Reklama

Kiedyś chyba będzie lepiej?

Kiedyś chyba będzie lepiej?

31.03.2009
Czyta się kilka minut
Zwykle nie interesowała się poczynaniami władzy. Polityka wkraczała w jej życie, gdy gubiła kartki na mięso albo milicja pobiła jej przyjaciółkę. Na co dzień była zajęta pracą. "Staram się wywiązać z obowiązków" - mówiła, obojętne czy była nauczycielką, czy urzędniczką.
W

W 1986 r. zgubiłam kartki na mięso. Od tego momentu stałam się osobą niepełnowartościową, zerem społecznym, pozbawionym glejtu do świata sytych. Te trzy kolorowe karteczki nosiłam przy sobie niczym talizman, wtulone w dowód osobisty i prawo jazdy, tkwiły w mniejszej kieszonce portfela w towarzystwie 5 tys. zł uciułanych z nauczycielskiej pensji na zakup bucików. Zakup, który miał zrekompensować codzienną szarzyznę awansując mnie do roli księżniczki na pierwszym balu" - wspominała PRL Helena, warszawska nauczycielka. Ale nie spełnią się marzenia: nie kupi butów, ktoś ukradnie jej portfel i choć zwróci, to bez pieniędzy i kartek.

Czeka ją więc kilka godzin w kolejce w "mięsnym bezkartkowym"; jest sobota i rzucili podroby. Będzie stać, zaplątana w ludzkie kłębowisko, obserwując, jak życie towarzyskie nabiera rumieńców. "Stoję i medytuję: czy dojdzie do mnie wątroba czy kawałek słoniny. Na nóżki nie mam szans". Kiedy wreszcie dojdzie do lady, życie nabierze rumieńców: uda jej się kupić "płucki i tuszki wychudzonych kurczaków koloru lila róż".

Mieszkanie za legitymację

Praca na dwóch etatach, żłobek dla dziecka i mieszkanie kątem u teściów - to standard. Nawet jeśli kobieta chciała zostać w domu i opiekować się maluchem, musiała jak najszybciej wracać do pracy, bo pensja męża nie starczała na przeżycie. Bywało, że wpadała w panikę, kiedy okazywało się, że jest w drugiej ciąży. "Gdyby nie wpajane komunistyczne zasady moralne, nie zastanawiałabym się nad usunięciem ciąży. (sic!) Gdy lekarz zapytał wprost: »To, co, usuwamy?« - byłam bardzo zaskoczona. Przecież lekarz powinien mnie do tego zniechęcać" - tak Grażyna z Gdańska wspomina przeżycia z gabinetu lekarskiego z lat 60.

Z dwójką dzieci trudno było się utrzymać nawet z dwóch pensji. "Ale chyba będzie kiedyś lepiej?" - zastanawiała się Leokadia. Lepiej z reguły zaczynało być, gdy miało się swoje mieszkanie. I był jeden skuteczny sposób na otrzymanie M-4: zapisanie się do partii komunistycznej. Wiele kobiet korzystało z tej okazji, myśląc pragmatycznie o zaletach takiego "układu" z władzą. Co z tego, że musiały uczestniczyć w zajęciach Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu, skoro następnego dnia zawieszały firanki we własnych oknach?

Tak zrobiła 25-letnia Leokadia, która w 1964 r. zamieniła nieszczęśliwy los z mężem na życie samotne i ciężkie, ale własne. "Wzięłam walizkę, syna i rozpoczęłam na nowo. Pracowałam w szkole podstawowej, nie miałam mieszkania, ale ludzie mi pomagali. Chodziłam w każdej wolnej chwili i pytałam, czy coś się dla mnie nie znajdzie, ale wszędzie mnie odsyłano. Wtedy mnie olśniło! Partia - to moja ostatnia deska ratunku" - wspomina Leokadia. Zapisała się do PZPR z pobudek czysto materialnych, dostała mieszkanie, "ciasne, ale własne". "Miałam dwoiste życie, nigdy nie ukrywałam moich praktyk religijnych, a towarzysze nigdy mnie z tego nie rozliczali" - podsumowuje.

Staram się, jak mogę

Współczesne yuppies w spódnicach i kobiety z PRL-u łączy postawa: "Staram się wywiązywać z obowiązków jak najlepiej, by nie dawać powodów do niezadowolenia". Taka filozofia życiowa skończyła się u Teresy, dziennikarki, a potem korektorki (zdegradowano ją ze względu na pochodzenie i brak legitymacji PZPR), depresją oraz zapaleniem spojówek i tęczówek, i w efekcie niedowidzeniem. Gdy zachorowała, a nie miała ubezpieczenia, jej mama poświęciła na koszty leczenia platynową broszkę. Trudno, by było inaczej, skoro w ciągu dnia chodziła na uniwersytet, a wieczorem pracowała. "Patrzyłam z zazdrością na wielodzietne koleżanki, które zamiast o 20, przychodziły do pracy na 22, po położeniu dzieci do łóżek" - wspominała nieżyjąca już Teresa.

