Kraina w morze oprawiona

Richard Washington, brytyjski politolog: Mamy kwestię Rosji, kryzys migracyjny, terroryzm islamski. Tych problemów nie uda się rozwiązać, jeśli Unia się rozsypie. Ale nie wiem, czy moi rodacy też tak na to patrzą.

20.06.2016

Czyta się kilka minut

Zwolennicy „Brexitu” w starciu z jachtem Boba Geldofa, Londyn, 15 czerwca 2016 r. / Fot. James Gourley / REX / SHUTTERSTOCK / EAST NEWS
Zwolennicy „Brexitu” w starciu z jachtem Boba Geldofa, Londyn, 15 czerwca 2016 r. / Fot. James Gourley / REX / SHUTTERSTOCK / EAST NEWS

PATRYCJA BUKALSKA: Debata referendalna na Wyspach początkowo dotyczyła ekonomii czy imigracji. Teraz chodzi o emocje. A także kwestie tak zasadnicze jak narodowa tożsamość i pytanie, co znaczy być Brytyjczykiem. Niektórzy odwołują się niemal do Wilhelma Zdobywcy, gdy Brytania miała stracić suwerenność na rzecz „Europejczyków”. Czy pytanie „zostać czy odejść” zamienia się w kwestię „kim jesteś”?
RICHARD WASHINGTON: Tak jest do pewnego stopnia. Odwołam się do mojej historii rodzinnej, choć sam jestem specyficznym przykładem: moja mama jest Holenderką i mimo że mam tylko brytyjski paszport, zawsze czułem się też Europejczykiem. To znaczy – odkąd dorosłem. Wcześniej, w czasach szkolnych, ważna była dla mnie brytyjska tożsamość mojego ojca. Uczono mnie historii tak, jak pani to ujęła: że ostatnia inwazja, Wilhelma Zdobywcy i jego Normanów, miała miejsce w 1066 r. W sztuce Szekspira „Ryszard II” jeden z bohaterów, Jan Gaunt, wygłasza słynną mowę. To jedna z najwspanialszych gloryfikacji Brytanii i tego, jak jest idealna i bezpieczna:

Ten tron monarchów, wyspa berłowładna,
(...) Ten klejnot w srebrne oprawiony morze,
Które mu stoi za sypane wały
I za przekopy obronnego zamku,
Przeciw zazdrości mniej szczęśliwych krain:
Błogosławione królestwo, ta Anglia”.
(tłum. Leon Urlich)

To oczywiście literatura. Ale ta mowa, powszechnie znana wśród Brytyjczyków, dobrze pokazuje, jak kształtowaliśmy się politycznie. Nasz system polityczny zaczął się formować w wiekach XV i XVI. Potem, w XVII w., mieliśmy wojnę domową i dużo szczęścia, że nasz wewnętrzny spór nie skończył się interwencją z zewnątrz. Ani Polska, ani inne europejskie kraje nie miały takiej szansy. Mogliśmy sami rozwiązywać nasze problemy. To zakorzeniło się w naszej tożsamości i zostało zinstytucjonalizowane w naszej tradycji parlamentarnej, braku konstytucji i monarchii. Nawet ludzie niewykształceni, nieznający historii jakoś to czują. Mają świadomość kontynuacji państwa i daje im to poczucie bezpieczeństwa. Do tego dochodzą dzieje Imperium Brytyjskiego, oczywiście gloryfikowane. Gdy urodził się mój ojciec, w 1935 r., jego król był zarazem cesarzem Indii! Tata pamięta, jak w szkole pokazywano im mapę, na której jedna trzecia świata była zaznaczona na różowo – jako należąca do Brytanii. Gdy ja się urodziłem, w 1972 r., imperium było już stracone, ale nadal żywe w pamięci poprzedniego pokolenia. Niemniej trzeba przyznać, że po II wojnie światowej – na skutek której przestaliśmy być imperium – Churchillowi udała się nadzwyczajna rzecz: opowieść o stracie zamienił w opowieść o sukcesie, o tym, jak to wygraliśmy, bo Wyspy nigdy nie zostały podbite.

To silne poczucie dumy i niezależności wykorzystują dziś zwolennicy „Brexitu”. Ale w debacie pojawił się też list weteranów II wojny światowej, którzy apelowali do głosowania za pozostaniem w Unii. Ich zdaniem „Brexit” może zachwiać Europą, jej pokojową egzystencją, a przecież o ten pokój i dobrobyt oni walczyli, ich koledzy ginęli...

Weteranów jest już niewielu i są w podeszłym wieku. Ton kampanii nadaje kolejne pokolenie, tzw. baby boomers. Oni mają poczucie, że odebrano im niepodległość i podstępem wprowadzono ich do Unii takiej, jaką jest dziś, gdy tymczasem członkostwo miało ograniczać się do kwestii ekonomicznych. Paradoksalnie to utworzenie wolnego rynku za rządów premier Margaret Thatcher uruchomiło biurokratyczną machinę unijnych regulacji. Myślę, że to od tego czasu datuje się niezrozumienie Unii przez tamto brytyjskie pokolenie, ale też przez moich rówieśników. Zresztą premier Cameron i jego ministrowie też jej nie rozumieją. Przyczynili się do utrwalenia stereotypu monstrualnej autokratycznej organizacji. A teraz może jest już za późno.

Wzrost poparcia dla „Brexitu” w ostatnich tygodniach był zaskoczeniem?

