Reklama

Gorzki koniec postu

Gorzki koniec postu

w cyklu STRONA ŚWIATA
08.06.2019
Czyta się kilka minut
Masakrą, a nie radosnym świętem zakończył się w tym roku w Sudanie muzułmański miesiąc postu, ramadan. Po wiosennych rewolucjach, które obaliły dyktatorów w Chartumie i Algierze, nastaje lato kontrrewolucji.
Ulice Chartumu po przejściu pogromu, 6 czerwca 2019 r. / Fot.  AFP / East News
Ulice Chartumu po przejściu pogromu, 6 czerwca 2019 r. / Fot. AFP / East News
W

Według chartumskich lekarzy, w poniedziałek i wtorek, dwa ostatnie dni ramadanu, ponad sto osób zginęło w ulicznych pogromach i łapankach, jakie urządzili w sudańskiej stolicy żołnierze rządowego wojska. Prawie 40 zwłok wyłowiono z przepływającego przez miasto Nilu. Ponad pół tysiąca ludzi zostało rannych. Wojskowe bojówki gwałciły kobiety, rabowały sklepy i domy.

Wojsko ruszyło do ulicznej wojny, by przegnać demonstrantów sprzed najważniejszych urzędów, zwłaszcza sprzed sztabu głównego armii rządowej i ministerstwa wojny. Demonstracje, strajki i zamieszki trwały bowiem w Sudanie od połowy grudnia. Początkowo ich uczestnikom szło tylko o panującą drożyznę i korupcję. Protesty błyskawicznie przerodziły się jednak w bunt przeciwko trzydziestoletnim rządom prezydenta Omara al Baszira, tyrana w generalskim mundurze.

Oszukana opozycja

Baszir ani myślał ustępować z urzędu, ale gdy do wiosny nie udało mu się ani rozpędzić, ani przekupić demonstrantów, a kraj z każdym tygodniem coraz bardziej pogrążał się w kryzysie, jego towarzysze broni, mundurowi z armii, służb bezpieczeństwa, wywiadu i policji odsunęli go od władzy i przejęli rządy jako Tymczasowa Rada Wojskowa. Przywódcy ulicznej rewolucji, przyrównywanej do Arabskiej Wiosny sprzed prawie dekady, powitali wojskowy przewrót z radością. W generałach widzieli sprzymierzeńców. Wielu oficerów odmówiło wykonywania rozkazów Baszira, gdy ten posyłał żołnierzy przeciwko demonstrantom.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Rewolucje generalskie


Przejąwszy władzę w Chartumie, początkowo wojskowi ustępowali buntownikom z koalicji Sił Wolności i Zmiany. Wykluczyli z junty generałów zanadto kojarzących się ze zbrodniami i nadużyciami wojskowej dyktatury Baszira, zgodzili się nie urządzać pospiesznie wyborów, ale poczekać co najmniej trzy lata, podczas których władzę w kraju miał sprawować tymczasowy rząd i parlament. Zgodzili się, by połowę posłów wybrały Siły Wolności i Zmiany, a drugą połowę – wojskowi. Nie ustępowali jedynie w sprawie tego, kto będzie miał większość w rządzie tymczasowym, a więc kto będzie sprawował rzeczywistą władzę i przygotowywał nowe wybory. 

Rewolucjoniści domagali się wprawdzie większości i decydującego głosu w rządzie, generałowie upierali się jednak, że to do nich i wojska powinno należeć ostatnie słowo. Targi były żmudne i wielokrotnie je zrywano, ale według przedstawicieli demonstrantów, mundurowi w końcu zgodzili się, by podobnie jak w parlamencie, połowa ministrów w rządzie tymczasowym była mianowana przez Siły Wolności i Zmiany, a połowa – przez wojskowych. Zgodzili się też wymieniać co pół roku z demonstrantami urzędem premiera.

Targu dobito w niedzielę w nocy, ale w poniedziałek, zamiast ogłoszenia wspólnego komunikatu w rządowej telewizji, żołnierze zaatakowali demonstrantów koczujących przed bramą ministerstwa wojny, a zaraz potem przenieśli pogromy na całe miasto. Generałowie ogłosili, że wycofują się ze wszystkich ustaleń z Siłami Wolności i Zmiany, sami utworzą rząd i nie będą czekać trzy lata z wyborami, ale urządzą je już za dziewięć miesięcy, a może nawet przed końcem roku.

