Dopust boży, odpust niezupełny

Mój idol wśród zarażonych najpierw krył się po piwnicach, a następnie okopał się na terenie ogródków działkowych i długo odpierał ataki milicjanta, po prostu plując na niego.

29.06.2020

Czyta się kilka minut

Epidemia koronawirusa: szakale w pustym Tel Awiwie. Izrael, 9 kwietnia 2020 r. / ODED BALILTY / AP / EAST NEWS / ODED BALILTY / AP / EAST NEWS
Epidemia koronawirusa: szakale w pustym Tel Awiwie. Izrael, 9 kwietnia 2020 r. / ODED BALILTY / AP / EAST NEWS / ODED BALILTY / AP / EAST NEWS

Na samo południe 25 marca 2020 r. arcybiskup przewodniczący episkopatowi zaordynował bicie dzwonów w całej Polsce jako element modlitwy o ustanie zarazy. Jeszcze o dziesiątej Radio Zet gorączkowo sprawdzało, „o co dokładnie chodzi w akcji i jak wziąć w niej udział”. Dziennikarze rychło odkryli, że „akcję zapoczątkował papież Franciszek” i że „polskie kościoły będą brały udział w akcji (...) także przez symboliczny gest bicia dzwonów”, w końcu nie podali jednak, jak wziąć w niej udział, toteż moje uczestnictwo w akcji polegało na prostym wystawieniu na balkon rejestratora dźwięku.

Mimowolnie zarejestrowałem przy tym, że chyba żaden z wieśniaków wypasających psy na miejskich łąkach nie wziął udziału w akcji, nie zadzierano głów, nie pojawił się charakterystyczny szmer modlitw, każdy na swoim jedynie skupiał się pupilu, dzwony jak gdyby na nikim nie robiły wrażenia.

Kiedyś było inaczej. Ale też było to pierwsze od bardzo dawna w tej okolicy bicie dzwonów przeciw epidemii, toteż ludność mogła nie wiedzieć, jak się zachować.

Czysta Europa

W 1348 r. w Europie podniosła się fala zarazy, której zawdzięczamy m.in. „Dekameron” Boccaccia, „sprowadzona wpływem ciał niebieskich albo też słusznie przez Boga zesłana dla ukarania grzechów naszych”. Tak naprawdę spowodowały ją nie ciała niebieskie i nie boskie wyroki, ale, jak pisał de Machaut i wielu innych, przeklęte, wiarołomne żydostwo. W końcu paneuropejskie zatruwanie studni i rzek przez żydostwo wyszło na jaw „i w wielu miejscowościach zabijano i palono Żydów, innych wieszano”, jak pisał zadowolony Długosz w „Rocznikach”.

Nowoczesna nauka potwierdziła starodawne diagnozy. Wybitna internautka Krystyna Trzcińska Gładkowska na łonie serwisu neon24.pl stanowiącego „forum Polaków” poddała dokładnym oględzinom rysunek Roberta Sawy powstały w 2014 r. i przedstawiający wyobrażone przybycie Żydów do Lublina. Wysnuła z oględzin wnioski następujące: „Na obrazie widzimy, że żydzi do Lublina przybyli z pustymi rękoma, a tylko jeden z mężczyzn ściskał pod pachą lekką sakiew. Widząc treść obrazu, niech każdy z Nas w swoim sercu szczerze odpowie: jaka mogła być zawartość sakwy pod pachą jednego mężczyzny, która nielegalnym żydowskim nachodźcom na terytorium SŁOWIAN gwarantowała dach nad głową? Czyżby jedynym bagażem żydów były saszetki z trucizną?”.

Dla prymasa Polaka poglądy wrocławskiego księdza, który kazał, iż dzisiejsza epidemia to kara za homoseksualizm i aborcję, zaś Chińczycy to brudasy jedzący nietoperze i martwe płody, są „dziwną teologią”. Wypada się z tym zgodzić, ale i wypada przypomnieć, że przez kilkaset lat „dziwna teologia” była powszechnie wyznawana, choć sam papież Klemens VI i kilku jego następców uznawało za „dziwne”, że oskarża się Żydów o sianie zarazy, która zbiera wśród nich żniwo takie samo, jak wśród chrześcijan.

