Reklama

Ja w sprawie zegarka

Ja w sprawie zegarka

23.05.2016
Czyta się kilka minut
Zbigniew Mentzel, pisarz: Od lat wylewane są na mnie kubły pomyj. Wśrodowisku Agnieszki Osieckiej mówi się omnie: pan Nikt.
Fot. Albert Zawada / AGENCJA GAZETA DLA „TP”
K

KATARZYNA KUBISIOWSKA: Ile prawdy jest w „Spadającym nożu”?

ZBIGNIEW MENTZEL: Mam nadzieję, że sto procent. Ale nie wiem, o jaką prawdę pytasz. Angielscy romantycy mówili, że jest literatura wiedzy i literatura siły. Ta pierwsza – ster – przynosi mnóstwo informacji, które mogą być prawdziwe lub fałszywe. Ta druga – żagiel – dąży do prawdy wyższego rzędu, chce być z nią dogłębnie zgodna. Całym sercem wybieram literaturę siły.

Twoja literatura staje się kluczem do zrozumienia Twojego życia?

Chciałbym, żeby była jego metaforą. Najlepiej – metaforą konieczną, jak nazywał ją wybitny krytyk Karol Irzykowski.

Jak myślisz, co by mogła powiedzieć Twoja mama po lekturze „Noża”?

Może byłaby dumna z klarownego języka, jakim staram się posługiwać. Może wzruszyłyby ją pewne fragmenty, zwłaszcza ten, w którym narrator ogląda ołtarz Wita Stwosza. I cytuje wiersz Gałczyńskiego: „Gdy go matka rodziła / zimowego wieczora, / nie wiedziała, że synek / będzie z drzewem się porał. / Nie wiedziała, że z domu / pójdzie w dalekie światy / i że drzewo przemieni / w ludzi, ptaki i kwiaty”. Matka miała zawsze przy łóżku wiersze Gałczyńskiego, Staffa i Wierzyńskiego, którego ceniła najbardziej.

Opowiesz więcej o mamie?

Podziwiałem ją. Jako jedyna w naszej rodzinie wykazywała się niespożytą energią. Cały czas chciała coś zmieniać, nawet jeśli miało się to sprowadzić do przewieszenia obrazów na ścianach.

Na przełomie lat 60. i 70. prowadziła w domu przedszkole. Wtedy uchodziło to za wyczyn – każda prywatna inicjatywa była obarczona wielkim ryzykiem. Urząd Skarbowy tylko czekał, by wlepić domiar. Ale w pewnym momencie ukazał się przepis zezwalający na prowadzenie prywatnego przedszkola pod warunkiem, że dzieci nie będzie więcej niż dziesięcioro. Matka z tego skorzystała.

A przedtem jeszcze wydawała w domu prywatnie obiady, od poniedziałku do piątku. Zawsze to były dwa wyszukane dania plus keks, szarlotka, a czasami „murzynek”.

Czyli ciemne ciasto z kakao i bitą śmietaną. 

Cholernie się starała. Identycznie było w przedszkolu. Lubiła organizować imprezy, na które zapraszani byli rodzice, a dzieci robiły tzw. popisy, czyli recytowały wiersze i śpiewały piosenki. Wszystko to odbywało się według długo przygotowywanego scenariusza. Imponowało mi, że matce się chce.

Mężczyznom się nie chciało?

Dziadek i ojciec chcieli mieć święty spokój. Po powrocie z pracy przeczytać gazetę i oglądać telewizję. Ich życiorysy nie ułożyły się w sposób, który zaplanowali. Ojciec, absolwent Korpusu Kadetów we Lwowie, wraz z wybuchem wojny zostaje podporucznikiem. Kiedy przychodzi komuna, zrzuca mundur, ponieważ nie chce służyć w Ludowym Wojsku Polskim. Potem robi odpowiednie kursy i pracuje jako farmaceuta w pięknej, bogato wyposażonej aptece mojego dziadka od strony mamy. To wspólny rodzinny interes. Ale w roku 1951 aptekę przejmuje państwo.

Do każdej z aptek wkracza trzyosobowa komisja nacjonalizacyjna i przejmuje ich wyposażenie, począwszy od pozycji wymienionych w remanencie, a skończywszy na rzeczach należących do pracowników. 

