Reklama

Dzieci jak zasób ruchomy

Dzieci jak zasób ruchomy

24.09.2021
Czyta się kilka minut
Dwóch nastolatków z Niska po latach w rodzinie zastępczej ma trafić do domu dziecka. Tak urzędnicy „robią miejsce” dla młodszych dzieci, a sąd się na to zgadza. Podobne praktyki zdarzają się też w innych miejscach.
fot. PIOTR KAMIONKA / REPORTER
P

Piotr i Paweł (imiona zmienione), lat 12 i 14, podopieczni rodziny zastępczej. Tę w 2013 r. założyła mieszkanka podkarpackiego Niska, Katarzyna. Rodzina funkcjonuje w jej domu, równolegle z drugą, założoną przez jej siostrę, Elżbietę.

Półtora miesiąca temu niżańskie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie wysłało do tutejszego sądu rejonowego wniosek: Piotr i Paweł powinni trafić do zlokalizowanego w Rudniku, a więc na terenie powiatu niżańskiego, domu dziecka, prowadzonego przez siostry pallotynki. Gdy niecałe dwa tygodnie temu sąd wydał wyrok zgodny z wnioskiem PCPR, Katarzyna i Elżbieta zaalarmowały działaczki Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. A te poinformowały o sprawie dziennikarzy – równolegle „Tygodnika” i TOK FM.

Jeśli sąd drugiej instancji potwierdzi decyzję tego z pierwszej, chłopcy pójdą do domu dziecka. Mimo że od dawna przebywają w rodzinie. Mimo iż sami mieli deklarować w rozmowie z kuratorem chęć pozostania. I mimo że państwo polskie od lat postuluje odwrót od domów dziecka. Właśnie na rzecz rodzin zastępczych.

Jak moje własne

Początek tej historii to maj roku 2017. Słoneczny dzień, pod dachem Katarzyny i Elżbiety zjawia się trójka dzieci: chłopcy w wieku 8 i 10 lat, a także ich 3-letnia, przyrodnia siostra. – Mieli w plecakach zabawki, żadnych ubrań. Dziewczynka nie potrafiła posługiwać się łyżeczką, wszystkie dzieci były zaniedbane – opowiadają Katarzyna i Elżbieta.

Odsłona druga, rok 2019: biologiczna matka traci prawa rodzicielskie do Piotra i Pawła. W tle jest przemoc, której dopuszczał się jej partner. I alkohol. Chłopcy trafiają na listę adopcyjną. Ale ich wiek sprawia, że na przysposobienie nie ma szans. W praktyce oznacza to, że czas do uzyskania pełnoletniości spędzą w pieczy zastępczej.

– Próbowałyśmy im dać stabilność – mówi Elżbieta – Najpierw żyli na walizkach, marząc o powrocie do mamy. Gdy to okazało się niemożliwe, myśleli o adopcji. A kiedy i to nie wypaliło, zostałyśmy my. Tu mają swój dom, ale też życie rodzinne. Babcię, dziadka, ciocię, wujka.

Przełom, opowiadają siostry, nastąpił w ostatnie wakacje. – Łatwiej go dostrzec na przykładzie starszego, Pawła – opowiadają. – Zmienił się, otworzył, uspokoił. „Rozpakował walizkę”, poczuł się u siebie.

14 września tego roku, rozprawa. Katarzyna: – Od początku widziałam sceptycyzm sędzi, w którymś momencie ze złości nawet się popłakałam. Widziałam, że dołączone opinie psychologa i wychowawców znających chłopaków nic nie dają. Ten mój nieszczęsny płacz chyba sędzię skrępował, nie wiedziała, jak zareagować. Powiedziała, że wyrok wyda za trzy dni.

17 września, ogłoszenie wyroku: chłopcy trafią do placówki. Elżbieta: – Nie mam biologicznych dzieci, ale poczułam się tak, jakby moje własne zabierano. Przecież panie urzędniczki też są matkami, nie wyobrażam sobie, dlaczego podjęły taką decyzję.