Tymczasem oskarżenie to było pochodną ogólnikowego przekonania, że powietrze jest zatruwane przez „coś nieczystego”. Dlatego w obliczu moru z miast usuwano wszelkie nieczystości i inne źródła smrodu, udrażniano rynsztoki, zakazywano działalności babrającym się w cuchnących skórach zwierząt garbarzom, a jednocześnie pozbywano się „nieczystych” ludzi, przy czym „brud” duszy traktowano na równi z brudem ciała. Dlatego wypędzano żebraków, ladacznice, wszelkich „jawnogrzeszników” i ludzi „innych”, wśród których najłatwiej było dopaść innowierców. Ponieważ zaś Żydzi nie tylko wydzielali nieprzyjemny foetor judaicus, ale też dopuszczali się zbrodni trucicielstwa nieporównywalnej z niewinnym jedzeniem nietoperzy, zamiast ich wypędzać, po prostu ich mordowano.

Razem z wieściami o nadchodzącej zarazie szły wieści o wymuszonych torturami zeznaniach Żydów z Toledo, którzy „przyznali się” do rozsyłania przez posłańców po całej Europie skórzanych woreczków z trucizną, celowo wąskich, aby łatwo dawało się je ukryć. Słysząc o tych woreczkach niech każdy z Nas w swoim sercu szczerze odpowie: czy nie jest jednym z nich „lekka sakiew” wypatrzona przez wybitną internautkę z portalu neon24.pl na obrazie z 2014 r.? Czy wciąż zamierzamy się dziwić, że 14 lutego 1349 r. w spodziewającym się epidemii Strasburgu 900 Żydów spalono żywcem „prewencyjnie”, a fala pogromów przeszła u boku Czarnej Śmierci przez całą Europę?

Do lasu, na działkę

Minęły stulecia, elementy pararzeczywistości zagnieździły się w rzeczywistości, modlitwy awansowały do roli akcji, studnie wyginęły wskutek inwazji wodociągów, dżumę, cholerę, „gorączki” i „kurcze” zastąpił SARS-CoV-2… Krótko mówiąc, świat trochę się zmienił, a trochę pozostał taki, jaki był. Morowe powietrze znowu jest albo biczem bożym, albo czymś przywleczonym przez „nachodźców”.

Ponieważ nie ma na nie rady, dla uspokojenia narodu podsuwa mu się placebo: kiedyś puszczanie krwi, obcinanie głów zmarłym, gąbki maczane w occie i jezuickie pigułki, dziś maseczki, umywanie rąk i posługiwanie się łokciami w kontaktach z bliźnimi.

Znów stawia się krzyżyk na mieszkaniach ludzi dotkniętych zarazą (chciał je znakować np. starosta Wysokiego Mazowieckiego) i znów się je „zabija”, choć z powodu diakrytycznego stanu polszczyzny gwóźdź i wrzeciądz nie nadają się nawet na nazwy „apek” dla podlegających aresztowi domowemu. Znów przychodzi czarna godzina na wszelkie hultajstwo. Gdy kto przybywa z daleka, nie „wietrzy” się go już w pewnej odległości od miasta, ale poddaje kwarantannie domowej. Zakaz wychodzenia z domu najmocniej dotyka bezdomnych, a także kobiety publiczne i inne ladaco. Jak zawsze pod swój koniec, świat się odwraca do góry brzuchem. Zawarte są złote wrota wielkich świątyń handlu, poczynają za to prosperować drobne sklepiki. Ludzie uciekają z miast do lasów. Z lasów do miast przychodzą zwierzęta.

Dawniej zwierzęta w okresach zarazy przychodziły do miast zwabione wonią ludzkiej padliny. Dziś ośmielają je raczej puste ulice i pełne śmietniki. Lud w swej mądrości od niepamiętnych czasów uchodził do lasów, bo szybko zauważył, że zaraza nie ima się tych, którzy stronią od innych. Wiele jest wartych cytatu relacji o zamieszkiwaniu w leśnych szałasach i jamach, o tym, jak leśnych ludzi nie miał kto grzebać i jak zachęcano do tego, przyzwalając na przejęcie całego dobytku tego, kogo się pochowa, czyli najczęściej zakażonych łachmanów i jakiegoś dzbanka.

Przytoczę fragment z „Pamiętników do panowania Zygmunta III, Władysława IV i Jana Kazimierza” Kazimierza W. Wójcickiego, bo się w nim opowiada, jak sam król podał tyły: „wszyscy się rozbiegli z Warszawy dla powietrza gure bioroncego, Sadowniczy Królewski umar z powietrza, zaczym y Krul z Warszawy do Łowicza umknoł, gdyż tam ieszcze nie było zarazy powietrzney, zabiegali też, aby nie nanieśli z Warszawy powietrza, y należytą ostrożność mieli, prezerwatywy od powietrza sporzondziwszy”. Nasz król nie był gorszy od innych. „Od kilku dni postrzegam, jak całe bez mała miasto wyjeżdża; wszędzie wozy i kolasy pełne ludzi uciekających na wieś przed zarazą. (...) Królowa Matka wyrusza do Francji i nie wróci przed zimą” – napisał o Londynie 1665 r. Samuel Pepys.

