Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus
Jestem przekonany, że nałożony na księdza Adama Bonieckiego zakaz wypowiadania się w mediach jest niewłaściwy. Przede wszystkim jest on niezgodny z duchem religii, którą wyznajemy. Zdaję sobie sprawę, że nie mnie maluczkiemu osądzać ścieżki, jakimi kroczy myśl hierarchów kościelnych, a w tym przypadku władz zgromadzenia Księży Marianów. Pomimo tej świadomości pozwolę sobie jednak na kilka uwag, które nie mają na celu nikogo obrażać ale może staną się jednym z wielu głosów mających na celu obronę księdza Adama a przy okazji będą też przyczynkiem w dyskusji na temat Polskiego Kościoła, którego jsteśmy członkami.
Kościół w Polsce stoi na rozdrożu. Mówiąc "Kościół" mam na myśli nie wspólnotę wyznaniową lecz instytucję posiadającą określoną hierarchię władzy i wielowiekową tradycję. Wydaje mi się, że pierwsze symptomy kryzysu pojawiły się wraz z nadejściem upragnionej wolności. Wszyscy się nią zachłysnęliśmy, miał do tego prawo również Kościól, wszak jest instytucją zarządzaną przez ludzi, ludzi takich jak pozostała część społeczeństwa. Kolejne rządy wolnej Polski liczyły się ze zdaniem Kościoła i wspólpracowały z nim na różnych polach. Kluczowym momentem decydującym o rozpoczęciu błędnej moim zdaniem drogi po której kroczy do dzisiaj było podpisanie konkordatu. W gruncie rzeczy nie tyle sam konkordat ile nałożenia na państwo obowiązku organizowania nauki religii w szkołach publicznych.
Jestem z pokolenia, które chodziło na lekcje religii do swojego kościoła parafialnego. Na poczatku chodziliśmy bo tak chcieli nasi rodzice i dziadkowie a po drugie nie wyobrażaliśmy sobie innego rozwiązania. Później w szkole średniej na lekcje religii chodzili już zwykle tylko Ci którzy chcieli. Ze świadomością dokonanego wyboru. Księża byli różnymi nauczycielami, czasem lepszymi a czasem gorszymi. Byliśmy jednak w kościele lub salce katechetycznej i czuliśmy wyjątkowość tego co robimy. Mam tu na myśli, że nie uczymy się kolejnego przedmiotu w szkole tylko zgłebiamy naukę, która niesie ze sobą wielki ładunek miłości, prawdę o Bogu i jego Synu.
Nauka w szkole zniszczyła całą wyjątkowość zgłębiania tajemnic religii katolickiej. Spowodowała, że religia stała się kolejnym przedmiotem. Ani lepszym ani gorszym. Trudno w takiej atmosferze odczuć obecność Boga i próbować i zbliżyć się do Niego. W tej atmosferze dzieci uczą się regułek podobnie jak na innych przedmiotach i jak na innych przedmiotach dostają z nich oceny. Czy celem Jezusa było/jest aby kapłani opiekujący się jego trzodą wystawiali oceny ze znajmości formułek? Czy te oceny świadczą o tym jak dobrym chrześcijaninem jest każde z dzieci? Czy choćby na milimetr wzmacniają dzięki temu swoją wiarę? Ale odbiegam od tematu. Religia, dla większości młodych ludzi jest czymś zwykłym, jak każdy inny przedmiot w szkole. Przekaz tej religii przez nauczycieli, rzadziej księży, również obniża jej rangę. Nie twierdzę, że nauczyciel religii uczy gorzej niż ksiądz. Jednak ksiądz lub siostra zakonna ma za sobą powołanie czyli głos ciągnący ich w stronę Chrystusa. Wydaje się, że są oni znacznie bardziej predestynowani do głoszenia świadectwa przed innymi ludźmi, a szczególnie dziećmi i młodzieżą, które są bardzo wyczulone na wszelki fałsz w otrzymywanym przekazie. Na koniec nie do przecenienia były cotygodniowe dodatkowe wizyty w kościele lub salkach przykościelnych, które powodowały, że nie ograniczaliśmy się do odwiedzania kościołą tylko w niedzielę i święta.
