, są bezpośrednimi sprawcami ciągnącego się w nieskończoność festiwalu kompromitacji wiary i ludzi wierzących.
W swoim oderwaniu od realiów zabrnęli tak daleko, iż wiernym nie pozostaje nic innego, jak ich nauki i wskazania ignorować, jako szkodliwe i zwyczajnie sprzeczne z Ewangelią. I bynajmniej nie chodzi tu o łaszenie się do społecznego mainstreamu, lecz o pryncypia; chodzi o to, by skończyć wreszcie z posągową postawą biskupów, których absurdalna retoryka prowadzi do głoszonych wszem i wobec bzdur, takich jak te, że w Konwencji Rady Europy o „zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” chodzi o apologię homoseksualizmu (sic!); którzy na podstawie niemalże scholastycznych rozważań doszli do wniosku, że mój 8-letni chrześniak czytając „Harry’ego Pottera” zmierza prosto do piekła; wreszcie że coś, co nazwali „ideologią gender”, jest na tyle zgubne, że wierni mają wysyłać rozdawane w kościele formularze deklarujące sprzeciw wobec teorii, której niestety nie dane im było poznać, bo ktoś ją poznał za nich.
Mam dość nieustannego poczucia zażenowania z powodu bycia katolikiem w świecie, który według moich osobistych wniosków jest w pełni uprawniony, by nami gardzić, skoro nasi biskupi gardzą wszystkimi. Rozwiedzionymi, bezdzietnymi, feministkami, gejami, profesorami („genderowskimi neo-marksistami”), niewierzącymi, liberałami, Żydami, mną wreszcie i mnie podobnym, którzy mają czelność cokolwiek kwestionować.
Biskupi nie mają do czynienia w kościelnych ławach z szeregiem wolterowskich prostaczków, lecz z ludźmi częstokroć tkwiącymi całym sobą w XXI wieku, z nieograniczonym dostępem do wiedzy. Z wiernymi wrażliwymi na fałsz, których przynajmniej pokaźna część doskonale zdaje sobie sprawę, gdy ktoś intencjonalnie przeinacza fakty lub wprost kłamie. To ci wierni będą decydować o tym, czy Kościół przetrwa w dobie laicyzującej się Europy. To oni, nie kościelna „starszyzna” z ustami nieustannie otwartymi do krzyku, musi się zmagać z najbardziej przyziemnym kwestionowaniem podstaw ich wiary. To oni wreszcie są obarczeni codziennym obowiązkiem manifestowania wiary, takiej jaka ona jest: otwarta, dobra, prosta, pełna szacunku dla inności. Ci sami wierni wobec kolejnych listów Episkopatu, niefortunnych, by nie powiedzieć: idiotycznych wypowiedzi biskupów i kościelnych notabli, tracą grunt pod nogami. Grunt, który miał być skałą.
My, czyli Kościół, takich pasterzy nie potrzebujemy. Nie potrzebujemy ludzi, którzy, jak napisał Miłosz, boją się domyśleć rzecz do końca. Ludzi stanowiących parodię przeszłości, przerażonych rzeczywistością, kwestionujących ją element po elemencie, w kolejnych światopoglądowych bijatykach zupełnie zatracając to, czego wszyscy oczekujemy – świadectwo.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