Pejzaż pobojowiska

Demonstranci z chartumskich ulic twierdzą, że zaatakowali ich żołnierze z Sił Szybkiego Reagowania. W oddziałach tych służą dawni bojówkarze z arabskiej konnicy, dżandżawidzi, pospolite ruszenie, które na życzenie Chartumu krwawo stłumiło na początku wieku zbrojne powstanie w Darfurze. W nagrodę dowódca dżandżawidów Mohammad Hamdan „Hemedti” Dagalo został awansowany na generała, a jego partyzanci wcieleni do sudańskiego wojska jako gwardia przyboczna Baszira. Ale kiedy w Sudanie wybuchła antyrządowa rewolucja, „Hemedti” zdradził Baszira, swojego dobrodzieja i wierzyciela jako jeden z pierwszych. Dziś jest wiceprzewodniczącym 10-osobowej Tymczasowej Rady Wojskowej, a w Chartumie mówi się, że tak naprawdę to on rządzi państwem, a nie nominalny szef junty, gen. Abdel Fattah al-Burhan. Choć „Hemedti” przysięga, że władza go nie interesuje, nie pierwszy raz jego dżandżawidzi urządzili pogromy demonstrantów w Chartumie.

W środę, aby udobruchać świat, oburzony brutalnością dżandżawidów (Unia Afrykańska zawiesiła członkostwo Sudanu do czasu, aż wojskowi przekażą władzę cywilom) „Hemedti” obiecał, że przeprowadzi specjalne śledztwo, wszystko wyjaśni, a winnych ukarze. Powiedział też, że to nie dżandżawidzi, ale tajemniczy prowokatorzy przebrani za dżandżawidów zaatakowali demonstrantów. Generał Burhan zaproponował Siłom Wolności i Zmiany nowe rozmowy, ale spotkał się z odmową. Usłyszał, że wojskowi nie zasługują na zaufanie i że będzie miał do czynienia z nowymi akcjami obywatelskiego nieposłuszeństwa.

W środę, pierwszy dzień najważniejszego z muzułmańskich świąt, Id al Fitr (Święta Przerwania Postu), Chartum przypominał pobojowisko. Śpiewnym wołaniom muezzinów, wzywających wiernych na modły do meczetów, towarzyszyły sporadyczne strzały. Ulice i bazary, zwykle w tym czasie zatłoczone i gwarne, były puste, a sklepy zamknięte na głucho. Wyludnione miasto przemierzały wojskowe patrole na ciężarówkach i w samochodach terenowych. 


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Gorzki posmak zwycięstwa


Id al Fitr to święto dziękczynienia, dzień modlitwy radości, pojednania i przebaczenia. 2 miliardy muzułmanów, jedna czwarta wszystkich mieszkańców świata, odwiedzają się, składają sobie życzenia, obdarowują prezentami. Po miesiącu ścisłego postu czują się wzmocnieni, oczyszczeni, bliżsi Bogu. W tym roku jednak w Chartumie nie mogli się nawet pomodlić w meczecie. Po masakrze demonstrantów, rządowi astrologowie ogłosili w telewizji, że miesiąc ramadan nie kończy się wcale we wtorek, jak twierdziła opozycja, lecz w środę. Sudańczycy uważają, że władze zmieniły termin, żeby nie dopuścić do nowych zgromadzeń i zamieszek. W rezultacie, wiernym, zamierzającym świętować koniec postu we wtorek, po drodze do meczetu groziło aresztowanie i pobicie przez wojskowe patrole.

Przywódcy sudańskiej opozycji odgrażają się, że nie ustąpią, dopóki nie zmuszą generałów do ustąpienia, ale zdają sobie sprawę, że po wiosennej rewolucji nadchodzi czas letniej kontrrewolucji. Generałowie odsunęli od władzy Baszira, gdy przestał być dla nich zabezpieczeniem ich majątków i karier, z których rezygnować nie chcieli. Obalili go, by zakonserwować system władzy, a wymienić jedynie dekoracje. Liczyli, że aresztując Baszira i jego najbardziej skompromitowanych zauszników, zadowolą demonstrantów: że będzie to wystarczająca ofiara. Siły Wolności i Zmiany domagają się jednak zaprowadzenia w Sudanie zupełnie nowych porządków, a nie jedynie upiększenia starych.

