Reklama

Muhammed Ali kontra Faraon Sissi

Muhammed Ali kontra Faraon Sissi

w cyklu STRONA ŚWIATA
24.09.2019
Czyta się kilka minut
W rządzonym przez wojskowego dyktatora Egipcie po raz pierwszy od lat doszło do antyrządowych wystąpień. Kolejne zapowiedziano na najbliższy piątek. W muzułmańskiej Afryce rok 2019 mija pod znakiem ulicznych rewolucji, wojen i politycznych burz.
Antyprezydenckie protesty na ulicach Kairu, 21 września 2019 r. / Fot. Nariman El-Mofty / AP Photo / East News
K

Kilka tysięcy ludzi, w ogromnej większości młodych i bardzo młodych, wyszło w piątkowy wieczór na ulice egipskich miast, żeby domagać się ustąpienia wojskowego dyktatora, 64-letniego Abdela Fattaha el-Sissiego. Do antyrządowych wystąpień doszło w Kairze, ale także w Gizie, śródziemnomorskiej Aleksandrii, czerwonomorskim Suezie czy Mahalli, położonej w delcie Nilu. Policja w bojowym rynsztunku natychmiast przegrodziła drogę demonstrantom. Doszło do zamieszek: poszły w ruch armatki wodne, granaty z gazem łzawiącym, padły nawet strzały. Dopiero w niedzielę policji udało się przywrócić porządek i spędzić z ulic demonstrantów, którzy odgrażają się, że w najbliższy piątek na nie wrócą.

Dyktator

Znawców egipskiej polityki zdumiała nie liczba uczestników antyrządowych wystąpień, ale fakt, że do nich w ogóle doszło. Odkąd władzę w Kairze, w 2013 roku przejął w wyniku wojskowego puczu Sissi, wszelkie uliczne zgromadzenia czy pochody, wiece czy strajki, jawna opozycja wobec władz, a nawet wyrażanie niezadowolenia z polityki rządu są w Egipcie surowo zakazane. Z czterech wojskowych dyktatorów, jacy nimi rządzili (Gamal Abdel Naser 1954-70, Anwar Sadat 1970-81, Hosni Mubarak 1981-2011); niepodległy od 1922 roku Egipt miał jeszcze dwóch królów, Fuada i Faruka oraz jedynego, demokratycznie wybranego prezydenta Mohammeda Mursiego (2011-13), żaden nie robił tego tak bezwzględnie jak Sissi.


Czytaj także: Strona świata - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


Swojego poprzednika, Mursiego, wyniesionego do władzy przez uliczną rewolucję z czasów Arabskiej Wiosny z 2011 roku, Sissi kazał wtrącić do więzienia (pozbawiony opieki lekarskiej umarł w czerwcu na serce), a jego partię, Braci Muzułmanów, zdelegalizował jako organizację religijnych fanatyków, wywrotowców i terrorystów. Kiedy Bracia próbowali protestować i występować w obronie Mursiego, Sissi posłał przeciwko nim wojsko i policję, które tłumiąc w Kairze antyrządowe demonstracje zabiły prawie tysiąc osób.

W ciągu sześciu lat rządów Sissiego do więzień trafiło co najmniej 60 tysięcy ludzi. Nowe władze nie miały litości nawet dla dawnych towarzyszy broni, wojskowych, którzy po przejściu na emeryturę próbowali zajmować się polityką, rywalizować z nowym przywódcą czy choćby go krytykować. Sissi wziął pod bezwzględną kontrolę gazety, stacje telewizyjne i radiowe: w konkurencji zwalczania wolności słowa Egipt wkrótce znalazł się w ścisłej, światowej czołówce, tuż obok Chin czy Turcji. 

W 2014 roku Sissi zwyciężył w wyborach prezydenckich, zdobywając 97 proc. głosów.  W zeszłym roku znów wygrał niemal jednogłośnie, zapewniając sobie reelekcję, a wiosną posłuszny mu parlament poprawił konstytucję tak, by Sissi mógł zgodnie z prawem pozostawać na tronie co najmniej do 2030 roku.

Po wiośnie

Egipski przywódca od początku panowania nie ukrywa, że uważa rządy twardej ręki za jedyne skuteczne lekarstwo na gospodarcze kłopoty i bałagan, będący jego zdaniem wyłącznym skutkiem Arabskiej Wiosny i ulicznych rewolucji. „Inaczej – powiada – będziemy mieli same Iraki, Syrie, Jemeny i Libie”. Przekonuje też, że jedynie zaprowadzając oświeconą dyktaturę będzie w stanie zreformować gospodarkę i unowocześnić państwo. I że każdego, kto stanie mu na drodze, uzna za wroga.

