Było już po pełni księżyca, gdy wjechaliśmy do rybackiego portu w Bengazi - mieście, które jest dziś stolicą powstańczej Libii i z którego utrzymywana jest łączność z Misuratą.
Odnalezienie w ciemnościach właściwej przystani, skąd tego wieczoru miał wypłynąć nasz kuter - pierwszy od dziewięciu dni statek z pomocą dla oblężonego miasta - zajęło trochę czasu. Przy portowej bramie nawet mnie nie sprawdzano: nasz kierowca był "za Kaddafiego" policjantem (potem przyłączył się do powstania) i wszyscy go tu znali. Powstaniec na warcie zapytał tylko, czy jestem świadom, że to nie statek wycieczkowy, ale stary kuter rybacki, i że podróż zajmie ze 40 godzin. Po czym wsiadł do naszej starej mazdy, żeby pokazać drogę na właściwe nabrzeże. Był ubawiony, bo Toni Braxton prosiła na cały regulator, żeby nie łamać jej serca; chłopak wtórował czarnoskórej piosenkarce, powtarzając słowa.
Nabrzeże
Na nabrzeżu krzątała się już spora gromada ludzi. Była 21.40, ciemność rozpraszało jedynie kilka żarówek na statku. Mężczyźni wnosili na pokład skrzynie z amunicją, wyrzutnie pocisków domowej roboty (bo zdemontowane z helikopterów), a także trzy działka przeciwlotnicze kalibru 14,5 mm. Pokład był już zawalony workami z żywnością: ziemniakami, cebulą, fasolą, pomidorami i ogórkami; dojrzałem nawet opakowania pampersów. Także pomieszczenia pod pokładem wypełniały żywność i amunicja, pozyskana z arsenałów "szalonego Muammara" (jak Kaddafiego nazywają powstańcy).
Wreszcie załadunek zakończono - i zrobiło się nerwowo: najwyraźniej miejsc na statku było mniej niż chętnych. - Niech cię Allah prowadzi i ma w swej opiece! Uważaj na siebie! - żegnał mnie 18-letni Mustafa, pół-Libijczyk, a pół-Polak, bo urodzony z matki Polki.
Od razu trafiłem przed oblicze kapitana; ten spojrzał na moją przepustkę, po czym rzucił po rosyjsku: - Towariszcz, rozrjeszenie jest, otliczno! Trzymaj się mnie, nie wychodź już na brzeg, bagaż schowaj w mojej kajucie.
Jak się potem okazało, stary marynarz ukończył jeszcze w 1988 r., za czasów ZSRR, Szkołę Marynarki Wojennej w Rydze; przed powstaniem był oficerem marynarki i dowodził kutrem rakietowym. Gdy wybuchły walki, stanął po stronie powstańców.
Tymczasem na nabrzeżu trwały spory, słychać było podniesione głosy. Kapitan postanowił, że przeciążony już kuter zabierze tylko 25 ludzi - pierwszeństwo mieli powstańcy wywodzący się z Misuraty; niektórzy wracający do domu, czyli na front, po podleczeniu ran.
Wreszcie o północy odbiliśmy. Z ciemności żegnał nas chór głosów: "Niech Bóg prowadzi!".
Niebo było rozgwieżdżone, zapowiadała się dobra pogoda. Przez wody Zatoki Wielka Syrta wiał lodowaty wiatr. Współtowarzysze rozłożyli materace, owinęli się kocami i ułożyli do snu. Ci, dla których nie starczyło miejsca na deskach pokładu, musieli zadowolić się legowiskiem na workach z ziemniakami albo skrzynkach z amunicją.
Położyłem się w małej kajucie kapitana. Szybko zaczęło bujać; poczułem, że robi mi się niedobrze. Ale gdy zawstydzony wybiegłem na pokład, inni wisieli już z głowami za burtą...
Przez Wielką Syrtę
Rano morze się uspokoiło, zaświeciło słońce. Kapitan zaprosił na śniadanie. Przyniosłem swoje zapasy fety, tuńczyka i migdałów; on postawił wiadro daktyli i torbę bułek. Jedliśmy na skrzyniach z pociskami do przeciwlotniczej "zenitki". Muftar przyniósł słodką herbatę.