Matka jest wtedy ze mną w szóstym miesiącu ciąży. Żyje w permanentnym stresie, boi się, że dziadek popełni samobójstwo. W domu ciśnienie frustracji jest ogromne. Po latach zacząłem interesować się tym, czy moja wrodzona wada serca może być spowodowana psychicznym niepokojem ciężarnej kobiety.

Może?

Nie jestem pewien. Powstawanie wad serca to sprawa skomplikowana, nie do końca wyjaśniona. Marzę, by napisać o tym książkę z wybitnym kardiologiem – panią profesor Janiną Stępińską. To ona powiedziała mi w roku 2001: „Zbyszek, nie można już czekać, zrobimy ci operację”. Miałem wtedy dokładnie 50 lat. Po operacji poczułem się świetnie, to był skok w młodość.

Wcześniej jak się czułeś?

Jako dziecko nie mogłem uprawiać sportów. Na tym tle powstawał z matką konflikt. W tajemnicy zapisałem się do drużyny piłkarskiej KS Marymont. Zażądali ode mnie oczywiście wyników badań. Zrobiłem coś okropnego: ojciec w teczce nosił recepty od znajomego lekarza, a ja wykradłem jeden blankiet. Poszedłem do koleżanki z klasy, która miała najbardziej wyrobiony charakter pisma, i poprosiłem ją, by napisała, że Zbigniew Mentzel może grać w piłkę nożną.

Lubiłem jeszcze boks. W tej dyscyplinie ważna jest energia. Możesz nie mieć powalającego ciosu, ale energia daje siłę. Problem w tym, że wystarczyło mnie trącić lekko w nos i krew lała się strumieniami. To była konsekwencja zbyt mocnego uderzenia krwi tętniczej. Peszyło mnie to, nie byłem w stanie się bić. Ale grać w piłkę kochałem.

Matka wygłaszała słynną frazę: „Jesteś pozbawiony instynktu samozachowawczego”.

To zrozumiałe, usiłowała Cię chronić.

Rośnie mój szacunek do matki. W przeciwieństwie do wielu ludzi z mojego pokolenia i młodszych nigdy nie nazywam swoich rodziców toksycznymi. Zawsze z nimi współczułem, choć dzisiaj widzę horrendalne błędy wychowawcze, które popełniali. I jedocześnie rozumiem ich permanentną mękę.

Dziwnym trafem trzy najważniejsze kobiety w moim życiu noszą to samo imię. Matka, ś.p. Janina Mentzel z domu Mierzejewska. Moja żona, Dorota Jovanka Ćirlić-Mentzel; imię Jovanka pochodzi od Jana, czyli – też Janina. Oraz wspomniana pani profesor Janina Stępińska, która mi uratowała życie. Janka jest wspaniałym lekarzem. Wiem, co mówię, mam porównanie, zetknąłem się z kilkoma innymi kardiologami.

Miałeś kontakt z Markiem Edelmanem. 

Ale nie bezpośredni. To przedziwna historia. Jest rok 1978, pracuję w tygodniku „Polityka”. Moją koleżanką redakcyjną jest Hanna Krall, która niedawno napisała swoją najbardziej znaną książkę ,,Zdążyć przed Panem Bogiem”. Wtedy mam już poważne zaburzenia rytmu serca. Moja matka, wiedząc, że Hanna Krall przyjaźni się z Edelmanem, w tajemnicy przede mną zdobywa jej numer telefonu. Przekazuje Krall moje badania. Prosi, by skonsultowała je z Edelmanem.

Masz wtedy 27 lat.

I jest ciąg dalszy. Na początku wojny polsko-jaruzelskiej odchodzę z redakcji „Polityki”. W połowie lat 80. nakładem emigracyjnego wydawnictwa ukazuje się proza Krall pod tytułem „Okna”. Czytam i ku mojemu zdumieniu natrafiam na wątek młodego krytyka „bez etatu i ze zwężoną aortą”. Zdjęcie rentgenowskie jego serca niejaka Celina pokazuje znajomemu lekarzowi, który „leczył teścia jej męża”. Lekarz „podniósł kliszę pod światło” i zapytał, czy krytyk „nie jest infantylny, bo przy wrodzonym zwężeniu aorty głównej to się zdarza”.

