Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Furiactwo kreatorskie

Furiactwo kreatorskie

21.10.2013
Czyta się kilka minut
Marian Pilot, Osobnik Książka dla tych, którzy potrafią powierzyć się bez reszty wielkiej przygodzie słowa i wyobraźni, zaakceptować pomieszanie języków i zmysłów.Furiactwo kreatorskie.
O

Od debiutu z 1962 r. Marian Pilot chwalony był za inwencję językową, talent parodysty i rozmach w konstruowaniu groteskowych światów. Jego twórczość nigdy nie pozwalała zamknąć się w szufladce z napisem „proza nurtu chłopskiego”.

Owszem, autor „Pióropusza” podejmował tematy typowe dla tego nurtu, obecne w dziełach Myśliwskiego, Kawalca czy Nowaka. Opisywał specyfikę kultury wiejskiej oraz rozmywanie się tej specyfiki w warunkach nowoczesności, interesowały go mechanizmy awansu społecznego oraz poczucie wyobcowania „synów ziemi”, którzy opuścili rodzinne okolice. Przemieszanie wartości, stan zawieszenia pomiędzy różnymi przestrzeniami i systemami symbolicznymi, wykorzenienie i próba powrotu do korzeni. Ale u Pilota te obiegowe tematy podlegają przewartościowaniu: kulturowy metysaż okazuje się błogosławieństwem różnorodności, a wydziedziczenie – darem wolności.
Chaos i wolność
W jednym z esejów Pilot obala popularną opinię, jakoby polszczyzna nie znała odpowiednika niemieckiego Heimatu, rozumianego jako „stan istnienia duchowego w obrębie swojej rodzinnej okolicy”. Słowo takie istnieje, a jest nim zapomniany „matecznik”, pozostający w opozycji względem abstrakcyjnej „ojczyzny”. Matecznik nie staje się jednak u Pilota – jak w wielu projektach pisarskich ufundowanych na melancholii – figurą utraconego raju. Opuszczeniu matecznika towarzyszy niepokój, ale też fascynacja światem, który wypada z odziedziczonych systemów miar i wag – światem, w którym wszystko jest możliwe. Królestwo chaosu, po którym błądzą bohaterowie tej prozy, bywa przerażające, ale zarazem daje poczucie radykalnej wolności.
Słowem-kluczem jest w tym przypadku groteska. Inaczej niż u innych mistrzów tej formy (jak Mrożek czy Redliński), w przypadku Pilota pozostaje ona w pełni autonomiczna, wolna od jakichkolwiek zobowiązań. Autor „Majdanu” nigdy nie miał ambicji stawiania diagnoz czy budowania paraboli. Groteska jest dla niego sposobem postrzegania i myślenia, swoistym światoobrazem. Groteskę odnosimy zwykle – za Wolfgangiem Kayserem – do doświadczenia świata, który stał się obcy. Jej podstawowe cechy (monstrualność, niespodzianka, tajemnica) są wyrazem lęku przed życiem i nieludzkim pierwiastkiem, który wtargnął do ludzkiego „ja”. W konkurencyjnym ujęciu Michaiła Bachtina groteska spoufala się z karnawałową wizją „świata na opak”; ekscentryczność, bluźnierstwo, błazenada i dowartościowanie „cielesno-materialnego dołu” to remedium na sztywne hierarchie społeczne, normy, dogmatyzmy i dyktaturę ducha.
W najnowszej powieści Pilota mamy jakby syntezę tych koncepcji: na samym początku objawia się coś demonicznego i przerażającego, ale cała opowieść dryfuje w stronę gargantuicznego, wyzwolicielskiego śmiechu. Wcześniej pisarz powściągał swoją słabość do groteski; jeszcze w „Pióropuszu” oniryczne obrazy umocowane zostały na precyzyjnym szkielecie fabularnym i osadzone w realiach epoki. W przypadku „Osobnika” nie sposób umiejscowić wydarzeń na mapie czy na osi czasu. Potężny nurt wizji zagarnia wszystko. Zasada prawdopodobieństwa kapituluje przed poetyką snu. Logika przyczyn i skutków pada ofiarą wyzwolonej wyobraźni.