Kolejnym fałszywym według mnie krokiem był brak nadzoru nad działaniami księdza Tadeusza Rydzyka. Nie chcę tu roztrząsać tematu zła jakie niesie ze sobą działanie jego rozgłośni. Jak wiadomo zdania wśród wiernych są w tej materii podzielone. Chciałbym jednak poruszyć inny temat. Przed powstaniem Radia Maryja kościół w Polsce stanowił dla wiernych monolit. Głosił naukę Jezusa. Wierni czasem lubili swoich księży, czasem ich nie lubili. Ale kościół jako instytucja stanowił dla nich oparcie, wyznacznik norm, które nie tyklko prowadzą do zbawienia ale pozwalają człowiekowi być wartościową jednostką tu na ziemi. Co niezmiernie istotne wierni ufali swojemu kościołowi. I pomimo tego, że w kościele od zawsze działały różne nurty, to Jego decyzje, czyli decyzje Jego hierarchów były dla ludzi zrozumiałe i zgodne z powszechnie rozumianą nauką Jezusa. Ksiądz Tadeusz, a bardziej stosunek hierarchów do jego osoby zmienił ten stan. Działania księdza Tadeusza Rydzyka stały się dla części wiernych wyznacznikiem prawdziwego Polaka i Katolika, ale równocześnie dla innej części, chyba przeważającej, jest on symbolem gangreny drążącej ich Kościól. Brak reakcji władz Kościoła był kompletnym zaskoczeniem dla części wiernych. Przez długie lata ten brak reakcji był kompletnie niezrozumiały.
Potem nastąpiło zobojętnienie. Bo do znaczącej części wiernych doszło, że hierarchowie (znaczna część) to ludzie prowadzący swoją własną politykę i niestety nie koniecznie mającą cokolwiek wspólnego z głoszeniem słowa Bożego. Kolejne wydarzenia powodawały dalsze rozdźwięk miedzy znacznymi rzeszami wiernych a hierarchami. Te wydarzenia to opowiedzenie się przeważającej części władz Kościoła po stronie jednej z partii politycznych działającyh na polskiej scenie politycznej, długotrwały brak zdecydowanej reakcji na afery pedofilskie w łonie kościoła (chociaż tu na szczęście nie znaleźliśmy się w czołówce światowej) i ostatnio niezbyt chwalebne afery związane z Kościelną Komisją Majątkową.
Wszystkie te wydarzenia spowodowały przez kolejne lata spadek zaufania do Kościoła jako instytucji. Rzesze "prostych" wiernych nie potrafią zidentyfikować się ze swoimi pasterzami przy takim rozdźwięku pomiędzy fundamentami nauki Jezusa a praktyką myśli Kościoła objawiającą się w opiniach czołowych (w sensie władzy) jej reprezentantów. Te opinie zbyt często pokazują brak otwartości na człowieka i chęć bezwarunkowego podporządkowania sobie wiernych. Mam niestety wrażenie, że dobry katolik według wielu hierarchów to taki, który bezwarunkowo wierzy w każde słowo płynące z ich ust . Wątpienie, poszukiwanie, dociekanie to czynności wysoce niebezpieczne i niegodne prawdziwego Polaka i katolika.
