Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dlaczego złe rzeczy dzieją się bramkarzom

Dlaczego złe rzeczy dzieją się bramkarzom

27.05.2018
Czyta się kilka minut
Cyniczny faul, po którym najlepszy piłkarz Liverpoolu musiał zejść z boiska. Najpiękniejszy gol w dziejach Ligi Mistrzów, strzelony przez rezerwowego gracza Realu. Dwa straszliwe błędy bramkarza, którego nie powinniśmy obwiniać. Całkiem sporo, jak na jeden mecz.
Bramkarz Liverpoolu Loris Karius po porażce z Realem w finale Ligi Mistrzów, Kijów, 26 maja 2018 r. / Fot. Pixathlon / Reporter / East News
Bramkarz Liverpoolu Loris Karius po porażce z Realem w finale Ligi Mistrzów, Kijów, 26 maja 2018 r. / Fot. Pixathlon / Reporter / East News
N

Najpierw miał to być tekst o antyfutbolu. O cynizmie, wyrachowaniu i sprycie, z jakim niektórzy zawodnicy potrafią poruszać się nieustannie na granicy przepisów, a jeśli tylko nadarzy się okazja, podczas której nie sposób rozstrzygnąć, czy robią coś z premedytacją, czy zupełnym przypadkiem, wykorzystują ją na korzyść własnej drużyny. Tak, nauczony wieloletnim oglądaniem tego piłkarza nie mam wątpliwości, że Sergio Ramos uwięził rękę Mohammeda Salaha nieprzypadkowo. Nie wiedział oczywiście, że wybije mu w ten sposób bark, ale wiedział, że doprowadzi do przerwania groźnej akcji. Wszystko, co najlepsze w grze Liverpoolu, obejrzeliśmy przed kontuzją Egipcjanina. Egipcjanin był w sercu wszystkiego, co najlepsze w grze Liverpoolu. Przez pierwszych kilkanaście minut on i jego koledzy z łatwością odbierali piłkę na połowie przeciwnika i rozpoczynali kolejne akcje, a Salah ruszał do przodu jeszcze zanim jeden z grających za jego plecami zawodników zdążył przerwać atak Realu. W sumie to trudno się dziwić, że piłkarze z Madrytu chcieli wyłączyć go z gry. W przerwie zobaczyliśmy statystykę kontaktów z piłką graczy obu drużyn przed i w okolicy obu pól karnych – do czasu kontuzji Salaha było to 56 do 21 na korzyść Liverpoolu, po jego zejściu, uwaga, 65 do 1 na korzyść Realu. Modrić i Kroos do końca meczu kontrolowali już wydarzenia na boisku, a Liverpool musiał się cofnąć, bo za plecy jego obrońców zagrywano coraz groźniejsze piłki.

Potem miał to więc być tekst o tym, jak to spotykają się dwie drużyny, z których jedna miała szansę na wygranie Ligi Mistrzów trzeci raz z rzędu (czwarty w ciągu pięciu lat), i która ubiegłoroczny finał rozpoczynała w tym samym składzie, co tegoroczny – której zawodnicy i trener mają wygrywanie w DNA i którzy, prawdę powiedziawszy, nawet niespecjalnie cieszyli się po ostatnim gwizdku: przyjechali po swoje, dostali swoje i kiedy to piszę, są już pewnie w drodze na lotnisko. Druga zaś była najmłodsza w historii finałów tych rozgrywek, a jej trener, Jurgen Klopp, przegrał już pięć najróżniejszych finałów; Cristiano Ronaldo tylko w Lidze Mistrzów zdołał w życiu zwyciężać pięciokrotnie. Tak naprawdę wiedzieliśmy to wszyscy: zwycięzca może być tylko jeden. Wiedzieli to także zawodnicy Liverpoolu po kontuzji Salaha.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Być jak Mohammed Salah


Nie chciałem pisać o bramkarzu. Kiedy pierwszy błąd Kariusa dał Realowi prowadzenie, Liverpool zdołał szybko wyrównać, później zaś Niemiec raz czy drugi zachował się naprawdę dobrze. Przez cały sezon kibice The Reds na równi z dziennikarzami regularnie krytykowali Dejana Lovrena, a dziś Chorwat asystował przy golu Mane; „Karius też może się jeszcze zrehabilitować”, myślałem sobie, wspominając także niepewne zachowanie Jerzego Dudka podczas pamiętnego finału Liverpool-Milan w Stambule i burę, jaką sprawił mu wówczas Jamie Carragher; parę minut później, kiedy Polak bronił strzał Szewczenki i tańczył podczas serii rzutów karnych, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo w Lidze Mistrzów, nikt już nie pamiętał, że miał w tym spotkaniu także gorsze chwile.