Groza i ekstaza
Zdezorientowany czytelnik „Osobnika” szuka punktów odniesienia. Wiadomo, że narratorem jest pracownik Instytutu Ochrony, który przedstawia się jako „magister, w logice i dialektyce biegły doktor”, tudzież biolog, znawca insektów. Na imię ma Bolesław, ale wybiera bezimienność („a nawet bezistność”), gdyż wzdraga się przed nazwą i w ogóle przed „wszystkim, co kiełzna”. Mieszka samotnie po tym jak zostawiła go żona, nadużywa alkoholu i z trudem odróżnia jawę od pijackiego zwidu, ale twierdzi, że „materię rzeczywistości chce ułożyć, uorganizować, uładzić”. Jego opowieść, rozwijająca się na zasadzie skojarzeń, widzeń i błysków pamięci, nie pozostawia jednak złudzeń: żadnego ładu tu nie będzie, przeciwnie – będziemy świadkami osuwania się w malignę i obłęd.
Narracja utkana jest z sekwencji enigmatycznych zdarzeń: pobyt w barze i wyrzeczenie się własnego dziecka; wizyta w Instytucie, rozmowa z laborantami – „chaotykami i katastrofami”; wyjazd do rodzinnego domu w miejscowości Miastko i reminiscencje z dzieciństwa spędzonego „w płaczu, gwałcie, bełkocie, okowicie, opętanym śnie ojca”. Suną widmowe postacie: pracownica zakładu fotograficznego, która zmienia się w wulgarną dziewkę; dwóch mundurowych, którzy demolują mieszkanie, po czym oddają się dmuchaniu kondomów, te zaś rosną monstrualnie i rozpoczynają dziką orgię; wielka kobieta w niebieskim dresie, królująca wśród innych Łachmanek w szmat-ogrodzie... Zwiedzamy miejsca o niejednoznacznym statusie, jak hangar przemieniony w magazyn używanych ubrań, w którym panuje pozbawione nadzoru „ogromne hultajstwo rzeczy kłębiących się”, a który zmienia się trochę w ambonę myśliwską, trochę w obóz zagłady...
W punkcie wyjścia zanurzamy się w straszny, po Kayserowsku wynaturzony świat. Bohater obserwuje z przerażeniem rozpad świata („materia rzeczywistości, umkliwa, bełtliwa, grząska i mazista, mgławiczeje coraz intensywniej”) i dekompozycję własnego ciała. Wyrusza w wędrówkę przez fantazmaty śmierci i gnicia, wojny i eksterminacji. W końcowej scenie widzimy go w gabinecie zabiegowym, gdy „piękna chirurg miękki” poddaje go upokarzającemu zabiegowi biopsji prostaty. Dochodzi do podwójnego skojarzenia biegunki ze słowotokiem i z dziełem zagłady: „Ostre uchyłków zapalenie, ostateczne rozwiązanie”. Gdzie ulotniły się lęk i groza? Otóż niepostrzeżenie przeszliśmy na stronę Bachtinowskiego karnawałowego śmiechu, sowizdrzalskiego żywiołu, który wyrzeka się wszelkich wartości w imię wolności i życiowej energii, a wyraża się w sposób prosty i wulgarny: „Dupa pierdzi / Dupa sra / Dupa wszystko / W dupie ma! / Hura! Hurra! Hurra!”.
***
„Osobnik” to powieść, która nie zadowoli ani pożeraczy fabuł, ani miłośników obyczajowego detalu, ani koneserów życiowych mądrości. To książka tylko dla tych, którzy potrafią powierzyć się bez reszty wielkiej przygodzie słowa i wyobraźni. Pilot przypomina tych ruchliwych laborantów, którzy pracują nad „pikantnymi zagładami”, plącząc języki w ferworze i w wielkim „furiactwie kreatorskim”.

Marian Pilot, Osobnik, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, redaktor Magazynu Literackiego „Książki w Tygodniku”, prozaik, eseista, poeta.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]