Zastraszeni dysydenci, niezależni dziennikarze i obrońcy praw człowieka zaprzestają więc działalności w Kairze lub wyjeżdżają z kraju. A jeśli za granicą wciąż atakują Sissiego, ten każe aresztować ich krewnych w Kairze, Aleksandrii czy Suezie.

Początkowo Egipcjanie, udręczeni rewolucyjnym chaosem i biedą, odnosili się do rządów Sissiego ze zrozumieniem i nadzieją. Poparcie dla jego polityki zaczęło spadać, gdy po zaprowadzeniu dyktatury zabrał się za gospodarkę. W 2016 roku w zamian za 12 miliardów dolarów pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego zobowiązał się do oszczędnościowych reform, wycofał z dotowania taniej żywności i paliwa. Obiecywał też, że do 2030 roku nikt w Egipcie nie będzie klepał biedy. Jak do tej pory jednak rośnie głównie drożyzna i bezrobocie (choć kraj notuje także najwyższy na Bliskim Wschodzie wzrost gospodarczy – 5,6 proc. w zeszłym roku), a według oficjalnych statystyk jedna trzecia Egipcjan cierpi nędzę. „My Egipcjanie jesteśmy biedni, ale musimy jeszcze bardziej zacisnąć pasa” – przekonuje rodaków Sissi.

Dysydent

„A ty? Czy ty też jesteś biedny? I czy razem z innymi zaciskasz pasa?” – niespodziewanie zapytał publicznie prezydenta przedsiębiorca budowlany Muhammed Ali. Dobiegający pięćdziesiątki Egipcjanin dorobił się na rządowych kontraktach, ale w tym roku wyjechał z kraju do Barcelony i właśnie stamtąd zaczął na początku września publikować w internecie orędzia atakujące Sissiego i wytykające mu zakłamanie i korupcję. Mówiąc prostym językiem, paląc papierosy i ciskając co chwila przekleństwa, Muhammed Ali wyzywa Sissiego i rządzących wojskowych od złodziei i łajdaków i oskarża ich, że przekonując Egipcjan do wyrzeczeń, sami pławią się w dostatkach i marnotrawią państwowe pieniądze na pompatyczne inwestycje w rodzaju nowych prezydenckich pałaców i przedłużania Kanału Sueskiego.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Miasta (nie) do życia


Pierwsza od lat, tak jawna i niemal straceńczo odważna krytyka Sissiego zyskała Muhammedowi Alemu miliony słuchaczy i zwolenników. Choć mało kto wcześniej o nim słyszał, ludzie uwierzyli mu, bo, jak twierdzi, sam budował pałace Sissiemu, a wojskowi, którzy przejęli na własność większość egipskiej gospodarki, oszukali go i nie zapłacili mu za wykonaną pracę.

W czwartek, w kolejnym orędziu w internecie, Muhammed Ali wezwał Egipcjan, żeby w piątkowy wieczór, po kairskim meczu o superpuchar dwóch najpopularniejszych w kraju piłkarskich drużyn, Zamaleku i Al Ahly (Zamalek, założony przed laty przez Anglików, zawsze dobrze żył z rządzącymi, a Al Ahly zawsze bliższy był wszelkiej opozycji), wyszli na ulice i zażądali dymisji Sissiego. I ludzie posłuchali budowlańca, nawołującego z Barcelony do buntu w Kairze. Nawet w Waszyngtonie i Nowym Jorku przedstawiciele egipskiej diaspory zebrali się przed kwaterą ONZ i pod Białym Domem, protestując przeciwko dyktaturze Sissiego i żądając od amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, żeby przestał uważać Egipcjanina za „swojego ulubionego dyktatora”.

Kiedy demonstranci wychodzili na ulice Kairu, Aleksandrii i Suezu, Sissi wyjeżdżał akurat za granicę, do Nowego Jorku, na doroczną sesję Zgromadzenia Ogólnego NZ. Musiał wiedzieć, co się święci, bo już w czwartek wieczorem wzmocniono policyjne patrole na kairskim placu Tahrir, głównej scenie ulicznej rewolucji z 2011 roku. Egipcjan zdziwiło też, że Sissi, ignorujący dotąd wszelką krytykę, w połowie września niespodziewanie odpowiedział na oskarżenia Mohammeda Alego. Przemawiając na Krajowej Konferencji Młodzieży przyznał, że buduje pałace i będzie budował ich jeszcze więcej, ale nie dla siebie, lecz ku chwale Egiptu. Komentatorzy uznali te tłumaczenia za dowód, iż Sissi uznał orędzia Muhammeda Alego za zagrożenie dla swojego panowania.