Najstarszy na pokładzie Muftar był dobrze po pięćdziesiątce. Choć cały czas się wygłupiał, inni odnosili się do niego z szacunkiem. Ktoś szepnął potem, że Muftar wrócił niedawno z Trypolisu, że zbierał tam informacje dla powstańczych władz. I że do stolicy Kaddafiego przedostał się z Tunisu, na fałszywych papierach ("kaddafiści" aresztują wszystkich, którzy mają w dokumentach Bengazi jako miejsce zamieszkania). Muftar miał wykonać swoje zadanie, po czym wrócić do Bengazi - drogą dość okrężną, bo przez Tunis i Kair...
- Mamy za duży ładunek, trudno nawigować - kapitan przerwał rozmyślania. - Na dziobie jest tyle ładunku, że ster nie pracuje prawidłowo, płyniemy jak wąż. Podróż zajmie co najmniej 50 godzin, towariszcz - uprzedził.
Po śniadaniu zostałem dosłownie "porwany" przez mudżahedinów (używam tego określenia, bo sami tak się nazywają - choć nie mają nic wspólnego np. z afgańskimi talibami, którzy określają się takim samym mianem). Chłopcy pytali o rolę Bolandy [po arabsku Polska - red.] w libijskiej operacji NATO. A także o to, jak świat patrzy na ich powstanie. W pytaniach wyczułem, że boją się, czy ten daleki świat ich zrozumie, czy nie będzie widzieć w nich brodatych muzułmańskich fanatyków... Ale że rola Bolandy w działaniach NATO jest właściwie żadna, wolałem sam zadawać pytania. W tym to niby oczywiste, choć jakby niezręczne: po co tam płyną?
Odpowiedzi były proste: żeby walczyć o swoje miasto, dla Kaddafiego będące jak cierń, wbity w tę część Libii, która pozostaje pod jego kontrolą. Albo żeby pomścić poległych kolegów, a niektórzy członków swych rodzin, pomordowanych przez ludzi Kaddafiego. Takie śmiertelnie poważne odpowiedzi kontrastowały z ich śmiechem, jakby chcieli nim rozbić napięcie. Śmiali się więc, że największym problemem Misuraty zawsze byli misuratczycy: niepokorni, a przy tym bogatsi niż średnia libijska. Misuratczycy, którzy "choć mieli wszystko, co potrzebne klasie średniej do szczęścia, postanowili walczyć o zwyczajną wolność" - jak powiedział Tarik.
Ten 38-latek rodem z Misuraty pracował kiedyś w firmie handlującej stalą. Zaraz na początku powstania pocisk rozerwał mu lewą dłoń i Tarik został ewakuowany. Leczył się, jak twierdził, w Grecji, gdzie opiekę nad libijskimi rannymi mieli zorganizować i opłacić Katarczycy. Brzmiało to aż nieprawdopodobnie... Choć wiadomo, że rząd Kataru wspiera powstanie, także finansowo.
W każdym razie teraz Tarik wracał - do rodziny, do swoich. Na wojnę.
Powstańcy
Mijały godziny, a wraz z nimi kolejne rozmowy. Odniosłem wrażenie, jakby na tym kutrze znalazł się cały przekrój społeczny Misuraty - miasta podobno kiedyś najbogatszego w Libii. Wśród tych, którzy teraz zostali żołnierzami, byli więc dawni studenci ekonomii. Był człowiek, który robił interesy w Turcji, tam zastała go wojna. Był dawny urzędnik, nauczyciel, inżynier. I był też Ahmed, który na tę wojnę wracał z daleka - z Irlandii, dokąd wywędrował przed laty jako emigrant, za chlebem.
- Nie, nie jestem robotnikiem - rzucił Ali, gdy przerzucaliśmy worki z ziemniakami, by zrobić miejsce na działko, na wszelki wypadek (kilka dni wcześniej Trypolis ogłosił, że okręty Kaddafiego zatopiły dwa kutry płynące z pomocą do Misuraty). - Jestem lekarzem, mam opiekować się rannymi. Zresztą teraz nie ma znaczenia, kto kim był przed wojną. Teraz jesteśmy równi, razem walczymy i, może, zginiemy.
