Reklama

Listy w strumieniu

Listy w strumieniu

31.03.2009
Czyta się kilka minut
PROF. BARBARA OTWINOWSKA: Dziennikarze pytają nas, czy nie chcemy zemsty. Ale to jest nam dalekie. We wspomnieniach kobiet-więźniarek, które zebrałam, nie znajduję tego elementu, choć w więzieniach PRL-u dręczono je straszliwie.
P

Patrycja Bukalska: O kobietach w stalinowskich więzieniach mówi się niewiele i od niedawna. O tych, które cierpiały podwójnie, bo z powodu oddzielenia od dzieci, wie mało kto. Cela matek na Mokotowie: co to było?

Prof. Barbara Otwinowska: To było na oddziale kobiecym na tzw. ogólniaku. Trafiały tam kobiety już po wyrokach. Ja też przeszłam na "ogólniak", do dużej celi, w której siedziało ok. 20 kobiet-więźniarek politycznych. Resztę stanowiły volksdeutschki i kolaborantki, skazane za współpracę z Niemcami. Tak jak umieszczono Kazimierza Moczarskiego z Jürgenem Stroopem w jednej celi [jednego z dowódców AK z esesmanem odpowiedzialnym za likwidację getta - red.], tak również i nas chciano w ten sposób upokorzyć i pokazać, że jesteśmy wrogami Polski. Oficjalnie nazywano nas "antypaństwówki", nie miałyśmy prawa nazywać się więźniami politycznymi. Pamiętam pierwszy spacer: duże koło, po którym krążyłyśmy pojedynczo. Trochę dalej była ławeczka i placyk, tam dreptały za swoimi rocznymi synkami dwie panie: Zofia Kardaszewicz z Jasiem i Myra Śliwińska, Angielka, ze Stefankiem.

Angielka, która wyszła za Polaka?

Myra wyszła za mąż za polskiego pilota, obrońcę Londynu, którego uratowała. W czasie wojny służyła w Wielkiej Brytanii w pomocniczej służbie kobiet i nakierowała samolot tego Polaka tak, by nie zaplątał się w balony zaporowe nad Londynem. Po wylądowaniu dowiedział się, która z kobiet go wtedy pilotowała. Pobrali się i po wojnie przyjechali do Polski. On rzeczywiście miał zebrać jakieś informacje wywiadowcze dla rządu londyńskiego. Było to chyba w dzień chrzcin Stefanka, Śliwińscy zrobili przyjęcie i z tego przyjęcia zostali zgarnięci: on, ona i dziecko. W tej samej akcji został także aresztowany Stanisław Skalski i kilku innych przyjaciół lotników. Myra była wysoka, szczupła. Pozostawała nadal w sukni, w której przyjmowała gości: długiej, jedwabnej, w kolorze maków.

W wizytowej sukni w więzieniu?

Tak. I zabrała ze sobą Stefanka, ponieważ nie miała go z kim zostawić. Z kolei Jaś Kardaszewicz urodził się w więzieniu. I teraz obie panie dreptały po spacerniaku z tymi dziećmi, stawiającymi pierwsze kroki. Kiedy szłyśmy w tym dużym kole, chyba wszystkie miałyśmy zwrócone głowy w stronę tych matek z dziećmi.

Jakie były warunki dla dzieci w tak ciężkim więzieniu?

Straszne. Jedna z kobiet, które urodziły w więzieniu, opisywała potem, że miała tylko siedem pieluszek. Bez przerwy je prała i suszyła na sobie. Miały jakąś maszynkę, na której podgrzewały jedzenie. Jej mąż dostał karę śmierci, strasznie to przeżywała i dlatego nie miała pokarmu. Na szczęście była tam Ukrainka z bujną piersią i dobrym pokarmem, która dokarmiała jej synka.

Cele matek były lepsze od innych?

Niewiele się różniły, tak samo były zagęszczone. Były tam też kryminalne więźniarki.

Jak długo mogło przebywać dziecko z matką? Cały wyrok?

Przeważnie do ukończenia roku lub trochę powyżej. Potem mogło dostać się do żłobka więziennego. Ale na Mokotowie żłobka nie było, to było więzienie śledcze, więc oddawano je na wolność rodzinie, przyjaciołom, komu się dało, albo zabierano je do domu dziecka. Matki zawsze walczyły, żeby tylko nie poszło do domu dziecka. Zwłaszcza że kierowano je tam bez nazwiska albo pod zmienionym nazwiskiem.