Natychmiast dzwonię do Janki Stępińskiej: – Powiedz mi, proszę, czy z powodu stenozy aorty mogę być infantylny? Janka: – Zbyszek, ja w ogóle nie rozumiem, o czym ty mówisz. Kto ci takich bredni naopowiadał?

Czyli Twoja choroba stała się tematem literackim. Agnieszka Osiecka w 1981 r., w Czytelniku, wydaje tomik zatytułowany „Wada serca”. Dedykuje go Tobie. Napisze: „Zbyszkowi”. 

Dobre te wiersze?

Dobre. Nie pamiętasz?

Jeden pamiętam, coś o wędkach, wtedy dużo łowiłem.

Wynotowałam jeden wiersz – „Pismo”. Chcesz, żebym przeczytała? Słuchaj: „zadaj mi ranę / jeśli się zwilczysz, / oszczędź mi prawdy, / choć skamlę o nią, / skąp obecności, / skoro tak trzeba, / zawieś koronę nad moją głową, daj mi pół piekła / i ćwiartkę nieba”.

Ukazało się wiele książek o Agnieszce, w których się nie wypowiadam. Nawet do nich nie zaglądam, natomiast czytane są one w mojej dalszej rodzinie. Siostra dzwoni i mówi: Zbyszek, rozmawiałam z ciotką, jest nieprzyjemna sprawa, źle tam wypadasz.

Zazwyczaj jesteś przedstawiany jako ten, który Agnieszki Osieckiej nie kochał, choć ona straciła dla niego głowę. Ty młodszy, ona starsza, ty zaczynasz pisać, ona jest sławną autorką piosenek.

Od lat wylewane są na moją głowę kubły pomyj. W środowisku Agnieszki mówi się o mnie: pan Nikt.

Bo?

Autorzy książek o Agnieszce idą po linii najmniejszego oporu. Raz dosiedli stereotypu i będą cwałować na nim do śmierci. To czysty Sienkiewicz. Zagłoba poznaje Rocha Kowalskiego i pyta: „Rochu Kowalski, a gdzie pani Kowalska?”. Roch: „Ja jestem Roch Kowalski”. I wyciąga szablę. „A to jest pani Kowalska”. Do końca życia powtarza to, co ma zaszpuntowane we łbie: „Ja jestem Roch Kowalski, a to jest pani Kowalska”. A ja dla pań Kowalskich jestem pan Nikt.

Agnieszka Osiecka napisała do Ciebie ponad tysiąc listów, a Ty podobno nie odpisałeś na żaden.

Nieprawda, odpisywałem, ale rzadko. A wynikało to z tego, że ja nad jednym zdaniem głowiłem się godzinami. W przeciwieństwie do Agnieszki, która mogła napisać 50 stron dziennie.

Nie masz pokusy, by dać odpór plotkom i napisać, jak z Twojej perspektywy wyglądała relacja Mentzla z Osiecką? 

Czas mi się kurczy, a pracy mam dużo. Piszę dla Znaku biografię Leszka Kołakowskiego i nową powieść. Ale być może uda mi się jeszcze wydać książeczkę pt. „Kto mi ukradł zegarek?”. Bo, droga Kasiu, mnie nie interesują brednie, jakie na mój temat napisano, ale sprawa zegarka to co innego.

Jakiego zegarka?

Posłuchaj, jest początek roku 1982, pierwsze miesiące stanu wojennego, mam 30 lat, właśnie odszedłem z „Polityki”. Uczynny Janek Bijak załatwia mi posadę rzecznika prasowego Polskiego Towarzystwa Przeciwnikotynowego. I jednocześnie namawia mnie, bym wrócił do „Polityki”. Nie chcę, mówię mu, że jestem już gdzie indziej. I w tej oto sytuacji kupujemy z Agnieszką małe mieszkanie na Żoliborzu. Nie mam pieniędzy, ale matka przekazuje mi najcenniejszą pamiątkę rodziną: złoty zegarek z brylancikami, czarną biżuterię po powstaniu styczniowym.

Zegarek należał do Twojej prababki. Wątek zegarka, ukryty w literackich woalach, przewija się przez „Wszystkie języki świata”.