Myślałem sobie raczej, że skupię się na przewrotce Garetha Bale’a. Że to właściwie niezwykłe: Walijczyk przez większość sezonu był rezerwowym, wszystkie reflektory tradycyjnie skupiały się na Ronaldo, a teraz zawodnik, który wypchnął Bale’a ze składu nie wykorzystał dwóch świetnych sytuacji (Isco trafił w poprzeczkę, a potem został powstrzymany przez Kariusa), on zaś wszedł na boisko i dwie minuty później strzelił najpiękniejszego gola w dziejach Ligi Mistrzów. Jakiż tam był minimalny ruch do tyłu, pozwalający znaleźć się w idealnej pozycji, jakież wybicie w powietrze, jakież uderzenie, jaki tor lotu piłki… Nadzwyczajne to było, i można też z tego wyciągnąć wniosek natury ogólnej: o tym, że nie warto przesadnie skupiać się na przeszłości albo zbyt wiele myśleć o przyszłości, tylko trzeba żyć chwilą obecną. Ten gol, z tu i teraz, jest naprawdę najpiękniejszy i żeby to powiedzieć, wcale nie trzeba czekać kilkunastu lat, podczas których zaczną nad nim cmokać uznani historycy futbolu. Że kiedyś było lepiej? Upieram się, że żyjemy w najlepszych czasach w historii futbolu.

Nie chciałem więc pisać o bramkarzu, ale będę musiał, bo nawet jeśli po kontuzji Salaha Liverpool i tak przegrałby ten mecz, nawet jeśli rutynowany Real zdołałby przypieczętować wygraną na inny sposób, to i tak dwa błędy Lorisa Kariusa były tak straszliwe, że w dziejach mediów społecznościowych, gifów, memów i wszystkich tych szatańskich wynalazków, przy pomocy których tak łatwo uczynić z bliźniego swego niedołęgę i ofermę (w wersji najłagodniejszej), można z wielką dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że nie zostaną zapomniane nigdy. To był najważniejszy mecz roku w klubowej piłce, oglądał go pewnie z ponad miliard widzów, z czego miliony po błędach Kariusa rechotały, a miliony chciały z wściekłością wyrzucić telewizor przez okno. Kiedy po meczu leżał załamany we własnym polu karnym, a nikt z kolegów nie chciał do niego podejść, miałem kompletnie ściśnięte gardło, podobnie jak później, gdy z płaczem ruszył w stronę trybun zajmowanych przez kibiców Liverpoolu, by przeprosić za to, że ich zawiódł. Ilu z Was, patrząc na te obrazy przypomniało sobie tragiczną historię Roberta Enke?


Czytaj także: Michał Okoński: Bramkarz, lacrimosa


Jonathan Wilson w książce „Bramkarz, czyli outsider” opisuje, jak to w sezonie 1990/91 bramkarz Crvenej Zvezdy Belgrad Stevan Stojanović wypuścił piłkę po rzucie wolnym Klausa Augenthalera w meczu półfinałowym o Puchar Europy z Bayernem. Futbolówka prześlizgnęła się wówczas między nogami Serba i wpadła do bramki. Stojanović był dobrze ustawiony, Niemiec strzelał prosto w niego. Gdy zobaczył piłkę, zdążył pomyśleć: „Wspaniale”, pewien, że popisze się świetną interwencją. „Myślałem, że już ją mam, i być może to kosztowało mnie milisekundę utraty koncentracji”. Tyle że mimo jego błędu piłkarze z Belgradu awansowali do finału, a tam, w meczu z Olympique Marsylia, Stojanović został bohaterem serii rzutów karnych. Został bohaterem, choć był o włos od zostania kozłem ofiarnym.

