Reklama

Ładowanie...

Jorr gad żet!

Jorr gad żet!

03.10.2004
Czyta się kilka minut
Pamiętam go. Nazywał się Montana i pochodził z Hong Kongu. Nosiłem go na metalowym, zginającym się jak dżdżownica pasku. Miał plastikową kopertę, osiemnaście piskliwych melodyjek i stoper. Przez kilka dni niemal nie ściągałem go z ręki. Godzinami wpatrywałem się weń dziękując niebiosom za zwyczaj obdarowywania idących do Pierwszej Komunii kwarcowym zegarkiem. Na Montanie kończył się świat, mój mały prywatny świat. Czternaście lat temu nie sądziłem, że można mieć więcej.
Magdalena Brolska, dziennikarka Brief-u, studentka IV roku zarządzania UW
W

W roku 2004 nie używam już zegarka. Wystarczy mi inkrustowany kwiatami z ciekłego kryształu ekranik niebieskiej Nokii 6100, z którą nie rozstaję się nawet pod prysznicem. A Montana? Nie wiem, któregoś dnia zdjąłem go z podduszonego przegubu i schowałem do szuflady. Zegarek elektroniczny można teraz kupić od Wietnamczyków na każdym bazarze. Kosztuje 3-4 złote. Ale wówczas to był szpan. Jeśli w 1988 r. miałeś zegarek - byłeś gość.

Posiadanie najeżonego prymitywną elektroniką gadżetu nobilitowało cię, przypisywało do grupy silniejszych, pokazywało, że w obliczu zbliżającej się nieuchronnie konsumpcyjnej erupcji początku lat 90. nie zostajesz w tyle, trzymasz rękę na pulsie, podążasz za duchem czasu. Szokująco tandetnego czasu.

Pierwszokomunijne party

Przez kilkanaście lat zmieniło się w Polsce bardzo wiele. Różnica między siermiężnym PRL’88 a żarłocznym kapitalizmem’04 jest tak wielka, jak różnica między zarobkami piłkarzy Cracovii a gwiazdorów madryckiego Realu. Na tamtych, pierwszokomunijnych przyjęciach ekscytowano się rowerami Wigry 3, tajwańskimi zegarkami na minibateryjki (często z kalkulatorem i cienkim długopisem w komplecie), później słowo “gadżet" zaczęło określać górskie rowery, przedpotopowy sprzęt hi-fi (prawalkmany, podróbki wież iskrzące światełkami), wreszcie całą gamę komórek, od wielkich, kanciastych cegieł Benefona, po designowe perełki słynnego koncernu z fińskiego Espoo. A teraz? Któż to wie? Może aparaty cyfrowe, może ekonomiczne skutery miejskie, może konsole Playstation? Teraz na pierwszokomunijnym party brzdące zaglądają do kopert i pytają: czemu tak mało?

Tak naprawdę nie zmieniliśmy się wiele. Owszem, inne są realia, inny krój banknotów w portfelu, a przez kilkanaście sezonów zdążyliśmy wyposażyć swe mieszkania w nieco - nieosiągalnych za PRL-u i raczkującej demokracji - cywilizacyjnych zdobyczy. Wciąż jednak, jak w roku ’88, prześladuje nas podobne myślenie: być znaczy mieć albo przynajmniej pokazać od czasu do czasu, co się posiada.

Nie bez kozery w wybuchających raz po raz medialnych dyskusjach o “bolączkach młodego pokolenia" przewija się tak często kwestia majętności, zasobności portfela, finansów. Zatroskani publicyści snują wizje “drastycznych podziałów na biednych i bogatych", piszą o “zmarnowanym Pokoleniu X", o “nie wyrównanych szansach" czy o “braku perspektyw". Bla, bla, bla.

Tak naprawdę prym w środowisku wiodą ci, którzy potrafią umiejętnie się sprzedać, zareklamować, sprowokować wokół siebie towarzyską wrzawę. Status materialny na starcie jest tu kwestią drugorzędną. I obojętne, czy dzieje się to w Pułtusku, Brennej czy w Poznaniu. Obojętne też, czy w grupie 18-, 25- czy 32-latków. Zasady autokreacji są wszędzie takie same, trzeba tylko umieć nagiąć je do okoliczności. A do tego właśnie potrzebujesz gadżetów. Gadżety bowiem doskonale sprawdzają się w strategiach towarzyskich.

