Reklama

Przyjaciele naszych przyjaciół

Przyjaciele naszych przyjaciół

w cyklu STRONA ŚWIATA
21.06.2019
Czyta się kilka minut
Rządzący Egiptem i Arabią Saudyjską, najlepsi według Donalda Trumpa przyjaciele Ameryki na muzułmańskim Bliskim Wschodzie, znów zostali oskarżeni o zabójstwa politycznych przeciwników.
Symboliczny pogrzeb Mohameda Mursiego, zorganizowany przez egipską opozycję, Kair, 19 czerwca 2019 r. / Fot. ILYAS AKENGIN / AFP / EAST NEWS
Symboliczny pogrzeb Mohameda Mursiego, zorganizowany przez egipską opozycję, Kair, 19 czerwca 2019 r. / Fot. ILYAS AKENGIN / AFP / EAST NEWS
N

Na początku tygodnia, podczas rozprawy w kairskim sądzie zmarł były prezydent Egiptu Mohammed Mursi, jedyny egipski przywódca wybrany w wolnych i uczciwych wyborach. W poniedziałkowe popołudnie, zamknięty jak zwykle w dźwiękoszczelnej klatce, tak by jego przemówienia i protesty nie były słyszalne dla publiczności (przewodniczący rozprawie sędzia w każdej chwili mógł wyłączyć Mursiemu mikrofon), były prezydent znów wołał, że on i tylko on może uważać się za prawowitego przywódcę, a kierowane przeciwko niemu zarzuty o szpiegostwo na rzecz obcych państw są zwykłym kłamstwem. Po kwadransie zasłabł i osunął się na ziemię. Sędzia przerwał rozprawę. Wieczorem rządowa telewizja ogłosiła, że z sądowej sali Mursi został przewieziony do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili, że nie żyje. Miał 67 lat.

Z przypadku

Prezydentem, w dodatku pierwszym wybranym w wolnej elekcji, został trochę przypadkiem. Nie chciał rządzić, ani się do tego nie nadawał. Trudno się dziwić, że jego krótkie panowanie stało się symbolem gorzkiego zawodu, jakim zakończyła się w Egipcie Arabska Wiosna: rewolucja, która jak większość rewolucji, przyniosła rozczarowanie, a nie spełnienie nadziei.

W 2011 r. obaliła ona panującego czwarte dziesięciolecie dyktatora Hosniego Mubaraka, wiernego sprzymierzeńca Zachodu. Przez rok władzę w Kairze sprawowała zdominowana przez wojskowych Rada Tymczasowa (odkąd młodzi radykałowie z ruchu Wolnych Oficerów obalili w 1952 r. monarchię, Egiptem rządzą wojskowi), która przygotowała wybory nowego przywódcy. Zanim ogłoszono elekcję, ograniczono władzę prezydenta, by cywil, którego lud miał sobie wybrać na przywódcę, panował jedynie, ale nie rządził.

Mursi, wykształcony w Ameryce na inżyniera, został zgłoszony przez Braci Muzułmanów, rewolucyjny ruch, który „pracą u podstaw” proponuje muzułmanom państwo oparte na solidarności, islamie i prawie koranicznym jako alternatywę dla panujących dyktatur i imitacji zachodniej demokracji. Pierwszym kandydatem Braci w wyborach był jeden z ich przywódców, bogaty i znany przedsiębiorca Chajrat al Szater, ale generałowie go zdyskwalifikowali, powołując się na zasądzony przeciwko niemu wcześniej wyrok więzienia. 

Był więc rezerwowym kandydatem, a wyborczy sukces zawdzięczał nie tyle swoim zaletom, co popularności Braci Muzułmanów. W prezydenckiej dogrywce zagłosowali na niego także liberałowie i wszyscy inni zwolennicy rewolucji. Mursi, również uczestnik rewolucji, wydawał im się mniejszym złem niż reprezentujący ancien régime Ahmed Szafik, ostatni premier Mubaraka.