Natomiast w więzieniu w Fordonie, które było następnym etapem po zatwierdzeniu naszych wyroków, był żłobek. Ala Wnorowska z Rzeszowa miała karę śmierci i prokurator powiedział jej, że jeśli dziecko urodzi się żywe i zdrowe, może zmienią jej wyrok, ułaskawią, a jeśli nie, to wyrok wykonają. Urodziła swojego Stasia, zdrowego i jak trzeba. Została ułaskawiona - na dożywocie. W Rzeszowie byli kilka miesięcy razem i synek dobrze się rozwijał. Inne więźniarki, polityczne i kryminalne też bardzo jej pomagały. Zwłaszcza kryminalistki, które wychodziły na zewnątrz do pracy, mogły zdobyć to i owo, i przynosiły np. patyczki, na których można było coś podgrzać. Wszystkie dbały o to dziecko, było jakby wspólne. Potem jednak, gdy Ala została przewieziona do Fordonu, a Staś miał półtora roku, to go jej zabrano, właśnie do żłobka. Raz na dzień mogła go zobaczyć, już nie karmiła. Dziecko zaczęło niknąć w oczach, porobiły się wrzody, wysypki, kłopoty z żołądkiem. Ala podniosła alarm i pozwolono jej na wezwanie siostry, która przyjechała i wzięła dziecko na wieś. Ala była około 10 lat w więzieniu. Potem napisała we wspomnieniach, które ukazały się w naszej książce "Zawołać po imieniu. Księga kobiet - więźniów politycznych 1944-1958", że gdy wyszła na wolność, długo chodziła na spacery ze Stasiem i tak "oswajaliśmy się ze sobą".

To musiało być dla kobiet wstrząsające doświadczenie.

W 2003 r. zrobiliśmy wystawę w Londynie o głównych procesach w PRL-u. Zobaczyłam tam młodą i elegancką panią. Przedstawia się i mówi: "Walicka". Ja na to: "Walicka? To chyba ze sprawy wileńskiej?". Okazało się, że jej matka dostała wyrok 12 lat więzienia, a ona wychowywała się u babci. Ojciec został stracony. Opowiedziała mi, że gdy mama wróciła z więzienia, była dla niej jak kompletnie obca osoba, do tego schorowana. Mówiono jej, że to mama, ale nie przyjmowała tego do wiadomości. Dziecko, które tak odrzuca matkę - to musiało być dla niej okropne.

Co się stało z Myrą i Stefankiem?

Gdy zorientowała się, że Stefanek zaczyna mówić i pierwszym jego słowem nie jest "mama", ale słowo na "k", bo w takim obraca się towarzystwie, wtedy uznała, że trzeba go oddać na wolność.

Także taka decyzja o oddaniu dziecka musiała być trudna.

Dla dobra dziecka robi się wszystko, ale jednocześnie jest straszliwy żal, że się traci z nim kontakt. W każdym razie Myra nie miała tu nikogo z rodziny, rodzice męża zginęli w czasie wojny, a on został rozstrzelany na Mokotowie. W końcu znalazła się babcia, przyjechała i zabrała Stefanka. Potem okazało się, że babcia mieszkała w Toruniu w mieszkaniu ze wspólną kuchnią i łazienką razem z małżeństwem z Wileńszczyzny. Kiedy się dowiedzieli, że w domu zamieszka dziecko, byli niezadowoleni: mówili że są po ciężkich przejściach i chcą spokoju. Babcia obiecywała im, że postara się wyprowadzić z małym jak najszybciej. Przyjechała więc ze Stefankiem do Torunia - i w przedpokoju mały rzuca się w ramiona tego panu. Babcia wkrótce umarła, po czym to małżeństwo zajmowało się serdecznie malcem, aż do wyjścia Myry z więzienia.

Bywało i tak, że kobieta trafiała do więzienia, a dziecko zostawało za murami. Śledczy z UB naciskali: "Chcesz zobaczyć jeszcze dziecko, współpracuj". Tak szantażowali Annę Jakubowską "Paulinkę", której grozili oddaniem synka do domu dziecka ze zmienionym nazwiskiem.