Uwaga: zjawisko sezonowe

Musisz uważać: gadżet pozostaje zjawiskiem sezonowym. Jeśli dziś coś jest modne, dostępne dla wybranych, nie znaczy wcale, że będzie też i jutro. To stara śpiewka: wrzaskliwa popkultura wchłonie każdy off. Więc żywotność czy wręcz sezonowość gadżetu to ledwie kilka, kilkanaście miesięcy.

Znany aktor Krzysztof Majchrzak, zapytany ostatnio o różnicę między off-em a mainstreamem wypalił, że “cokolwiek w Polsce zaczyna odróżniać się od reszty, momentalnie określa się to jako coś niszowego". Podobnie jest z gadżetem. Moda na niego wybucha, trwa przez jakiś czas, osiąga punkt kulminacyjny, po czym się kończy, a pożądany całkiem niedawno przedmiot ląduje na ogólnodostępnej półce. Aby gadżet wywoływał wypieki na twarzy zarówno posiadacza, jak i wzdychających z podziwu znajomych, musi przynajmniej z początku być niszowy, dostępny tylko dla wybranych. Cóż to bowiem za gadżet, który mają wszyscy?

Tak właśnie przebiega kariera pagerów, później zaś komórek - gadżetów niewiarygodnie popularnych, bo należących do sfery komunikacji, a więc dziedziny, w której trendy i wymagania techniczne zmieniają się galopująco. Stopniowo też gadżet o nazwie “telefon GSM" wniknął w codzienność zarówno 18-, jak i 35-latków. W roku 1995 wyciągnięcie w kawiarni na blat stolika telefonu (wówczas ciężkiego, analogowego Centertela) było manifestacją luksusu, w 1999 - względnego bogactwa, w 2001 - stabilności dochodów, w 2003 - już tylko przynależności do wielkiej, 10-milionowej rodziny abonentów. A w roku 2004?

Matrixowi Neo

Nokia - idealny przykład marki idealnej dla młodego człowieka. Fińska korporacja wie - jak wpływać na swego użytkownika, jak dojrzewać wraz z nim odpowiadając na jego sugestie i oczekiwania, jak prowadzić go przez meandry rozkrzyczanej popkultury, oferując mu co kilka tygodni kolejne, ulepszone produkty z półeczki high-style.

Strategia Nokii jest prosta: bądźmy uniwersalni, ale - broń Boże - nie komercyjni. Panowie z Espoo wiedzą, że boom na komórki się kończy, trzeba więc teraz podsycać chciwość klientów, którzy zdają sobie sprawę z efemerycznej mody na modele noszone w torebkach czy kieszeniach spodni. Wiedzą, jak bardzo ich klient boi się parady coraz to nowszych aparatów, wyciąganych w upiornych snach na blat stolika przez zasobniejszych rywali.

To Nokia kreuje trendy podpatrując najciekawsze egzemplarze młodych homo sapiens. Reszta musi temu sprostać, odnaleźć się jakoś w stosunkowo prostym komunikacie: bądź fresh, bądź trendy, ale też dwuznacznym “be yourself". Dlatego we wszelkich materiałach promocyjnych Nokii dominuje biel, ascetyczny design, krótki komunikat, oszczędny kolor, “freszowy" styl. Ludzie Nokii noszą geometryczne ciuchy, asymetryczne fryzury, uprawiają wyczynowe sporty, słuchają ambitnej muzyki. To wybrańcy, matrixowi Neo, humanoidalny sort przeznaczony do kreowania inteligentnych trendów, zdefiniowany z punktu widzenia stylu życia, upodobań oraz stosunkowo dużej liczby elektroimpulsów między mózgowymi komórkami (sic!).

Strategia marki okazuje się druzgocąco skuteczna: od kiedy technologia GSM zbłądziła pod strzechy, nie ma (i nie będzie?) popularniejszej marki, uniwersalnej i niekomercyjnej zarazem, niczym szampon i odżywka w jednym. Mam sporo znajomych, których ostatnie lata opisuje kod 3210-3310-3410-6210-6310-6610-7650-6600. Z aparatem, bluetooth’em, palmtopem, tak bez wytchnienia, bez końca. A ty? Łykasz to?