Mnie nie było w pracy

To pytanie zadajemy dyrektorce Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Nisku, Marcie Ciosmak. Mówi o problemach we współpracy na linii rodzina-instytucje (PCPR, szkoła jednego z chłopców). Sugeruje niekompetencję opiekunek w relacji z nastolatkami.

– Tyle że we wniosku, który wysłaliście do sądu, nie ma o tym mowy – zauważamy w rozmowie z Ciosmak. – Jest za to napisane, że chodzi o zrobienie miejsca dla młodszych dzieci.

– Nie o to nam chodziło. Chodziło o funkcjonowanie tej rodziny – odpowiada dyrektorka PCPR, odcinając się tym samym od stworzonego i podpisanego przez swoich urzędników dokumentu.

– Nie tak dawno chcieliście umieścić w tej rodzinie dwójkę małych dzieci. Skoro są według was takie problemy, dlaczego ryzykujecie posyłaniem tam kolejnych podopiecznych? – dopytujemy.

– Mnie w chwili składania tej propozycji nie było w pracy – odcina się znowu dyrektorka, a na pytanie, skąd pomysł, by Piotra i Pawła wysyłać właśnie do placówki, tłumaczy się brakiem miejsc w rodzinach.

Pod koniec 20-minutowej rozmowy urzędniczka oświadcza, że jest rozgłosem wokół sprawy zaskoczona, a telefonem od dziennikarzy zdenerwowana. Dlatego proponujemy sformułowanie wypowiedzi na piśmie. Ta jednak nie nadeszła.

Wysłaliśmy pytania do resortu rodziny i polityki społecznej. To oni odpowiadają za nadzór nad pieczą. Kategorycznie zaprzeczają, by zalecali powiatom przenoszenie dzieci z rodzin do domów dziecka. I zapewniają, że jeśli zajdzie potrzeba, resort będzie w sprawie z Niska interweniować.

Ale kazus z Podkarpacia to niejedyny podobny. 

– PCPR wystąpił o przeniesienie piątki naszych dzieci do domów dziecka – opowiada nam o przypadku z ostatnich tygodni kobieta, która pełni w województwie świętokrzyskim funkcję placówki opiekuńczej typu rodzinnego, czyli de facto komórki podobnej do rodziny zastępczej (kobieta nie chce podawać danych: boi się odwetu urzędników). – We wniosku skierowanym do sądu napisano, że potrzebne jest miejsce dla dzieci poniżej 10. roku życia... Gdy się o tym dowiedziałam, nogi się pode mną ugięły. Byłam pewna, że to pomyłka, że nikt nie mógł wpaść na taki głupi, nieludzki pomysł – mówi nam kobieta. Dzieci, które urzędnicy chcieli przenieść, są u niej od niemowlaka. Jedno z nich w tej rodzinie zastępczej żyje od 14 lat. Są wśród nich także dzieci niepełnosprawne.

Sprawa w świętokrzyskim potoczyła się jednak zupełnie inaczej niż ta w Nisku: sąd odrzucił wniosek PCPR-u w trakcie jednej rozprawy. Mimo to za historię zapłaciły dzieci: jedna z córek usłyszała fragment rozmowy dorosłych. – Przeżywała męki – opowiada kobieta. – Dusiła to w sobie, aż któregoś razu rozpłakała się i spytała, czy ją oddamy. Zapewnialiśmy, że nie, ale to był etap, na którym nie mieliśmy jeszcze pewności, jak zakończy się cała sprawa. Zresztą sam wniosek z PCPR zachwiał poczuciem bezpieczeństwa dzieci.

Nie mamy wyjścia 

W tle zdarzeń z Podkarpacia czy województwa świętokrzyskiego jest odbywający się – z różnym skutkiem w różnych częściach Polski – proces tzw. deinstytucjonalizacji. To odchodzenie od placówek do systemu opartego na rodzinach zastępczych. Kontekstem dla historii z Niska i podobnych jest też – nie wszędzie przestrzegany – zakaz umieszczania w placówkach dzieci poniżej 10. roku życia.