Dworska, rządowa telewizja, jak to rządowa telewizja, natychmiast przystąpiła do kontrataku. Najpierw oskarżyła Muhammeda Alego, że jest muzułmańskim fanatykiem, a kiedy okazało się, że zbuntowany budowlaniec nigdy nie zaliczył się do najpobożniejszych, próbowała zrobić z niego hedonistę, pijaka i kobieciarza, taplającego się w występku i grzechu. I ten zarzut okazał się jednak chybiony, bo świadectwo moralności Muhammedowi Alemu wystawili niespodziewanie pobożni Bracia Muzułmanie. Ostatecznie, rządowa telewizja pominęła w wiadomościach piątkowe i sobotnie demonstracje, a jedna z przychylnych władzom stacji podała nawet, że w piątkowy wieczór po kairskim placu Tahrir przechadzali się turyści. A państwowy urząd, wydający akredytacje zagranicznym dziennikarzom, przestrzegł ich, by informując swoich czytelników, widzów i słuchaczy o sytuacji w Egipcie „nie popadali w przesadę”, „przestrzegali zawodowych standardów” i pamiętali, że Facebook ani Twitter nie mogą być uznawane za rzetelne źródła jakichkolwiek informacji.

Badacze egipskiej polityki zachodzą w głowę, czy zbuntowany budowlaniec Muhammed Ali zyskał sobie rozgłos i posłuch tylko dlatego, że wyraził odważnie i głośno wszystko to, co czują podobnie jak on sfrustrowani i niezadowoleni z życia rodacy, czy też może jest on jedynie trybikiem w zawiązywanym w Kairze nowym spisku, mającym na celu odsunięcie Sissiego od władzy i zastąpienie go nowym dyktatorem. W jednym z orędzi Muhammed Ali wzywał wprost ministra obrony Mohammeda Zakiego, żeby odebrał Sissiemu władzę.

Przed wiosną?

Gdy policja spędziła z ulic antyrządowych demonstrantów, Muhammed Ali wezwał Egipcjan, by w najbliższy piątek ponownie wyszli na ulice i place, jeszcze odważniej i liczniej. Budowlaniec z Barcelony nawołuje do „marszu miliona”, który da początek nowej „ludowej rewolucji”.

Komentatorzy zwracają uwagę, że w pierwszych od lat antyrządowych wystąpieniach w Egipcie większość stanowili dwudziestolatkowie i nastolatkowie, którzy za czasów Arabskiej Wiosny byli za młodzi, żeby wziąć w niej udział. Fiasko ówczesnych ulicznych rewolucji nie musi ich zrażać, a inspiracji mogą szukać we współczesnych im ulicznych buntach w sąsiednich Sudanie czy Algierii, które wymusiły dymisje panujących dyktatorów. W Sudanie, po trwających pół roku wystąpieniach, w kwietniu od władzy został odsunięty rządzący od 40 lat wojskowy dyktator Omar al Baszir, a generałowie, którzy próbowali go zastąpić, latem zostali zmuszeni do ugody z przywódcami ulicznej rewolucji. W Algierii, w skutek ulicznych wystąpień rządy stracił satrapa Abdul Aziz Buteflika, a przywódcy demonstrantów nie godzą się na wybory nowych władz, zanim na emeryturę nie przejdzie cała dotychczasowa polityczna elita.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Szejk z oazy demokracji


Do wymiany politycznej elity doszło też w Tunezji, gdzie zrodziła się Arabska Wiosna i gdzie demokracja najgłębiej na całym Bliskim Wschodzie zapuściła korzenie. W sierpniu, przeżywszy prawie 100 lat, umarł pierwszy, uczciwie i wolno wybrany – po Arabskiej Wiośnie – prezydent kraju Al Badżi Ka’id as Sibsi, a we wrześniu, w pierwszej rundzie prezydenckich wyborów zwyciężyli polityczni autsajderzy i to oni, a nie przedstawiciele starych elit, zmierzą się w październiku w dogrywce o władzę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]