Reklama

Damy radę!

Damy radę!

03.11.2010
Czyta się kilka minut
Kto z nas nie marzył o licznym rodzeństwie (najlepiej starszym), które w potrzebie da wycisk szkolnym wrogom i murem stanie za nami? Rodzinny klan, niezawodna zmowa braci i sióstr - gwarantowana recepta na poczucie mocy.
C

Czy to paczka rodzinno-przyjacielska ("Dzieci z Bullerbyn"), czy bratersko-siostrzana ("Jeżycjada", "Rodzina Penderwicków", "Pięcioro dzieci i coś", "Przygody Piotrusia Pana", "Przygody młodych Bastablów"), nie ma mocnych na scementowaną więzami powinowactwa gromadę. Mniejsza o udrękę donaszania ciuchów po starszych, mniejsza o kuksańce i ciasnotę pokoju dzielonego z rodzeństwem - pożytki biorą górę. Tymczasem coraz mniej borejków, darlingów i bastablów w naszym otoczeniu. Wielodzietni znikają z literatury.

Szczęśliwie Jean-Philippe Arrou-Vignod, popularny francuski autor powieści detektywistycznych dla młodzieży, dorastał wśród pięciu braci. Mimo swoich 50 lat z ogonkiem nie zapomniał, jak wygląda rodzinna kooperatywa. Po sukcesie serii o detektywie prywatnym

P.P. Cul-Vert (w wolnym tłumaczeniu: PePe Zielony Tyłek) pisarz zabrał się za książkę inspirowaną własnym dzieciństwem. Tak powstały "Jaśki".

Nie wiemy, czy przypisać to poczuciu humoru, czy może przerostowi ego u ojca pisarza, dość że wszystkim swoim sześciu synom nadał własne imię: Jan. Wspaniałomyślnie dorzucił każdemu imię dodatkowe, dla ułatwienia identyfikacji. Jean-Philippe był drugim w kolejności Jaśkiem - w książce pojawia się jako ten, który uwielbia jeść i zamierza zostać tajnym agentem. Rola drugiego nie jest zła - razem z pierworodnym Janem A (który zawsze chce rządzić) stanowią duet starszych. Dwaj średni (Jan C "Gapa" i Jan D "Demolka") oraz młodsi (Jan E sepleniący i Jan F "Pełna Pielucha") mają niższą pozycję w bezlitosnej rodzinnej hierarchii.

Akcja książki rozpoczyna się tuż przed pojawieniem się na świecie najmłodszego brata. Przed końcem fabuły "szósty" jest już na tyle duży, że kibicuje kolarzom w wyścigu Tour de France. Nie wiemy natomiast, czy pojawiający się w książce nielubiani kuzynowie Fougasse o odstających uszach (wszyscy, podobnie jak ich ojciec, obdarzeni imieniem Piotr) są zmyśleni, czy też może całą rodzinę pisarza dotknęła ekscentryczna epidemia nazewnicza.

Dzieciństwo autora przypadało na lata 60. i 70., nic dziwnego zatem, że natkniemy się tu na wzmianki o Paryskiej Wiośnie ’68, kultowym citroënie ds19, zabawie w "zbijanego" i serialu "Zorro" w telewizji. Są też (mimochodem) wzmianki o karach cielesnych, które w ówczesnym pokoleniu miały się dobrze, a dziś ciut bulwersują. Poszczególne rozdziały książki (we Francji ukazywały się w osobnych tomach) mają kulinarne tytuły: "Omlet z cukrem", "Latający camembert", "Zupa ze złotych rybek", "Czekoladowe wakacje". Znajdziemy tu, napisane z dużym poczuciem humoru, miniepizody: drobne kataklizmy rodzinne, ryzykowne przygody domorosłych detektywów, zimowe wakacje zwieńczone atakiem grypy, obóz zuchowy (tyleż niefortunny, co emocjonujący), naukę pływania, wspaniały pobyt u dziadków, utarczki ze znienawidzonymi kuzynami, bitwy na zgniłe owoce z wrogim plemieniem, pierwsze prywatki, a nawet strajk domowy... Opowieści Arrou-Vignoda są nieprzeszarżowane, śmieszne, prawdopodobne. A przy tym świetnie portretują zamęt, jaki panuje w domu zdominowanym przez chmarę chłopców w różnym wieku - od oseska po pryszczatego nastolatka.