W jej życiu polityka odgrywała sporą rolę; była dziennikarką - jedyną w męskiej redakcji Tygodnika Kolejarza "Sygnały". W pracy musiała uczyć się, jak namierzać "partyjne wtyki" wśród kolegów, którzy, wzdychając, rzucali w jej kierunku: "Ach, jakbym chciał, żeby wybuchła wojna...". Odpowiadała z uśmiechem: "Ja też bym chciała, żeby rozgorzała i rozpaliła się wojna, największa wojna o trwały pokój!". To zamykało usta. Teresa wygłaszała referaty o gen. Świerczewskim i Komunie Paryskiej, a podczas pochodu niosła podobiznę "Krwawego Feliksa". "Nie pozostało mi nic innego, jak zacisnąć zęby i milczeć" - zapisała w pamiętniku.

Ale przeciętne kobiety - nawet żyjące, zdawałoby się, w centrum polityki - niezbyt się nią zajmowały. "Nie wyszłam na ulicę, nie wiedziałam, co się dzieje w śródmieściu. Nie miałam własnego zdania o wydarzeniach z 1968 r., nie wiedziałam dokładnie, o co walczą studenci. Dopiero gdy przyjaciółka została zbita milicyjną pałką - doszłam do wniosku, że coś z tą władzą nie jest w porządku. Ale moje życie wypełniało dziecko, praca, dom. Zasypiałam przy telewizorze ze zmęczenia" - wspomina Grażyna z Gdańska.

To moje życie

Mimo że w komunizmie nikt nie wiedział o istnieniu poradników psychologicznych, wiele kobiet wybierało, jakby się to dziś fachowo określiło, "własną ścieżkę rozwoju". Nie zważając na przepracowanie, brak perspektyw i pieniędzy, dążyły do samorealizacji. Czekały w swym życiu na iluminację i gdy się zdarzała, wiedziały, że muszą iść za głosem serca.

Tak było z Leokadią (tą, która porzuciła męża i zapisała się do partii). Po skończeniu studium nauczycielskiego o profilu taneczno-wokalnym odkryła pasję: dziecięcy zespół pieśni i tańca, który przez 25 lat prowadziła. "Zapomniałam, że się starzeję, żyłam moją pracą z dnia na dzień. Moją nagrodą były koncerty i mali artyści" - wspomina. Teraz, na emeryturze, tęskni za ukochanym zespołem. Pisze: "Prawda obiektywna to miłość do ludzi, sztuki, do pracy, dobrze spełnianego obowiązku. Często, kiedy oglądam telewizję, ogarnia mnie oburzenie, że wykreśla się tamten czas. Dzięki niemu ja, skromna dziewczyna ze wsi, mogłam realizować swoje marzenia, nawet jeśli prowadziła ku nim wyboista droga".

Dziennikarka Teresa przeżyła swoją iluminację, gdy zmagała się z awitaminozą i reumatyzmem, a jej każde spóźnienie było wpisywane w akta personalne. "Ach, więc to już tak do śmierci ma wyglądać moje życie? Praca, akademie, akcje społeczne? Nie mogę zaprzepaścić nadziei i zastygnąć w tym nieciekawym kształcie!" - mówi sobie. Zmienia kierunek studiów, co pozwala jej rozwinąć skrzydła. Przynajmniej mentalne.

***

Ale są też kobiety, które - choć zaplątane w codzienność - mają świadomość, że dopiero ich dzieci będą żyć tak, jak chcą. Helena (okradziona z kartek) widzi to, gdy jej córka pod koniec lat 80. jedzie z mężem do RFN. Wie, że nie wrócą. "Właściwie młodzi ludzie mają rację. Oni są bliżej życia niż my, socjalistyczni idealiści, spreparowani na kolektywny użytek w identyczny mundurek zachowań. Pokolenie naszych dzieci jest pragmatyczne i bezkompromisowe" - myśli Helena.

I czeka na list od córki. Kiedy przychodzi przesyłka z Hamburga, w środku nie ma ani jednej marki. Zatroszczył się o to zapobiegliwy listonosz.

Korzystałam z materiałów przesłanych na konkurs "Moje życie w PRL" Ośrodka Karta.

KRYSTYNA ROMANOWSKA jest dziennikarką miesięcznika "Elle", gdzie odpowiada za dział Psychologia; publikowała także w "Rzeczpospolitej" i "Newsweeku".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]