Wąska grupa wtajemniczonych

Wejdź do modnej kawiarni Les Couleurs na krakowskim Kazimierzu w niedzielne popołudnie. Przy stolikach modnie ubrani trzydziestolatkowie, na blatach stolików stylowe telefony, talerze z sałatkami, smaczne tarty, pod stołami zadbane, rasowe psy, jeden piękniejszy od drugiego.

Wejdź do warszawskiej Szparki, Szpilki lub Szpulki. To samo, może więcej laptopów. W nasyconym tytoniem powietrzu słychać strzępki rozmów prowadzonych określonym tonem, językiem, stylem a może wręcz “stajlem". Porozumiewawczy kod, jakim się posługujemy, różni się od tego sprzed kilku lat. Za nobilitacją gadżetu jako emblematu poszedł również dotykający sfery gadżetu i “lansu" język. Już nie młodzieżowy - wysublimowany jak francuska pianka, jak pełne finezji modne, klubowe dźwięki Stephana Pompougnac ŕ la Hotel Costez. - Podoba mi się, że mój laptop jest biały, jak z kości słoniowej - wyznaje z uśmiechem Monika Drożyńska, menedżerka klubu Chillout w Krakowie. - U nikogo takiego nie widziałam. - Fajny masz ten aparat - mówi na widok mojego Canona A80 fotograf “Rzeczpospolitej" Bartek Siedlik. - Możesz kręcić ekranikiem LCD, super. Mimo że sam pstryka na co dzień o niebo lepszą “Gie piątką", mój gadżet wzbudza w nim żywe zainteresowanie. - Czasy prostokątnych tekturek odchodzą do lamusa - zachwala swą elektroniczną wizytówkę Mariusz Wawrzeń, 30-letni właściciel firmy “Siedemnaście milimetrów", zajmującej się multimediami i internetem. - Na e-card (zwanej też business-card CDs - przyp. red.) mogę zapisać do 50 MB danych, oprócz nazwiska i telefonu - swoje portfolio, próbki muzyki, filmów, zdjęcia czy projekty. Mariusz nie ukrywa, że mający format zwykłej wizytówki kawałek plastiku to w pewnym sensie gadżet - e-cardy robią wrażenie, każdy pyta, co to jest, chwali estetyczne wykonanie, pomysł. Wydajesz kilka złotych, a efekt jest murowany - ocenia.

Z biegiem czasu gadżet przestaje być wyłącznie przedmiotem kuszącym oczy innych, staje się raczej elementem odróżniającym cię od reszty, sytuującym pośrodku wąskiej grupy wtajemniczonych, ale też chcących wtajemniczenia dostąpić. Nie ma wątpliwości, że białego laptopa używa nowoczesna, mająca doskonały gust kobieta, srebrnej cyfrówki - pragnący być na czasie fotograf, a wręczający elektroniczną wizytówkę to obeznany z multimediami grafik lub producent.

Moda na inność

Eksponowany gadżet mówi o tobie więcej niż fryzura, ciuchy czy zachowanie. - Nie musi być potrzebny, ważne, żeby cieszył, wzbudzał zazdrość u innych, transponował cię na język skojarzeń, domysłów, dwuznaczności, niedomówień - mówi 27--letnia Paulina Jaskólska, prezenterka kreującej trendy wśród młodej widowni stacji muzycznej MTV Polska. Gadżet mówi, na ile sobie możesz pozwolić, emanuje zeń twoja fantazja, zdolność do hedonizowania swego życia.