 

Najczęściej było właśnie tak: i motłoch, i elity, i władze czmychały z miast, ustanowiwszy tymczasowe władze „powietrzne”, które stanowiła garstka profesjonałów-desperatów: lekarzy, aptekarzy i grabarzy. Gdyby na siłę szukać analogii w sytuacji obecnej, należałoby spojrzeć na Szwecję, gdzie nawet rząd w zakresie walki z epidemią wykonuje polecenia „powietrznych” specjalistów z Urzędu Zdrowia Społecznego. Natomiast nasza władza dzisiejsza w swej pysze i nierozumie zamknęła narodowi drzwi do lasu przed nosem, używając jako prezerwatyw biało-czerwonych tasiemek i kłamliwie podając, że lud już się w tych lasach na potęgę gromadził.

Zdarzało się i dawniej, że władza wzbraniała ucieczki do lasów, ale nigdy nie była to dobra decyzja, ani w Wilnie w 1657 r. (Kraszewski: „Ten pomór tem stał się miastu szkodliwym, iż Rząd nowy, nie dozwolił na razie, rozbiedz się mieszczanom”), ani w 1708 r. w Oleśnie, gdzie ocaleli tylko ci, którzy uciekli z miasta przed jego zamknięciem, ani w Moskwie w 1771 r., kiedy przesadne restrykcje spowodowały „czumnoj bunt”, ani podczas rozsiewu ospy w roku 1963, kiedy zamkniętym miastem stał się Wrocław.

W tym ostatnim mieście zatrzymam się na chwilę, bo lektura ksiąg o zdarzeniach tam mających miejsce naprowadziła mnie na trop wielu jeśli nie godnych upamiętnienia postaw, to przynajmniej przypadków wartych zapamiętania. Wśród nich szczególną moc oddziaływania na wyobraźnię mają indywidualne zrywy wolnościowe na bazie alkoholu. Właśnie we Wrocławiu objawił się mój idol wśród zarażonych: opisany przez Zbigniewa Horę we wspomnieniach „Variola Vera” uciekinier z izolatorium, który najpierw krył się po piwnicach, a następnie okopał się na terenie ogródków działkowych i długo odpierał ataki milicjanta, po prostu plując na niego. Ujęto go dopiero po trzech dniach wolności!

A w „Epidemii czarnej ospy we Wrocławiu...” Grażyny Trzaskowskiej trafiłem na notatkę służbową pracownika stacji sanitarno-epidemiologicznej, w której także została opisana próba zastosowania broni biologicznej w postaci plucia: „W dniu 26 VII 1963 r. udałem się wraz z instruktorem higieny XY do mieszkania Obywatelki ZZ w celu zabrania w/w do izolatorium z uwagi na kontakt I rzędu z ospą naturalną. (...) Po szarpaninie w mieszkaniu, w czasie której zostałem mocno pogryziony i podrapany przez w/w Obywatelkę, udało nam się wspólnie z MO wsadzić wymienioną do samochodu. W czasie jazdy Ob. ZZ próbowała wyskoczyć z samochodu, trzymając się kurczowo drzwi samochodu, które zasłoniłem własną osobą, przez co naraziłem się na wysłuchanie wulgarnych, niecenzuralnych słów, na obrywanie guzików fartucha ochronnego a nawet na dłuższe oplucie twarzy plwociną. (...) Jednakże w czasie postoju samochodu uciekła, po czym upiła się niemal do utraty przytomności i w takim stanie została odwieziona do izolatorium w tym dniu po południu”. Przykłady opluwania policjantów współcześnie w dowolnej ilości wytrząśnie z rękawa na życzenie zainteresowanych rzecznik Ciarka.