Gdy po śmierci rodziców z siostrą opróżnialiśmy mieszkanie, przerażała nas ilość starych fotografii. Siostra mówiła, że jak my umrzemy, nie będzie miał kto ich oglądać i w ogóle nie będzie wiadomo, kim są ci ludzie. Wśród fotografii, które zabrałem, było zdjęcie mojej prababki, ubranej w długą suknię, z zegarkiem na łańcuszku wiszącym na piersi.

Więc matka daje mi ten zegarek. Jak przychodzi do kupna mieszkania, ustalamy, że sprzedający połowę należności dostanie w gotówce wyłożonej przez Agnieszkę, a połowę w moim zegarku. Właściciel chce z zegarkiem udać się do rzeczoznawcy...

I...?

Kim jest właściciel mieszkania, które kupujemy? Paweł Drewnowski, bratanek Tadeusza Drewnowskiego, ojca Janiny Stępińskiej, mojego szefa w dziale kultury „Polityki” – w ten sposób historie się splatają. Paweł Drewnowski po wizycie u rzeczoznawcy mówi: „Godzę się, przyjmę zegarek w rozliczeniu”. Mieszkanie kupujemy, Agnieszka prosi, by akt notarialny był na moje nazwisko.

Po latach z Agnieszką się rozstajemy. Mówię, że zwrócę jej udział. Mieszkanie na nowo zostaje wycenione, bo jego wartość trzykrotnie wzrasta. Gotówkę mam, gram wtedy na giełdzie. Idziemy do Narodowego Banku Polskiego przy placu Powstańców Warszawy i udział Agnieszki spłacam w dwóch ratach. Agnieszka jeszcze pyta: „Zbyszek, nie chcesz, bym ci chociaż papier podpisała, że zwróciłeś mi pieniądze?”. Nie chcę. Wystarczy, że oboje wiemy.

To chyba dobry finał?

Posłuchaj, co się dzieje dalej i co będzie przedmiotem książeczki ,,Kto mi ukradł zegarek?”. W roku 2005 wydaję powieść ,,Wszystkie języki świata”, gdzie, jak sama wspomniałaś, historia z zegarkiem została literacko przetworzona. Mija rok i telefonuje moja siostra: „Słuchaj, ciotka powiedziała, że Daniel Passent w swojej książce »Codziennik« napisał wyjątkowo dla nas przykrą rzecz”.

Co napisał Daniel Passent?

Napisał, że nagle zadzwonił do niego właściciel mieszkania z propozycją, by wykupił od niego zegarek, który należał do babci Agnieszki Osieckiej, znanej w jej rodzinie jako babcia Kazia.

Hmm...

Kupuję za 48 zł ,,Codziennik”. Rzeczywiście: stoi tam jak byk, że zegarek należał do babci Kazi Agnieszki Osieckiej. A ona kupiła za ten zegarek mieszkanie. Passent go od pana D. wykupuje za pieniądze córki Agaty. I pisze, cytuję z pamięci, że zegarek babci Kazi odegrał historyczną rolę i wrócił do rodziny. Oszołomiony dzwonię do Agaty i zapraszam ją na kisiel żurawinowy do restauracji Buffo. Zawsze Agatę lubiłem, mam nadzieję ze wzajemnością, razem błaznowaliśmy, chodziliśmy na plażę w Dębkach... Pytam: „Agata, czy ty czytasz książki swojego ojca?”. „Niektóre”. „A czytałaś »Codziennik«?” „Tego chyba nie”. „Bo tam jest taka sprawa” – i wyłuszczam, w czym rzecz. Agata: „Wiesz, Zbyszek, ja w domu nigdy tego zegarka nie widziałam”. „Nie mogłaś go widzieć , bo należał do mojej rodziny”. Agata: „W takim razie to jest rzecz na sprostowanie”.

Było sprostowanie?

Nic mi o tym nie wiadomo. Postawię więc pytanie: kto mi ukradł zegarek? I postaram się na nie odpowiedzieć.

Rozumiem, że mówisz o „kradzieży” symbolicznej. 

Decydując się, że poświęcam ten zegarek na kupno mojej części mieszkania, pożegnałem się z nim w sensie materialnym, ale symbolicznie to przecież jest nadal zegarek należący do mojej rodziny.

