Inna strona świata

W zatłoczonej redakcji jego biurko stało w pokoju przejściowym, tuż przy drzwiach. Nic mu to nie przeszkadzało. Pisał od razu na maszynie, w takim skupieniu, jakby był w celi klasztornej. A w chwilach wolnych między następnym artykułem a odpowiedzią na listy, którymi czytelnicy go zasypywali, i jeśli nie spierał się akurat o tekst zatwierdzany do druku, pieczołowicie dostrajał następny gadżet kolejnego hobby (modele samolotów bojowych, jajeczka ptaków, których wędrówki śledził razem z synem...).
Czyta się kilka minut

Tadeusz otworzył sobie świat podróży wcześniej niż wielu z nas, tylko w inną stronę. Nie spoglądał z buntem w kierunku żelaznej kurtyny, kraje Zachodu wydawały mu się obojętne (a przecież był nie tylko partyzantem i technikiem, był historykiem sztuki po UJ). Zaczął wracać do swojego Lwowa, ledwie pojawiła się możliwość uzyskiwania zaproszeń, na które wystawiano łaskawie paszport. Oczywiście nie brał pod uwagę, że „wolno” jechać dokładnie tam tylko, skąd przyszło zaproszenie. W byle ciuchach, by nie rzucać się w oczy, lądował u przyjaciół, którzy go zaprosili, i stamtąd robił wypady w lokalnym towarzystwie, od jednego polskiego domu do drugiego, wspierając się językiem, którym mówił jak własnym. Tak zjeździł całe Podole. Nie mógł powstać z tego ani jeden reportaż, to oczywiste, ale zaczęli w redakcji pojawiać się goście „stamtąd”, tamtejsi, ci, którzy przetrwali, a teraz nareszcie pomału też przekraczali zasieki. Czasem Tadeusz się skarżył, że za mało się nimi zajmujemy – i na pewno miał rację.

Na zachodnie atrakcje patrzył z rodzajem lekceważącego pobłażania. Irytowały go „nowinki liturgiczne”, traktowane z nadmiernym nabożeństwem. Miał wyjątkową wrażliwość na to, co istotne, i na to, co może być tylko frazeologicznym, powierzchownym zafascynowaniem. Nie znosił również moralizowania. Korespondując i rozmawiając z czytelnikami o historii zbawienia, nie naruszał nigdy poczucia tajemnicy i tak bezwzględnie koniecznej surowej prostoty słowa. „Pouczanie” z pozycji mądrzejszego, a już w żadnym razie posiadacza całej prawdy, nie mieściło się w żaden sposób w jego pisarskim zawodzie (chciałam napisać: powołaniu, ale tego słowa też by pewnie Tadeusz nie zaakceptował).

W „Tygodniku” był całą instytucją. Żal, że w porę nie powstała z nim rozmowa-rzeka o jego życiu i dziele, gatunek książki dzisiaj przecież tak modny. Żal, że to już „czas zaprzeszły dokonany”, a archiwa w niewiadomych rękach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 04/2012