– Powiaty, które nie radzą sobie z pozyskiwaniem rodzin, zaczęły badać grunt, traktując dzieci jak samorządowe zasoby ruchome: „Zabierzemy z rodzin starsze dzieci, zrobimy miejsce dla młodszych, zobaczymy, co się będzie działo” – komentuje Anna Krawczak, badaczka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW, prywatnie była matka zastępcza, obecnie adopcyjna. –  W przypadku Niska zadziałała na szczęście reakcja środowiskowa. Powiat mówi: „Nie mamy wyjścia”, nasze organizacje odpowiadają: „Nie pozwolimy wam na to, będziemy krzyczeć”. Bo jeśli byśmy nie krzyknęli, to nie tylko stałaby się konkretnym dzieciom krzywda, ale też epizody przekształciłyby się w zjawisko, którego byśmy nie powstrzymali.

Dlaczego te epizody dzieją się teraz? Jedną z hipotez dzieli się sędzia rodzinna Anna Sitarska-Duda: chodzi o opóźniony efekt pandemicznego lockdownu, który sprzyjał kryzysom wewnątrz biologicznych rodzin, za to nie sprzyjał działaniom interwencyjnym. – W Warszawie mamy bardzo duży wzrost dzieci wymagających natychmiastowego zabezpieczenia w pieczy – relacjonuje Sitarska-Duda. – Nawet w placówkach brakuje miejsc dla rodzeństw, co grozi im koniecznością umieszczenia w różnych instytucjach, albo ryzykowne oczekiwanie na zwolnienie się odpowiedniej liczby miejsc w jednej. Na pieczę rodzinną liczne rodzeństwa nie mają szans. Przenoszenie z rodzin do placówek wyłącznie w celu „zwolnienia miejsca” uważam za rażące naruszenie dobra dziecka. W ogóle pogarszanie sytuacji jednego dziecka w pieczy dla tymczasowego załatwienia sprawy innego nie jest realizacją ustawy, ale oczywistym mijaniem się z jej celem. 

Apelacja

– Czym grozi przenoszenie dzieci z miejsca na miejsce? – pytamy Annę Krawczak. Ekspertka przytacza wyniki badań, w ramach których prześwietlono losy dużej grupy dzieci przebywających od niemowlęctwa w rodzinnej pieczy zastępczej. – Te, które nie pozostały w tym środowisku na dłużej, lecz przenoszono je przynajmniej dwa razy, np. do placówki albo do rodziny biologicznej i z powrotem, miały o 63 proc. większe ryzyko wystąpienia tzw. eksternalizacyjnych zaburzeń zachowania – referuje ekspertka. – Mówimy o dzieciach już straumatyzowanych, na które urzędnicy mają taki pomysł, by ich życie zdestabilizować jeszcze bardziej.

Elżbieta i Katarzyna czekają na uzasadnienie wyroku pierwszej instancji. Po jego otrzymaniu zamierzają wnosić apelację.

Publikacja ukazuje się równolegle na portalach TokFm.pl i TygodnikPowszechny.pl. Więcej w papierowym wydaniu „TP” – w kioskach od środy 29 września.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

No i proszę wszystkiemu winien "cowid". W sąsiedztwie mego miejsca zamieszkania do niedawna działały trzy rodzinne domy dziecka. Zakładali je moi rówieśnicy, a że w środowisku wiejskim raczej wszyscy się znamy, to i wiemy co nieco o sobie, wszak to nasi znajomi. Na początku działalności nawet szeptano, plotkowano, że to dla pieniędzy, ale szybko życie skorygowało te domysły. Dziś wszystkie te placówki zostały zamknięte, nie ma chętnych do dalszego prowadzenia takich placówek. Dlaczego? Ci co prowadzili te domy są dziś wykończeni psychicznie fizycznie i finansowo. By chronić przed bezdusznością systemu każda z rodzin adoptowała kilkoro dzieci, budynki gospodarcze adoptowali na mieszkania dla tych już dorosłych, dzieciom też poświęcili cały dorobek życia. Pięknie prawda. Najpiękniej wyszło na tym państwo ciągle skąpiąc i kombinując jak zepchnąć na te rodziny cały ciężar. Kiedyś nawet żona planowała w ten "biznes" uderzyć, ale skutecznie wyleczyły ją panie, które tego chleba skosztowały.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]