Cóż bowiem może być milszego niż kupno i delektowanie się nowym zakupem. - Moje gadżety mówią, jaki jestem - uważa 31-letni Mateusz Zmyślony, szef reklamowo-szkoleniowej agencji Eskadra BTL - a wszyscy wiedzą nie od dzisiaj, że jestem totalnym gadżeciarzem. - Na dysku laptopa Zmyślony ma zdjęcia, filmy, projekty, pomysły, nosi go ze sobą wszędzie w wojskowym plecaku. Jak twierdzi, ten oraz inne jego gadżety są mu najzwyczajniej potrzebne, z zapałem pokazuje mi czołówkę (maleńką latarkę noszoną na głowie) “Petzl", model “Zipka" oraz wszystkowiedzący zegarek “Tissot T Touch" (dzięki wbudowanemu weń kompasowi Mateusz nie zgubił się w Kalkucie). - Nie dotyczy mnie klasyczne zjawisko mody - mówi, prężąc się dumnie w ubraniach, które swój wygląd utrzymują niezmiennie od lat. Upiera się, że w jego przypadku trafniejsze jest hasło - “pokaż mi swoje gadżety, a powiem ci, kim jesteś".

- Jeśli nie kupię jednego gadżetu na miesiąc, czuję się chory - wyznaje Mateusz. - Ale dla mnie gadżet to kreatywny, piękny i użyteczny przedmiot, jak obowiązkowy w wyposażeniu każdego mężczyzny dobry scyzoryk. Zaznacza jednak, że nie jest fanatykiem. - Znam człowieka zarażonego miłością do gadżetów - opowiada. - Wpadł w sidła telezakupów Mango, kupował wszystko, nawet najbardziej absurdalne przedmioty. Po co? Żeby mieć, żeby sycić się ich obecnością na półce.

Mateusz nie znosi tego rodzaju pasji, woli krok po kroku wyposażać górski kajak w “użyteczno-gadżeciarskie" technologie.

Modnomądry

Zmyślony, podobnie jak kilkadziesiąt tysięcy jemu podobnych gadżeciarzy, co tydzień przegląda “Przekrój". Zwłaszcza dwie kolumny pod hasłem “Inspektor Gadżet" (niegdyś tytuł włoskiej kreskówki, dziś - pobudzającej gruczoły ślinowe gadżeciarzy rubryki, która prezentuje błyszcząco-designersko-fukcjonalne przedmioty). Smukłe pióra ze szlachetnej stali w aksamitnych etui, nadinteligentne palmtopy w przyjaznych dłoniom kształtach, zachwycające kosmetyki Kenzo w monochromatycznych pudełkach.

---ramka 339579|prawo|1---- Media, w porozumieniu z producentami, chcą kreować trendy - ocenia Maurycy Gomulicki, autor kultowej rubryki z kiczowatymi przedmiotami znalezionymi na bazarach Meksyku, Pakistanu czy Stadionu X-lecia w nieodżałowanej “Machinie". Dziś gadżeciarstwo zaczyna być domeną ludzi inteligentnych, żyjących ponad stan, niekoniecznie japiszonów czy szpanerów. “Modny mądrze" chce być każdy, nie każdemu jednak się to udaje. - Muszę odróżniać się od reszty, być zauważalnym w powodzi takich samych jak ja, wręcz identycznych stworzeń - czytam jeden z głosów na internetowym forum “Gazety Wyborczej" pod entym artykułem o młodym pokoleniu.

Kup mądry gadżet - chciałoby się zakrzyknąć - okręć swój prywatny “lans" wokół niego! Nadstaw uszu i posłuchaj, co w trawie piszczy! Zgadżetuj się! Włóż na szyję arcymodną ostatnio logosmycz z nadrukowanym przesłaniem, hasłem czy emblematem! Zaprojektuj swój przekaz na kolorowej taśmie szerokości od 1 do 2,5 cm, doczep doń klucze, albo identyfikator, wejdź w tłum! “Śmiejecie się ze mnie, że jestem inny, ja z was, że jesteście jednakowi" - śpiewa jeden z hip-hopowych zespołów obwieszony smyczami własnego pomysłu. Na cieszyńskim festiwalu “Era Nowe Horyzonty" kolor przywieszonego u końca smyczy karnetu nie tylko decydował o tym, kto, gdzie, na jakich zasadach wchodzi na seanse, ale kto w jakim towarzystwie się kręci, kto jakie ma obowiązki. Pomarańczowy - uczestnik, jasnoniebieski - media, zielony - obsługa techniczna. Gadżet? Oczywiście, kolejny “myk" na odróżnienie się od tłumu.

Rafał Romanowski - promotor kultury niezależnej, współpracownik “Gazety Wyborczej", rocznik siedem osiem.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]