Skazany na klęskę

Mursi był skazany na klęskę, ale sam również przyłożył do niej rękę. Pomniejszona przed wyborami władza prezydencka sprawiła, że mianowani jeszcze przez Mubaraka urzędnicy i sędziowie, oraz bogacze zawdzięczający dyktatorowi majątki, a przede wszystkim zazdrośni o władzę wojskowi, od początku sabotowali wszystkie jego wysiłki. Inna sprawa, że nie miał ani pojęcia, ani pomysłu, jak rządzić. Zewsząd osaczony, miotał się od skrajności w skrajność, wszędzie widział wrogów, ze wszystkimi chciał walczyć: o przywództwo wśród Braci Muzułmanów, a także z generałami i sędziami o władzę. Krytykowany przed demokratów i liberałów, że próbuje przerabiać Egipt na państwo wyznaniowe, szukał sprzymierzeńców wśród wojskowych. Oskarżano go o wszystkie grzechy i błędy, od niekompetencji, po skłonności do tyranii, a nawet zamiar sprzedania cudzoziemcom piramid. Zaczęto przezywać go faraonem, choć ze wszystkich egipskich przywódców żaden nie miał władzy tak ograniczonej. 

Kiedy w lipcu 2013 r., po pierwszym zaledwie roku panowania Mursiego miliony Egipcjan wyszły na ulice, by domagać się jego ustąpienia, generałowie skorzystali z okazji i dokonali kolejnego puczu. Pierwszego egipskiego prezydenta wybranego w wolnych wyborach obalił awansowany przez niego na ministra wojny marszałek polny Abdel Fattah al Sissi, panujący dziś przywódca państwa. Niedawna rewolucyjna ulica przyjęła zamach stanu westchnieniem ulgi, a nawet owacjami. Nie protestowała nawet, gdy w sierpniu przed kairskim meczetem Rabi’a, w pobliżu uniwersytetu, wojsko na rozkaz Sissiego rozstrzelało zwolenników Braci Muzułmanów, domagających się przywrócenia Mursiego na prezydencki urząd. Jednego dnia zginęło prawie tysiąc ludzi i była to najkrwawsza masakra, do jakiej doszło we współczesnym Egipcie. Sissi zakazał działalności Braci Muzułmanów (teraz namawia prezydenta Trumpa, by podobnie jak irańskich Strażników Rewolucji, ogłosił Braci terrorystami), a kilkadziesiąt tysięcy ludzi trafiło do więzień.

W pojedynczej celi

Za kratkami wylądował też Mursi. O ile obalonego i oskarżonego o nadużywanie władzy Mubaraka, byłego żołnierza, umieszczono w wygodnym wojskowym szpitalu, a dwa lata temu zwolniono do domu, gdzie mając 91 lat dożywa swoich dni w otoczeniu rodziny i przyjaciół, Mursiego wtrącono do cieszącego się najgorszą sławą kairskiego więzienia Tora. Trafił w dodatku do celi w skrzydle „Skorpiona”, o którym tamtejsi strażnicy mawiają, że na wolność wychodzi się z niego jedynie martwym.

Ostatnich sześć lat Mursi spędził w pojedynczej celi, odcięty całkowicie od świata. Nie dostawał żadnych gazet, żadnych książek, nie pozwolono mu pisać. W ciągu tego czasu pozwolono mu na jedynie trzy odwiedziny bliskich, a przy każdej rozmowie obecny był wartownik. Z celi wychodził tylko po to, by stawić się na kolejnej sądowej rozprawie, odpowiadać na kolejne zarzuty. Oskarżono go o terroryzm, podżeganie do nienawiści i zamieszek, kradzieże, kierowanie nielegalną organizacją przestępczą i szpiegostwo (umarł na zawał serca, odpowiadając właśnie na zarzuty o szpiegostwo). W 2015 r. skazano go już nawet na śmierć, ale żeby zrobić dobre wrażenie na Zachodzie, Sissi nakazał zmienić wyrok na 45 lat więzienia.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Rewolucje generalskie