Natomiast na idola wśród grabarzy upatrzyłem sobie kopidoła będącego ofiarą zabójstwa w świetle prawa popełnionego przez sąd wójtowski w Lublinie w 1711 r. Nazywał się Marcin Morawski i był jednym z trzech grabarzy oskarżonych o sporządzanie maści z mózgów i kiszek ofiar dżumy oraz smarowanie tą maścią klamek w celu napędzenia sobie klienteli. Na torturach Morawski przyznał się do wszystkiego i zdradził, dlaczego trupia maść nie zarażała jego: „Mnie dlatego nic nie szkodzi, że czarta mam przy sobie, bo baba mi to uczyniła, żebym miał przy sobie na lat siedem”. Wobec takich zeznań sąd nie mógł wymierzyć kary innej, jak tylko kara śmierci poprzez obcięcie najpierw rąk, a potem dopiero głowy, a następnie wystawienie u rozstaju dróg tejże głowy i rąk nabitych na pal.

Święci od epidemii

Od wiosny 1679 r. aż do końca roku 1680 szalała dżuma na Śląsku. Szczególnie sobie upodobała Opole i przytuloną do niego wieś Groszowice, która „opustoszała od morowej zarazy, po czem został osobny cmentarz »podborny« z kaplicą”, jak podaje dziewiętnastowieczny „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego”.

Kiedy pomimo zakazu przemieszczania się przemieszczam się dziesięciokilometrową trasą na rowerze, ścieżką wzdłuż Odry, czuję się nieswojo. Na pewno trasa ta łapie się pod bulwar w rozumieniu premiera i ministra zdrowia. A człowiek jest tak ulepiony, że łatwo popada w paranoję. No bo widząc mnie, jak tak jadę rowerem przez peryferie zadżumionego miasta, niemalże skradam się, niech każdy z Was szczerze w swoim sercu odpowie: co może zawierać sakiew rowerowa z Decathlonu przytroczona do mego bagażnika? Czy może to nie być maść z mózgów i kiszek?

Jeszcze bardziej mi nieswojo, kiedy sobie przypomnę, że zarazę przywlókł wtedy do Opola, jakżeby inaczej, obcy. Było to na wiosnę, jak teraz. Przybysz pozarażał kogo mógł w miejscowej karczmie, po czym skonał. Pomór poszedł taki, że mieszkańcy sąsiednich miejscowości zburzyli pół mostu, żeby się zabezpieczyć od Opola. Kiedy po dwóch latach ustąpił, feralną karczmę zburzono, a na jej miejscu postawiono kaplicę.

Wdzięczność opolan za zabranie morowego powietrza była ogromna, toteż i kaplica dziękczynna wyszła im dość spora. Jej budowę ukończono prawdopodobnie dopiero w 1711 r., tak się wnosi z daty umieszczonej na odlanym wtedy i umieszczonym na wieżyczce dzwonie. Poświęcono świątynkę wszystkim świętym od epidemii, a więc Sebastianowi, Rochowi, Rozalii, Karolowi Boromeuszowi i Franciszkowi Ksaweremu. Dziś jest to po prostu kościół Sebastiana przytłoczony przez napierające nań z boku kamienice. Lubię go nie tylko ze względu na dzwon, ale też dlatego, że w czasach pruskich i niemieckich kazano w nim po polsku, a w czasach polskich, czyli obecnie, odprawia się nabożeństwa w języku niemieckim.

W Groszowicach nie ma już ani boru, ani „podbornego” cmentarza ofiar siedemnastowiecznej epidemii. Jest za to uliczka Podborna prowadząca donikąd, bo dalej już tylko Odra, i domy zbudowane także na terenie dawnego cmentarza. Przy jednym z nich stoi kapliczka św. Rocha, postawiona pod koniec XIX w., podobno na miejscu kapliczki poprzedniej, jeszcze z czasów zarazy pochodzącej.

Stoi sobie po prostu w przydomowym ogródku, na prywatnej działce, której właścicielka życzliwie się odnosi do nieznanego nachodźcy, pozwala oglądać i fotografować. Św. Roch za przeszkleniem dziarsko maszeruje z kosturem w dłoni, jest jeszcze młody i nie ma na razie psa. Dopiero w przyszłości zarazi się dżumą, pomagając chorym, i będzie musiał uciekać do lasu, gdzie uratuje go zdziczałe psisko, przynosząc mu jedzenie. Złapią go i umrze w więzieniu, ale przedtem zdoła, podrabiając pismo anioła, wyryć paznokciem na ścianie celi nieskromną inskrypcję, iż tu oto leży santo subito, święty od zaraz Roch od zaraz. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Poeta, prozaik, dziennikarz radiowy, tłumacz i felietonista „Tygodnika Powszechnego”. Laureat licznych nagród literackich, pięciokrotnie nominowany do Nagrody Literackiej „Nike”. W 2015 r. otrzymał Wrocławską Nagrodę Poetycką „Silesius” za… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2020