W tę aferę zamieszane są co najmniej trzy osoby: Daniel Passent, Paweł Drewnowski, Agata Passent. Ja nie przesądzam sprawy, ale uważam, że to Daniel Passent, pisząc nieprawdę, „ukradł mi” zegarek. Zaś Agata ma grzech zaniechania, bo dowiedziawszy się, ile ta sprawa dla mnie znaczy, mogła coś z nią zrobić. Zapewniam cię, Kasiu, że w momencie kiedy postawię kropkę po ostatnim zdaniu mojej książeczki, zegarek wróci do prawowitego właściciela.

Sądzisz, że taka moc płynie z literatury?

W tym wypadku to jest życie, a nie literatura. Niestety, nie mogę wykluczyć, że to sama Agnieszka, z nieznanych mi powodów, całą tę historię z zegarkiem babci Kazi wymyśliła w swoich „Dziennikach”. A Passent ją tam przeczytał, choć oczywiście publicznie zarzeka się, że do „Dzienników” nawet nie zajrzał.

Czas Agnieszki minął jeszcze w latach 80., a wkrótce przyszedł czas Doroty.

Do mojej żony mówię: Jovanka. To piękne imię i wskazuje na jej bałkańskie korzenie, jest pół Polką, pół Serbką. Jako wybitna tłumaczka literatury z Bałkanów ma ogromny dorobek, podobnie jak jej mama, a moja teściowa.

W „Spadającym nożu” opisujesz z filmowym rozmachem moment, kiedy po raz pierwszy ujrzałeś Jovankę. Było tak rzeczywiście?

Zobaczyłem ją o świcie, nad Wisłą, gdy łowiłem ryby. Jovanka jechała konno. Nie miałem pojęcia, kim jest, po latach dopiero nasze dwie równoległe się przecięły. Wtedy, gdy ją zobaczyłem, była dla mnie w pierwszej trójce najpiękniejszych kobiet świata. Te dwie pozostałe to Kate Winslet i Emmanuelle Seigner.

„Nóż” pisałem dla wydawnictwa Znak, które potrafi zmusić leniwego autora, by książkę wreszcie skończył. Pamiętam, jak w krakowskim hotelu Francuskim czytałem kiedyś na głos fragmenty, słuchali Jurek Illg i Henryk Woźniakowski. Akurat zdarzyło się, że czytam zdanie: ,,Jechała na koniu Wałem Miedzeszyńskim, zdumiewająca amazonka”. Henryk, prezes Znaku, nagle mi przerywa: „Na koniu to może parobek jechać, tak się u nas mówiło, amazonka może »konno jechać«”.

I tak zostało.

Czyli Jovanka to miłość od pierwszego wejrzenia. 

Błyskawica, „i grom ryknął”. Zanim się jednak jej oświadczyłem, minęło parę lat. Ożeniłem się w wieku 47 lat. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się, że pod jednym dachem zamieszkałem z kobietą. I z jej nastoletnim synem z pierwszego małżeństwa. Można powiedzieć – ryzykowna sprawa. Natomiast było i jest fantastycznie; z Markiem, dziś 35-latkiem, znakomitym prawnikiem, mamy świetny kontakt. Oczywiście teraz mieszkamy z Jovanką we dwójkę. I jest problem, bo ja sypiam najwyżej trzy godziny na dobę. Pisanie, czytanie daje mi tyle radości, że nie mogę spać. No, ale wtedy nie sypia też Jovanka, bo się o mnie martwi. A ona powinna spać dużo. Coś musimy na to poradzić. ©

ZBIGNIEW MENTZEL (ur. 1951) jest prozaikiem, krytykiem i felietonistą. Opublikował m.in. opowiadania „Niebezpieczne narzędzie w ustach”, powieść „Wszystkie języki świata” (finał Nagrody Nike) i dwa tomy rozmów z Leszkiem Kołakowskim „Czas ciekawy, czas niespokojny”. Od wielu lat spekuluje na rynkach finansowych. Jest laureatem Akademii Gry na Giełdzie z roku 1995. Ostatnio nakładem wydawnictwa Znak ukazała się jego książka „Spadający nóż”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Bardzo żałuję, że Pan Mentzel nie wypowiada się w książkach o A. Osieckiej. To powoduje pewien niedosyt w opisie o Poetce np. brakuje jego spojrzenia w bardzo dobrej książce "Koleżanka" . I nie chodzi mi o pranie brudów przez niego brudów tylko spojrzenie na A. Osiecką oczami oczarowanego mężczyzny.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]