Podczas rozpraw zdarzało się, że mdlał, a krewni twierdzą, że chorował na serce i wątrobę, miał nadciśnienie i cukrzycę. W więzieniu bardzo wychudł i bał się jeść, bo podejrzewał, że strażnicy chcą go otruć. Prawnicy nie raz alarmowali, że więzienne władze odmawiają mu lekarstw i opieki medycznej. Potwierdzali to działacze organizacji praw człowieka, jak Amnesty International i Human Rights Watch. Egipskie władze przyznały, że otrzymywały od Mursiego skargi na niedostateczną opiekę medyczną i jego prośby, by mógł za własne pieniądze kupować sobie lekarstwa. Rządowi lekarze zbadali jednak więźnia i orzekli, że cierpi jedynie na cukrzycę, a poza tym jego zdrowie jest w najlepszym porządku.

W zeszłym roku egipskie władze uległy naciskom Londynu i zgodziły się, by Mursiego w więzieniu odwiedzili zaniepokojeni brytyjscy posłowie. Stwierdzili, że były prezydent rzeczywiście pozbawiony jest odpowiedniej dla jego kondycji opieki, a warunki, w jakich jest więziony, gdzie indziej nazwano by torturą.

W zwolnionym tempie

Rządowe gazety i telewizja o śmierci byłego prezydenta nie wspomniały słowem, a władze nie zgodziły się, by Mursi został pochowany na cmentarzu w rodzinnej wiosce w Delcie Nilu. Nakazały, by pogrzebano go we wtorek przed świtem na kairskim cmentarzu, gdzie spoczywają już inni przywódcy Braci Muzułmanów, a w ostatnią drogę mogło odprowadzić byłego prezydenta jedynie pięć osób z najbliższej rodziny.

Organizacja Human Rights Watch przyrównała śmierć Mursiego do „zabójstwa w zwolnionym tempie”. Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, jeden z nielicznych sprzymierzeńców byłego prezydenta, również oskarżył egipskie władze o zabójstwo i zażądał postawienia rządzących z Kairu przed międzynarodowym trybunałem. Wysoki Komisarz NZ ds. Praw Człowieka z kolei wezwał do przeprowadzenia „pełnego, uczciwego i niezależnego śledztwa” w sprawie warunków, w jakich więziony był Mursi. Kairski MSZ zarzucił jednak ONZ stronniczość i próbę „niepotrzebnego upolityczniania majestatu śmierci”.

Saudyjski ślad

W mijającym tygodniu o zabójstwo politycznego przeciwnika oskarżeni zostali także inni bliskowschodni sprzymierzeńcy Ameryki – Saudowie. Specjalna wysłanniczka ONZ Agnes Callamard, w sporządzonym właśnie 100-stronicowym raporcie dotyczącym zeszłorocznego zabójstwa saudyjskiego dysydenta i dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego stwierdziła, że ślady morderców wiodą na królewski dwór w Rijadzie i do księcia koronnego Mohammeda ibn Salmana, najważniejszego bliskowschodniego partnera Jareda Kushnera, zięcia prezydenta Trumpa i jego głównego speca od spraw regionu.

W specjalnym, przygotowywanym przez pół roku raporcie (Chaszukdżi, zwolennik Braci Muzułmanów i dawny przyjaciel Osamy ibn Ladina został zamordowany 2 października w saudyjskim konsulacie w Stambule), który w przyszłym tygodniu zostanie przedstawiony w genewskiej siedzibie Rady NZ ds. Praw Człowieka, pani Callamard stwierdza, że saudyjski dysydent został z premedytacją zamordowany, a dowody zbrodni profesjonalnie zatarte. Nie wskazuje winnych, ale zaleca przeprowadzenie międzynarodowego śledztwa pod nadzorem ONZ, by ustalić, kto zlecił zabójstwo. Zaleca też by, skoro Chaszukdżi był obywatelem USA, śledztwo w sprawie jego śmierci wszczęło także amerykańskie FBI. Zdaniem pani Callamard „wiele wiarygodnych dowodów” już dziś pozwala, by dochodzeniem objąć księcia koronnego Mohammeda i obłożyć go sankcjami, w tym zamrożeniem zagranicznych kont do czasu, aż istniejące wobec niego podejrzenia nie zostaną rozwiane.