Czas się dłużył. Chłopcy czyścili kałasznikowy i pistolety. Jusup wkładał cytrynę w ręczny granatnik RPG, demonstrując, jak na froncie pod Żdabią zniszczył pick-upa, podobno z najemnikami z Czadu. Jego kolega Usama, kiedyś rybak, chwalił się własnoręcznie wykonanymi ładunkami wybuchowymi z czeskiego TNT. Podobnych, choć mniejszych, używał przed wojną do połowów (czyli do głuszenia ławic tuńczyka). Teraz "produkował" trzy warianty bomb: z zapalnikiem minutowym, półminutowym i piętnastosekundowym. Radosny Usama opowiadał, że tego ostatniego nikt, poza nim, nie miał odwagi wziąć na froncie do rąk.
Był piątek; przed obiadem przyszła pora na modlitwę. Każdy poszukał wolnego skrawka pokładu, także ci, których męczyła choroba morska. Chwiejąc się na kołysanym falami statku, oddawali cześć Najwyższemu. A potem Muftar, odpowiedzialny za kuchnię, krzyknął, żeby zgłaszać się "po michę" makaronu z baraniną w sosie pomidorowym. Popijano sokiem i herbatą. Po posiłku większość zawinęła się w koce, próbując zasnąć.
Dwa razy, około osiemnastej i dwudziestej, zrywaliśmy się na nogi. Z lewej burty, może kilkaset metrów od nas, przepłynęły dwa okręty wojenne, najwyraźniej NATO-wskie. Było już szaro, nawet przez lornetkę nie mogłem dostrzec bander. Chłopcy zaczęli wołać, żebym przez radiostację nawiązał łączność z polskim "Xawerym Czernickim" i podziękował za wsparcie. Nie chciałem tłumaczyć, że polska fregata formalnie nie bierze udziału w libijskiej misji... Zaciągnęli mnie już do kapitana, ale na szczęście marynarz tylko uśmiechnął się pobłażliwie: - Andriej, u mienia jest maja rabota, u tiebia twaja. Zajmij się robieniem zdjęć i pisaniem artykułów.
O dwudziestej drugiej na horyzoncie ukazały się pierwsze światła oblężonego miasta. Były daleko - to znikały, to pojawiały się znowu. Kapitan miał rację: podróż zajęła 50 godzin.
Misurata
Do portu wpłynęliśmy o północy z wyłączonymi światłami. W zupełnym milczeniu. Tarik próbował ukryć łzy.
Gdy dobiliśmy do przystani, podjechały powstańcze pickupy. - Jest środek nocy - powiedział Tarik - przenocujesz w moim domu, tak będzie bezpieczniej.
Kierowca pick-upa wysadził nas w dzielnicy wyglądającej na zamożną, kilka kilometrów od centrum. W ciemnościach dotarliśmy do rodzinnego domu Tarika. Bardziej przypominający twierdzę niż dom mieszkalny, dziś musiał pomieścić 40 członków jego rodziny.
Obudziliśmy starego ojca, a także męża siostry Tarika. Przywitali się serdecznie, ale bez okazywania emocji. Tarik nie miał od nich wieści, odkąd go ewakuowano. Teraz na powitanie czekała go wiadomość tragiczna: jego siostra, która mieszkała w centrum, najbardziej bombardowanym, akurat karmiła piersią jedną z trzech córeczek, gdy w dom uderzył pocisk z wyrzutni "Grad" (to wyrzutnia rakiet sowieckiej jeszcze produkcji, ma zasięg ponad 20 km; strzela salwami i do terroryzowania mieszkańców nadaje się idealnie). Dwie dziewczynki zginęły na miejscu; matka i trzecia córka przeżyły, ale 5-letniej Malace urwało nogę.
Wyszliśmy przed dom, na papierosa. - Jak będziecie żyć po wojnie, razem z nimi, z "kaddafistami"? - zapytałem, pragnąc przerwać ciszę. - Nie będziemy. Trzeba ich wszystkich wybić do nogi, dopiero wtedy będziemy wolni - odpowiedział. - Może zginę, wtedy na moje miejsce przyjdzie mój brat. A jak on zginie, przyjdą kolejni.
Była trzecia w nocy, gdy kładliśmy się spać. Ale ledwie zmorzył nas sen, w oddali, chyba na przedmieściach, zagrzmiało. Liczyliśmy wybuchy; naliczyliśmy dwa tuziny. - Śpij dalej - uspokoił Tarik. - To rakiety z "Grada". Tutaj nie dolecą, jesteśmy już poza zasięgiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