To były najboleśniejsze sytuacje. Jest wspomnienie Ewy Ludkiewicz z Fordonu, w jej książce "Siedem lat w więzieniu 1948-55": w jej celi było kilkanaście kobiet, pracowały ciężko w pralni. Wracają kiedyś zmęczone, a tu leży nowa więźniarka, sparaliżowana młoda kobieta. Musiały się nią zająć. Na początku buntowały się, że to nie izba chorych. Ale pomagały jej. Ta dziewczyna urodziła w więzieniu dziecko i małego zabrano do domu dziecka. Zamartwiała się, gdzie jest. Jedna z Ukrainek, która wychodziła na wolność, obiecała, że odnajdzie jej syna. Zorientowała się, do którego domu dziecka trafił, poszła tam i dowiedziała się, że syn tej dziewczyny został zarejestrowany jako podwójna sierota i oddany do adopcji. Wzięło go bezdzietne małżeństwo. Matka dostała w końcu adres tych państwa i napisała do nich, że to jej dziecko i że chce go zabrać, jak tylko wyjdzie z więzienia. Państwo byli oburzeni, bo przecież adoptowali sierotę. Wtedy napisała drugi list, iż zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie zajmować się synkiem, więc im go zostawi, ale prosi, by mogła coś o nim wiedzieć. Adopcyjna matka przyjechała do więzienia. Gdy zobaczyła tę kobietę przyniesioną na noszach, rozpłakała się. Przyniosła fotografię małego, potem przysyłali następne i roztoczyli opiekę nad tą matką. Te fotografie krążyły po Fordonie, wszystkie więźniarki chciały wiedzieć, jak mały wygląda, w jakim chodzi ubranku. Takie wspólne przeżywanie.

Z tego, co Pani opowiada, wynika, że wokół takiego dziecka wiele działo się rzeczy dobrych, jakby dziecko wyzwalało w ludziach to, co dobre.

Dziecko to zawsze dobro. Czasem dziennikarze pytają, czy nie chcemy zemsty. To jest nam dalekie. We wspomnieniach, które zebrałam, tego elementu nie znajduję. Kobiety były dręczone straszliwie, ale nie mają żądzy odwetu. Natomiast wszelkie odruchy dobra z tamtej strony są zapamiętane. Np. jedna z więźniarek wróciła po wielogodzinnym śledztwie i znalazła miskę zupy postawioną na kaloryferze. Oddziałowa pomyślała: "Jak ona przyjdzie, niech ma tę zupę ciepłą". Takie momenty są odnotowywane jako cuda.

Czy fakt, że kobieta w więzieniu była też matką, pomagał przetrwać, czy przeciwnie: było to dodatkowe cierpienie?

To wzmacniało, ale było też źródłem jeszcze większej troski. Siedziałyśmy kiedyś z Wandą Kraszewską, harcmistrzynią, która miała opiekuńczy stosunek do młodych dziewcząt. I była też z nami Krysia z gór, z partyzantki. Jej chłopak zginął w obławie, a ona miała małego Tadzia, który został u babci. Babcia góralka wychowywała chłopca i pisała piękne listy, w których nie tylko informowała, że Tadzio czuje się dobrze, ale opisywała, jak się zachowuje, rozwija, wszystko. Pamiętam, jak Krysia przybiegała do nas w czasie pracy, zszywałyśmy chyba swetry dla wojska i nie było wolno zmieniać miejsca, ale ona biegła i wołała: "Pani Wandeczko, przeczytam list od mamy". I czytała nam, że jak Tadzio coś zbroił i babcia na niego nakrzyczała, to on powiedział: "Na Tadzia nie wolno się gniewać, bo Tadzio jest sierotka". Niedawno była uroczystość u pana prezydenta Kaczyńskiego: odznaczenia dla kobiet-matek, zaangażowanych w pracę niepodległościową. Była też Krysia z Tadziem, dziś już panem Tadeuszem. I on opowiedział mi, że jak był mały, to chodził nad strumień, wrzucał do strumienia kawałeczki papieru i wyobrażał sobie, że to są listy, które dopłyną do mamy.

W 1992 r., gdy już było można, zorganizowałyśmy zjazd w Fordonie. Przyjechało też trzech panów, którzy byli więziennymi dziećmi. Stanęli na podium, przedstawili się przed całą salą. Zaczęłyśmy klaskać, a oni powiedzieli: "Wy wszystkie jesteście naszymi matkami".

Prof. BARBARA OTWINOWSKA (ur. 1924) była od 1943 r. żołnierzem AK, brała udział w powstaniu warszawskim jako łączniczka, sanitariuszka i wartowniczka w Kompanii Sztabowej 100; po powstaniu została wywieziona na roboty do Niemiec. W 1945 r. wróciła do Polski, studiowała na UW. W 1947 r. zatrzymana przez UB w związku ze śledztwem rtm. Witolda Pileckiego, została skazana na 3 lata, więziona w Fordonie. Po zwolnieniu wróciła na studia. Historyk literatury staropolskiej, pracowała w Instytucie Badań Literackich PAN. Inicjatorka i redaktorka wielu publikacji byłych więźniarek, współautorka pracy "Zawołać po imieniu. Księga kobiet - więźniów politycznych 1944-1958". Opracowała antologię poezji więźniów okresu stalinowskiego pt. "Przeciwko złu". Laureatka przyznawanej przez IPN nagrody Kustosz Pamięci Narodowej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]