Saudyjskie władze odpowiedziały, że raport pani Callamard nie zawiera niczego nowego, a cała sprawa może zostać wyjaśniona jedynie przed saudyjskim sądem. Tego zdania jest również prezydent Trump, choć pani Callamard twierdzi, że toczący się w Arabii Saudyjskiej proces w sprawie zabójstwa Chaszukdżego jest jedynie maskaradą i należałoby go w ogóle przerwać.

Zdrada za miliardy

Wszczęcie specjalnego śledztwa ONZ może zarządzić jedynie António Guterres, sekretarz generalny tej organizacji, a jego decyzja musiałaby zostać jeszcze zatwierdzona przez Radę Bezpieczeństwa i Zgromadzenie Ogólne NZ. Ponieważ w Radzie Bezpieczeństwa Amerykanie, jako przedstawiciele jednego z pięciu światowych mocarstw, mają prawo weta, saudyjski książę nie musi się na razie niczego obawiać. Królestwo, którym ma władać, posiada za dużo ropy naftowej i kupuje za dużo broni, by miało się czegokolwiek obawiać ze strony rządzonej przez Trumpa Ameryki i Zachodu w ogóle.

Saudów niepokoją jednak Turcy, ich rywale w bliskowschodniej rywalizacji o pierwszeństwo w regionie. W Egipcie wspierali Mursiego, podczas gdy Saudowie postawili na jego pogromcę, Sissiego. Turcja jest sojuszniczką Kataru, przeciwko któremu Saudowie wprowadzili blokadę gospodarczą, by ukarać jego krnąbrność i zmusić do podporządkowania się Rijadowi. Turcja i Arabia Saudyjska różnią się właściwie w każdej bliskowschodniej sprawie, a Stambuł jest ulubionym miejscem wymuszonej emigracji dla Braci Muzułmanów z Egiptu i dysydentów z saudyjskiego królestwa. Zabójstwo Chaszukdżiego w Stambule turecki prezydent Erdoğan odebrał jako osobistą zniewagę. Dlatego kazał policji udostępnić pani Callamard podsłuchane i nagrane rozmowy, prowadzone przez zabójców Chaszukdżiego, czekających na niego w saudyjskim konsulacie. Na taśmach słychać, jak planują mord i ćwiartowanie zwłok, by ukryć dowody zbrodni. Słychać też ostatnią rozmowę Chaszukdżiego z zabójcami. „Zapłacą mi za to, co zrobili” – odgraża się Erdoğan, a rządzona przez niego Turcja zapowiedziała, że entuzjastycznie poprze wszystkie zalecenia raportu pani Callamard. Turcy chcą nie tylko boleśnie ugodzić Saudów, ale odpłacić Zachodowi za krytykę Erdoğana i wytykanie mu autokratycznych zapędów. Zamierzają pokazać, że Ameryka pod rządami Trumpa, Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, pouczający go o demokracji i wolności słowa, bez wahania przehandlowują swoje największe świętości, prawa człowieka i obywatela w zamian za miliardowe kontrakty na dostawy broni dla uosabiających satrapię Saudów.

POLECAMY: Strona świata - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

są po jednych pieniądzach. Trudno orzec czyje służby specjalne dokonały więcej morderstw politycznych. Ale było ich niemało.

Z ostatnim zdaniem bardzo ciezko sie nie zgodzic.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]