Kiedy piszę o wierszu Krystyny Dąbrowskiej, pies kładzie łapę na laptopie. Układają się pod nią litery, cyfry, kropki i przecinki. Cała masa znaków, chaotycznych i przypadkowych. Przez chwilę próbuję go powstrzymać, bezskutecznie. Czekam, aż odejdzie. Po chwili rzeczywiście się kładzie, unosi łeb i patrzy mi w oczy. Nieświadomy, że przybliżył mnie do wiersza autorki „Miasta z indu”. A może w ogóle do całej jej poezji, która tak mocno opowiada się po stronie rzeczywistości? Poezji, która zwykłym i prostym doświadczeniom porządkującym chaos pozwala sprawić, że istnienie staje się tajemnicą. Tak jak tajemnicza była chwilowa burza w pewne styczniowe późne popołudnie, gdy po raz pierwszy – na osobności – spotkałam się z Krystyną Dąbrowską.
Czytam jej niepublikowany wiersz „Mój czerwony szwajcarski scyzoryk” i wydaje mi się, że słyszę muzykę, odgłos nalewanego do kieliszków wina, gwar rozmów, szepty i śmiechy. Czuję zapach egzotycznych przypraw, które wypełniają ciasne pomieszczenie. A potem jest trochę głośniej: ktoś zaczyna tańczyć, po chwili odważają się następni i następne. Wyobrażam sobie, w jaki sposób – poznani przecież przez przypadek ludzie – poruszają się w rytm muzyki. Za pomocą przekazywanego z rąk do rąk czerwonego scyzoryka poznaję nieznane mi wcześniej imiona: Ainur, Ghayath, Zaza, Mashiul. I słyszę nazwy miejsc, do których nigdy nie dotarłam: Iowa, Kazachstan, Zimbabwe, Bangladesz.
Czasami ktoś pyta mnie o korzyści z pisania literatury. Dopiero niedawno odkryłam, że to poznani dzięki niej ludzie. Niektórzy zostają tylko na chwilę, inni na miesiące, lata, a może – chciałabym w to wierzyć – już do końca. Dlaczego właśnie ci, a nie inni? Czy drobne rzeczy, które im podarowałam, przekazali innym i teraz leżą one w obcych domach? Na przykład śmieszne fiszki z głową kota albo ubrania, których nigdy nie odważyłam się założyć. Przecież wiem, że rzeczy stracą fason i kolor. Papierowe uszy kota zagną się i naderwą, a ja – jak w wierszu Krystyny – będę mogła powiedzieć: „jestem ta sama i inna”. Ale też wierzę, że to, co dane innym – dobre i złe – zostaje, jak wykrzyczane rzece imiona – będzie się niosło i niosło.
Mój czerwony szwajcarski scyzoryk
być może wcale nie jest mój,
tylko Ainur, której imię
znaczy „światło księżyca”,
jak powiedziała, gdy przedstawialiśmy się sobie,
trzydzieści dwoje uczestników
pisarskiego programu w Iowa.
Ainur, komediopisarka z Kazachstanu
z łobuzerskim uśmiechem i piegami na policzkach,
i ja, poetka z Polski, z siwą czupryną wokół dziecinnej twarzy,
byłyśmy jedynymi w grupie posiadaczkami
tego narzędzia niezbędnego do przetrwania.
Nasze bliźniacze scyzoryki wyposażone w korkociąg
otwierały butelki z winem, gdy zbieraliśmy się nie w słynnym
barze Fox Head, ale tam gdzie mieszkaliśmy,
w akademiku, w pokoju Ghayatha
nazwanym przez nas czule Fox Ass.
Fox Ass – najlepsza kawiarnia literacka świata,
w której od dyskusji płynnie przechodziło się do tańców.
Nasze scyzoryki wyposażone w pęsetę usuwały kleszcze
po wędrówce przez las na skarpie nad Missisipi,
a był to święty las rdzennych Amerykanów
z pradawnymi kopcami w kształcie ptaków i niedźwiedzi
i Judith z Meksyku przy każdym kopcu kładła w ofierze
zwitek tytoniu. Nasze scyzoryki
krążyły z rąk do rąk po kuchni, gdzie pichciliśmy wspólnie
potrawy ze wszystkich kontynentów, w tym Atlantydy,
i zawsze brakowało nam noży do krojenia
cytryn na syryjską zupę z soczewicy,
pomidorów smażonych po palestyńsku,
marchewek na pilaw, dyni na krem, który Zaza
przyrządzała według przepisu swojej mamy w Zimbabwe.
I nie wiem już, czy to scyzoryk Ainur czy mój posłużył
do kulinarnej edukacji Mashiula,
który w rodzinnym Bangladeszu co rok publikuje
zbiór opowiadań lub powieść, ale nie umiał dotychczas
zrobić sobie posiłku, a w Iowa postanowił spróbować
i zaczął od ćwiczeń w siekaniu cebuli, najpierw na toporne bloki,
a po kilku sesjach na jedwabiste paseczki i piórka.
Być może mój scyzoryk jest teraz w Ałmatach,
a scyzoryk Ainur u mnie w Warszawie.
Mój i nie mój, ten sam i nie ten sam co przed podróżą,
tak jak ja jestem ta sama i inna.
Kiedy przy wejściu do muzeum muszę go zostawić w depozycie,
strażnik nie podejrzewa, że to przedmiot wyposażony w pamięć
pojemniejszą niż gdyby zgromadzić worek pendrive’ów,
że wysunięte ostrze nie jest bronią,
tylko drogowskazem do krajów i losów przyjaciół
z zaszyfrowanym zapisem zmieniających się odległości.
Nierdzewna stal ma kolor rzeki,
która dopiero oglądana ze skarpy odsłoniła się w swoim ogromie
jak przedzielona wyspami zieleni wielopasmowa autostrada,
rzeki, której wykrzyczeliśmy nasze imiona, aby je poniosła.
Krystyna Dąbrowska
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