Powstrzymać wiosnę

Tego samego domagają się buntownicy w pobliskiej Algierii, którzy od lutego demonstrują na ulicach przeciwko starym porządkom i władcom, rządzącym ich państwem od pierwszego dnia niepodległości w 1962 roku. W Algierii, podobnie jak w Sudanie, najbardziej skompromitowanych przywódców z prezydentem Abdulem Azizem Butefliką odsunęli w kwietniu od władzy wojskowi. I podobnie jak ich towarzysze broni w Chartumie, również algierscy generałowie rzucili ulicy na pożarcie Buteflikę, jego brata Saida, szarą eminencję, a także kilku dygnitarzy, ale nie chcą zmieniać porządków, którym wszystko zawdzięczają.

I tak jak wojskowi z Sudanu, także ci z Algierii chcą jak najszybciej przeprowadzić wybory. W Sudanie stare polityczne partie zostały rozbite przez Baszira. W Algierii, poza rządzącym Frontem Wyzwolenia Narodowego i zdelegalizowanymi muzułmańskimi radykałami z Islamskiego Frontu Ocalenia (w 1992 r. wygrał jedyne wolne wybory, ale generałowie nie pozwolili mu przejąć władzy, wybuchła 10-letnia wojna domowa, w której zginęło ćwierć miliona ludzi), żadne inne partie nigdy się nie liczyły. Im szybciej przeprowadzone zostaną wybory, tym mniej czasu uliczni rewolucjoniści mieć będą na zorganizowanie się i przygotowanie do elekcji, tym bardziej wzrosną szanse tych, których poprą generałowie. W Algierii generałowie chcieli urządzić wybory już 4 lipca, ale pod presją ulicznej opozycji nikt poważny się do nich nie zgłosił, a wobec braku kandydatów na prezydenta jego elekcję trzeba było przełożyć co najmniej na jesień. Sudańska opozycja też chce odwlec wybory tak długo, jak się da.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Chalifa ante portas!


Wojskowi z Chartumu, Algieru, a także samozwańczy przywódca wschodniej Libii Chalifa Haftar mogą jednak liczyć na pomoc królów kontrrewolucji – prezydenta Egiptu Abdela Fateha al Sisiego i książąt koronnych z Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohammeda ibn Salmana al Sauda i Mohammeda ibn Zajeda al Nahjana. Młodzi książęta z Rijadu i Abu Zabi sposobią się do przejęcia tronów, nie znoszą demokracji i wszelkich rewolucji, zwłaszcza tych przeprowadzanych w imię Allaha. Egipcjanin Sisi jako generał położył kres Arabskiej Wiośnie w Kairze i doszedł do władzy wskutek puczu i obalenia Mohammeda Mursiego, przywódcę Braci Muzułmanów, pierwszego egipskiego prezydenta wybranego w wolnych wyborach.

Książęta znad Zatoki Perskiej i egipski prezydent od samego początku niechętnie przyglądają się nawrotowi Arabskiej Wiosny w Chartumie i Algierze. Obawiają się, że sukces tamtejszych eksperymentów może zachęcić innych, zagrozić ich władzy i wpływom w muzułmańskim świecie. Dlatego w Algierii wspierają wojskowych, w Libii – Haftara, a w Sudanie – generałów z rządzącej junty, którzy w tygodniu poprzedzającym chartumskie pogromy, pielgrzymowali do Kairu, Abu Zabi i Dżiddy.

Kontrrewolucjoniści z Bliskiego Wschodu mają potężnego sprzymierzeńca w osobie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, który powtarzając, że dla niego Ameryka jest najważniejsza, sprawy dalsze zostawia do załatwienia swoim najpewniejszym lub najpotulniejszym klientom. Na Bliskim Wschodzie za swoich najlepszych przewodników i nauczycieli uważa prezydenta z Kairu, książęta z Rijadu i Abu Zabi oraz oczywiście Izrael.

 

I tylko najwytrwalsi demokraci z Bliskiego Wschodu martwią się, że jeśli wobec bierności Zachodu i Ameryki, konflikty w Sudanie, Algierii i Libii będą się przedłużać i przeradzać w wojny zastępcze między regionalnymi mocarstwami (Arabią Saudyjską i Emiratami, Egiptem, Turcją i Katarem oraz Iranem), mogą w końcu wymknąć się spod wszelkiej kontroli i przerodzić w wojny równie krwawe i trudne do przerwania jak te z Syrii czy Jemenu.

Polecamy: Strona świata - specjalny serwis z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]