Kampania trwała za długo i przeciwnicy „Brexitu” dawno zużyli wszystkie argumenty. „Projekt strach”, jak określa się prounijną kampanię opartą na straszeniu katastrofami, które się nam przydarzą w przypadku wyjścia z Unii, początkowo dawał efekty. Ale to trwało za długo. Poza tym argument, o ile spadnie PKB w 2030 r., kiepsko trafia do ludzi, to zbyt daleka perspektywa. I w ogóle było tego za dużo: liczb, ekspertów i niepewności.

Zwłaszcza że trudno powiedzieć coś na pewno. Większość prognoz to spekulacje.

I są zbyt skomplikowane. Myślę, że gdyby referendum odbyło się w kwietniu, wygraliby je zwolennicy pozostania w Unii. Ale kampania trwała i trwała. No i pojawił się w niej raport o imigracji...
...z którego wynika, że rządowi Camerona, wbrew obietnicom, nie udało się jej ograniczyć, i że w 2015 r. do kraju przybyło 300 tys. ludzi.
Przeczytałem ten raport i – jako ktoś, kto chce głosować za pozostaniem w Unii – pomyślałem z żalem: „No, to już po wszystkim!”. Bo imigracja to w tej kampanii perfect storm – „burza absolutna”. To mieszanka spraw praktycznych – jak bezpodstawny lęk, że imigranci zajmą nasze miejsca pracy – i emocji. Obejmuje ona także kwestie tożsamości narodowej i suwerenności. W Londynie takie sprawy nie są problemem: to wielkie wielonarodowe miasto. Mieszkałem tam w 2004 r., gdy przybyła fala polskiej imigracji. Naprawdę dało się ją zauważyć: nagle zjawili się ludzie mówiący po polsku, w okolicy otworzono polskie sklepy, w innych na półki trafiła polska żywność. Dziś wszyscy do tego przywykli, ale wtedy wrażenie było niesamowite. Nagle ponownie otworzono lokalny kościół, zamknięty na głucho. Na mszę przychodziły takie tłumy, że ulica była zablokowana, to wszystko byli Polacy.

Takie zmiany były dla Brytyjczyków zaskakujące?

W tym czasie prowadziłem tam kampanię polityczną do rady dzielnicy i pukałem od drzwi do drzwi. Nasłuchałem się sporo o wschodnioeuropejskich imigrantach, którzy zabierają Brytyjczykom pracę i mieszkania socjalne. Również od ludzi, którzy wcześniej sami byli outsiderami. Ale to problemy, z którymi Londyn koniec końców sobie radzi. W małych miejscowościach wygląda to inaczej. Moi rodzice mieszkają w 10-tysięcznym miasteczku przy granicy z Walią. Tam też przybyli Polacy, są dwa polskie sklepy.

To chyba dobrze świadczy o przedsiębiorczości Polaków?

Oczywiście, to wszystko miłe. Ale dla ludzi w tym miasteczku był to również ich pierwszy kontakt z taką imigracją i nie można się dziwić, że było to dla nich trudne. Polacy, którzy tam przybyli, często nie znali angielskiego. To było zderzenie światów. Z drugiej strony gospodarka niektórych miasteczek znalazłaby się w opałach, gdyby nie imigranci. Ale takie pozytywne informacje z trudem się przebijają.

Największa fala polskiej imigracji jednak już się skończyła, nie przybyło też aż tylu Rumunów, jak sądzono. Przyczyną obecnego kryzysu migracyjnego w Europie są imigranci i uchodźcy z Afryki i Bliskiego Wschodu. Co to ma wspólnego z referendum?

Chodzi o poczucie, że Europejczycy są gorzej zorganizowani, że my lepiej radzimy sobie z takim zagrożeniem. Zamachy terrorystyczne w Brukseli i Paryżu tylko utwierdziły Brytyjczyków w takim przeświadczeniu. Brytania nie należy do strefy Schengen, mamy kontrole paszportowe na granicy, ale i tak członkostwo w Unii jest często postrzegane jako czynnik, który powoduje, że jesteśmy bardziej bezbronni.

A zatem: Brytania wyjdzie z Unii?

Jestem zaskoczony tym, co się teraz dzieje. Sądziłem, że gdy przyjdzie do głosowania, Brytyjczycy zagłosują przeciw „Brexitowi”. Bez entuzjazmu, ale jednak. Dlatego, że są praktyczni. W końcu mówi się, że jesteśmy narodem sklepikarzy! A Unia to także ważny partner handlowy. Zresztą w referendum, które towarzyszyło naszej akcesji cztery dekady temu, przeważyły pragmatyczne argumenty. Czy będzie tak i tym razem? Nie wiem.

Może faktycznie Unia i Brytania nie pasują do siebie?

Nie o to chodzi. Wbrew temu, co nam się wydaje, Europa nie jest dziś bezpieczna. Jest kwestia Rosji, kryzys migracyjny, terroryzm islamski. Takich problemów nie uda się rozwiązać, jeśli Unia się rozsypie. Uważam, że Brytania powinna pozostać w Unii właśnie po to, aby Europa była bardziej bezpieczna. Ale nie wiem, czy moi rodacy też tak na to patrzą. ©℗

RICHARD WASHINGTON jest historykiem i politologiem. W Wielkiej Brytanii prowadził samorządowe kampanie wyborcze. W Polsce ukończył studia w Kolegium Europejskim w Natolinie, gdzie teraz pracuje.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach dokumentalnych (np. „Zdobyć miasto” o Powstaniu Warszawskim). Autorka… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2016