I tu po tym długim wprowadzeniu chciałbym powrócić do przypadku księdza Bonieckiego. Proszę przyjrzeć się jego życiorysowi. Czy wielu kapłanów w Polsce może poszczycić się taką bogatą drogą życiową. Trudno przecież polemizować z faktem, że na życzenie Jana Pawła II przygotowywał polskie wydanie dziennika L'Osservatore Romano. Czy Nasz Papież dobierałby sobie niewłaściwych ludzi. Czy też ksiądz Boniecki tak bardzo się zmienił od tego czasu. Myślę, że nie. Ksiądz od zawsze ma odwagę prezentować zdanie, które nie jest miłe wielu hierarchom a jak się okazało ostatnio również władzom jego macierzystego zakonu. Jego słowa nie dotykały w żaden sposób braku zgody na dogmaty naszego kościoła a w szczeglności nie stały (jak myślę) w sprzeczności z nauką Jezusa Chrystusa. W czym był więc problem. Sądzę, że po raz kolejny otwartość myśli, próba zrozumienia ludzi myślących inaczej, chęć szukania kompromisu, nie na gruncie Prawd Wiary tylko porozumienia pomiędzy ludźmi wierzącymi i całą resztą, która ma prawo do swojej wizji świata. Wszystko to przeraziło, tych którzy nie dopuszczają żadnej myśli niezgodnej z ich postrzeganiem dobra i zła. A tak poza wszystkim czy oni, ci niewierzący nie są dziećmi naszego Jezusa. Zagubionymi dziećmi, którym my wierzący pokazujemy drogę do Niego? No więc jak tę drogę pokazujemy. Mówimy, jeśli ktoś odważy się otworzyć na innych, wysłuchać ich zdania i nie daj Boże przyznać im, w niektórych sprawach rację, to jest złym katolikiem. I takim złym katolikiem okazał się ksiądz Boniecki. Odważył się słuchać, odważył się myśleć i co najgorsze odważył się mieć swoje zdanie. Jaki przekaz wędruje więc do rzesz niewierzących? Kościół nie ma zamiaru nikogo słuchać, nie będzie dobrym pasterzem prowadzącym zbłąkane owieczki do Chrystusa. Albo ktoś przyjdzie z pochyloną głową i bezkrytycznie przyjmie zdanie władz kościelnych na różne tematy, niekoniecznie związane z fundamentami wiary, albo nie ma czego tu szukać.
Gorsze jest jednak to, że podobny przekaz idzie do wiernych. Nie myślcie, nie miejcie swojego zdania. Jedyną prawdę mówimy My wasi pasterze a w szczególności hierarchowie i jak widać ostatnio władze zakonne. Każde poszukiwanie Chrystusa na własną rękę jest złem. Każda krytyka działań hierarchów jest atakiem na cały Kościół. Otwartość na ludzi inaczej myślących (co nie znaczy zgoda z ich poglądami) jest niewłaściwa. Macie przychodzić co niedziela do kościoła, składać ofiary i pod żadnym pozorem nie myśleć. Czy to jest właściwa droga. Śmiem wątpić. Nadszedł czas kiedy świat zmienia się z dnia na dzień. Dzieje się to z powodu internetu, który pozwala milionom ludzi wymieniać myśli, zadawać pytania i poszukiwać na nie odpowiedzi. To czas kiedy nauka Jezusa może łatwiej dotrzeć do ludzi zagubionych i potrzebujących wsparcia. Do ludzi poszukujących sensu życia. Czy Kościół zamykający usta księdzu Bonieckiemu jest w stanie przekazać tym ludziom naukę Jezusa a przede wszystkim niezmierzony ładunek bezwarunkowej miłości do Boga o bliźnich. Oby.
I na koniec wyjaśnienie, dlaczego napisałem, że Kościół w Polsce stoi na rozdrożu. Nasz Kościół nie jest jednolity. W Episkopacie znajdują się różne frakcje. Wśród zwykłych (niczego im nie ujmując) kapłanów też panują różne poglądy. Wierzę, że przeważy nurt stawiający na myślenie i poszukiwanie. Nurt stawiający na ożywienie wiary wśród wiernych i przekazywania dobrej nowiny niewierzącym. Nurt, który udowodni, że Kościół, którego głównym (a może jedynym) zadaniem jest niesienie Słowa Bożego pośród ludzi, jest na to gotów w zmieniającej się rzeczywistości. Druga droga, to brak zmian. Właściwie nie do końca, zmianą będą wtedy pustoszejące kościoły...
pozdrawiam
Jarosław Sadłek
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.