„Dobrzy bramkarze rujnują swoją reputację pojedynczymi, nieszczęśliwymi wpadkami, inni zaś stają w blasku chwały dzięki jednej czy dwóm obronom” – zauważa Wilson, uderzając w tony jawnie biblijne; cytowałem już te zdania w tekście o Gianluigim Buffonie. „Złe rzeczy dzieją się dobrym ludziom i niekoniecznie każdy dostaje to, na co zasługuje – taka jest smutna prawda, dla której Biblia szuka usprawiedliwienia w historii Hioba”. To u Wilsona znajdziemy także cytat z Alberta Camusa, który, jak wiadomo, również był bramkarzem. „Szybko się nauczyłem, że piłka nigdy nie zmierza tam, gdzie byś się jej spodziewał” – mówił o swoich doświadczeniach piłkarskich (życiowych?) w wywiadzie dla „France Football”. A namierzony przez dziennikarzy podczas jednego z meczów paryskiego Racingu, już po Noblu, gorąco bronił popełniającego błędy bramkarza gospodarzy. „Nie powinniśmy go obwiniać – mówił. – Dopiero gdy sam staniesz pośrodku lasu, uświadamiasz sobie, jakie to trudne”.

Nie powinniśmy więc obwiniać Kariusa. Niektórzy zwracają uwagę, że na dwie minuty przed pierwszym błędem jego także Sergio Ramos zdołał poturbować, ale i bez tego rola Niemca była wystarczająco trudna. „Z pewnością żaden sportowiec z taką regularnością nie mierzy się z arbitralnością losu co bramkarz. Rykoszet, kozioł, powiew wiatru, zła ocena sytuacji i wszystko inne, z czym musi się zmagać, a czego nie doświadczają inni gracze” – wylicza Wilson. Dawny bramkarz hokejowy Ken Dryden dodaje w książce „The Game” zarówno przejmujący opis lęku przed krążkiem, jak i bolesną refleksję na temat tego, że każda obrona jest ulotna, podlega zapomnieniu, a każdą bramkę zapisuje się do statystyk. Te wpuszczone przez Kariusa w meczu z Realem, oprócz statystyk, znajdą się niestety w niejednej kolekcji futbolowych kuriozów…

Wielką ma teraz rolę do odegrania Jurgen Klopp. Po meczu powiedział tylko, że żal mu tego fantastycznego chłopaka, ale poza tym specjalnie go nie bronił. Może jest w duchu wściekły, ale jeśli tak, to powinien być przede wszystkim wściekły na siebie. O tym, że akurat obsada bramki jest największym problemem Liverpoolu, mówiło się od miesięcy; menedżer z Anfield miał mnóstwo czasu na jego rozwiązanie i sprowadzenie do drużyny zawodnika, który postawiony pod tak ogromną presją poradziłby sobie lepiej od nieszczęsnego Kariusa.

No tak, byłbym zapomniał: fantastyczny był to mecz, oczywiście.

CZYTAJ TAKŻE: "Futbol jest okrutny" - blog Michała Okońskiego, z którego pochodzi powyższy tekst

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych: „Kanon - Sztuka rozmowy", „Kanon - Rozmowy na temat” oraz „Do Betlejem!”. Publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Niestety, ostatnie zdanie zburzyło mój zachwyt. Nie czepiałbym się, gdyby tekst był zakończony: fantastyczny był to mecz, oczywiście do faulu na Salahu.

Bo moim zdaniem o tym wczorajszym nie da się napisać nic sensownego i nie zająknąć się o sędziach, którzy w nim odegrali jedną z głównych ról. NAJPÓŹNIEJ od 49' (atak Ramosa na Kariusa) Real powinien grać w 10. Filmik do obejrzenia m.i. na FB, profil Juergena Kloppa.

To byłaby prawdziwa uczta dla kibiców obu drużyn ( mecze odbywały by się na stadionach obu finalistów ). W jednym meczu może triumfować cwaniactwo, w dwumeczu jest więcej prawdy. A poza tym nie daję większych szans gwiazdom Realu przy kolejnej konfrontacji z Liverpoolem. Takie cuda jak bramka Bale'a zdarzają się raz na dekadę. Limit cudów się wyczerpał.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]