Mój czerwony szwajcarski scyzoryk. Nowy wiersz Krystyny Dąbrowskiej

Czyta się kilka minut
Krystyna Dąbrowska // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Krystyna Dąbrowska // Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Kiedy piszę o wierszu Krystyny Dąbrowskiej, pies kładzie łapę na laptopie. Układają się pod nią litery, cyfry, kropki i przecinki. Cała masa znaków, chaotycznych i przypadkowych. Przez chwilę próbuję go powstrzymać, bezskutecznie. Czekam, aż odejdzie. Po chwili rzeczywiście się kładzie, unosi łeb i patrzy mi w oczy. Nieświadomy, że przybliżył mnie do wiersza autorki „Miasta z indu”. A może w ogóle do całej jej poezji, która tak mocno opowiada się po stronie rzeczywistości? Poezji, która zwykłym i prostym doświadczeniom porządkującym chaos pozwala sprawić, że istnienie staje się tajemnicą. Tak jak tajemnicza była chwilowa burza w pewne styczniowe późne popołudnie, gdy po raz pierwszy – na osobności – spotkałam się z Krystyną Dąbrowską.

Czytam jej niepublikowany wiersz „Mój czerwony szwajcarski scyzoryk” i wydaje mi się, że słyszę muzykę, odgłos nalewanego do kieliszków wina, gwar rozmów, szepty i śmiechy. Czuję zapach egzotycznych przypraw, które wypełniają ciasne pomieszczenie. A potem jest trochę głośniej: ktoś zaczyna tańczyć, po chwili odważają się następni i następne. Wyobrażam sobie, w jaki sposób  – poznani przecież przez przypadek ludzie – poruszają się w rytm muzyki. Za pomocą przekazywanego z rąk do rąk czerwonego scyzoryka poznaję nieznane mi wcześniej imiona: Ainur, Ghayath, Zaza, Mashiul. I słyszę nazwy miejsc, do których nigdy nie dotarłam: Iowa, Kazachstan, Zimbabwe, Bangladesz.

Czasami ktoś pyta mnie o korzyści z pisania literatury. Dopiero niedawno odkryłam, że to poznani dzięki niej ludzie. Niektórzy zostają tylko na chwilę, inni na miesiące, lata, a może – chciałabym w to wierzyć – już do końca. Dlaczego właśnie ci, a nie inni? Czy drobne rzeczy, które im podarowałam, przekazali innym i teraz leżą one w obcych domach? Na przykład śmieszne fiszki z głową kota albo ubrania, których nigdy nie odważyłam się założyć. Przecież wiem, że rzeczy stracą fason i kolor. Papierowe uszy kota zagną się i naderwą, a ja – jak w wierszu Krystyny – będę mogła powiedzieć: „jestem ta sama i inna”. Ale też wierzę, że to, co dane innym – dobre i złe – zostaje, jak wykrzyczane rzece imiona – będzie się niosło i niosło.

Mój czerwony szwajcarski scyzoryk

być może wcale nie jest mój,

tylko Ainur, której imię

znaczy „światło księżyca”,

jak powiedziała, gdy przedstawialiśmy się sobie,

trzydzieści dwoje uczestników

pisarskiego programu w Iowa.

Ainur, komediopisarka z Kazachstanu

z łobuzerskim uśmiechem i piegami na policzkach,

i ja, poetka z Polski, z siwą czupryną wokół dziecinnej twarzy,

byłyśmy jedynymi w grupie posiadaczkami

tego narzędzia niezbędnego do przetrwania.

Nasze bliźniacze scyzoryki wyposażone w korkociąg

otwierały butelki z winem, gdy zbieraliśmy się nie w słynnym

barze Fox Head, ale tam gdzie mieszkaliśmy,

w akademiku, w pokoju Ghayatha

nazwanym przez nas czule Fox Ass.

Fox Ass – najlepsza kawiarnia literacka świata,

w której od dyskusji płynnie przechodziło się do tańców.

Nasze scyzoryki wyposażone w pęsetę usuwały kleszcze

po wędrówce przez las na skarpie nad Missisipi,

a był to święty las rdzennych Amerykanów

z pradawnymi kopcami w kształcie ptaków i niedźwiedzi

i Judith z Meksyku przy każdym kopcu kładła w ofierze

zwitek tytoniu. Nasze scyzoryki

krążyły z rąk do rąk po kuchni, gdzie pichciliśmy wspólnie

potrawy ze wszystkich kontynentów, w tym Atlantydy,

i zawsze brakowało nam noży do krojenia

cytryn na syryjską zupę z soczewicy,

pomidorów smażonych po palestyńsku,

marchewek na pilaw, dyni na krem, który Zaza

przyrządzała według przepisu swojej mamy w Zimbabwe.

I nie wiem już, czy to scyzoryk Ainur czy mój posłużył

do kulinarnej edukacji Mashiula,

który w rodzinnym Bangladeszu co rok publikuje

zbiór opowiadań lub powieść, ale nie umiał dotychczas

zrobić sobie posiłku, a w Iowa postanowił spróbować

i zaczął od ćwiczeń w siekaniu cebuli, najpierw na toporne bloki,

a po kilku sesjach na jedwabiste paseczki i piórka.

Być może mój scyzoryk jest teraz w Ałmatach,

a scyzoryk Ainur u mnie w Warszawie.

Mój i nie mój, ten sam i nie ten sam co przed podróżą,

tak jak ja jestem ta sama i inna.

Kiedy przy wejściu do muzeum muszę go zostawić w depozycie,

strażnik nie podejrzewa, że to przedmiot wyposażony w pamięć

pojemniejszą niż gdyby zgromadzić worek pendrive’ów,

że wysunięte ostrze nie jest bronią,

tylko drogowskazem do krajów i losów przyjaciół

z zaszyfrowanym zapisem zmieniających się odległości.

Nierdzewna stal ma kolor rzeki,

która dopiero oglądana ze skarpy odsłoniła się w swoim ogromie

jak przedzielona wyspami zieleni wielopasmowa autostrada,

rzeki, której wykrzyczeliśmy nasze imiona, aby je poniosła.

Krystyna Dąbrowska

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Co zostaje