Wydawca przyrównuje "Jaśki" do "Mikołajka". Skojarzenie nasuwa się nieuchronnie. Wspólnym mianownikiem obu książek jest dowcip oparty na niewinności dziecka: mały narrator widzi i odnotowuje zachowania dorosłych, ale nie dostrzega ich absurdu i komizmu. Jan B nazywa tatę znakomitym majsterklepką, podczas gdy wszystkie jego prace ręczne kończą się katastrofą. Podziwia także szkolnego kolegę Franciszka Archampauta i bierze za dobrą monetę jego przechwałki, podczas gdy dla czytelnika jest jasne, że Franciszek to blagier i mitoman. Autor wprowadził do języka swoich bohaterów komiczne refreny: stale pojawiają się znienawidzone ubrania z katalogu "Nowoczesna Rodzina" i ojcowska groźba wysłania do szkoły wojskowej z internatem - straszliwa kara na wypadek nieposłuszeństwa. Z kolei po każdej domowej katastrofie ojciec zwraca się do mamy: "Następnym razem, kiedy będziemy musieli przeprowadzać się i wyjeżdżać do twoich rodziców na wakacje w tym samym czasie, przypomnij mi, żebym sobie złamał nogę, kochanie" lub "Kochanie, następnym razem, kiedy wpadnę na pomysł pikniku, przypomnij mi, żebym wcześniej ugryzł się siedem razy w język" itd.

Autorowi udało się przenieść do książki klimat kochającej, fajnej rodziny, a równocześnie uniknął landrynkowej słodyczy i dobrze sportretował chłopięce wojny domowe - stałą rywalizację i naparzanki, niezbywalny element dorastania. Jest to zatem lektura dla chłopców (bo traktuje o chłopcach), ale może być także bestsellerem wśród dziewcząt (bo traktuje o chłopcach). Proste, bezpretensjonalne ilustracje dopełniają dzieła. Książka gruba jak cegła, duuużo czytania.

***

Znacznie szczuplejsze są dwa kolejne tytuły - przeznaczone dla dzieci młodszych książki obrazkowe: "Kamyki Astona" oraz "Filip i mama, która zapomniała". Obie wydane przez małe oficyny. Obie świetne.

Pierwsza mówi o małym Astonie, który z każdego spaceru przynosi do domu samotny kamyk. Myje i suszy swoje znaleziska, ogrzewa, przykrywa kołderką. Kiedy cały pokój zapełniony jest pudełkami z kamieniami-znajdkami, rodzice organizują wycieczkę nad morze. Nie zdradzę puenty - jest rozczulająca. Autorka książki ubrała Astona w psi kostium, choć każdy z nas wie, że chodzi o wrażliwe dziecko z wielkimi pokładami empatii. Przesłanie książki nie jest oczywiste, ale w tej słodko-gorzkiej, bardzo prostej historii tkwi prawda o umiejętności współodczuwania, o dziecięcych odruchach serca, z których lepiej byłoby nigdy nie wyrastać. Na marginesie: uważny czytelnik znajdzie w książce przykład przełamywania nawyków. Które z rodziców robi na drutach? Aha!

***

I wreszcie Pija Lindenbaum, wspaniała szwedzka ilustratorka, znana z tego, że w swoich autorskich książkach dla maluchów porusza poważne tematy. Moją ulubioną jest "Igor i lalki", gdzie Pija mówi o "babskich" i "męskich" rolach, o stereotypach płci utrwalanych od dziecka. Tekst w tych książkach zredukowany jest do absolutnego minimum, ale duże, pełnokolorowe obrazy z mnóstwem znaczących szczegółów mówią same za siebie.

Tym razem Pija opowiada o mamie Filipa, która żyje w wielkim stresie i pośpiechu. Pewnego dnia synek znajduje ją... przemienioną w smoka. Mama-smoczyca zachowuje się irracjonalnie, nie radzi sobie z prostymi czynnościami, jest nieobliczalna i awanturuje się z byle powodu. Można zgadywać, że przemiana w smoka jest w istocie metaforą wypalenia, załamania nerwowego, kryzysu. Mały Filip stara się wejść w rolę opiekuna swojej mamy, ale to go przerasta. Na szczęście jest babcia, ona wszystkiemu zaradzi. Znamienne, że babcia w niczym nie przypomina przepasanych fartuchem, pulchnych staruszek o różowych policzkach; to raczej ekshippiska z siwym warkoczykiem.

Temat samotnych matek, które czasami nie dają sobie rady i wypadają z roli Idealnej Mamy, był dotąd nieobecny w książeczkach dla małych dzieci. Pisałam tu o książce Norwega Sveina Nyhusa "Włosy mamy", gdzie depresja opisana jest za pomocą przenośni, baśni. U Nyhusa (kapitalny rysownik!) dziecięca bohaterka książki próbowała zaprowadzić ład we włosach mamy, ale wpadła w nie i się zgubiła. Z pomocą przyszedł staruszek (lekarz?).

Pija Lindenbaum wybrała bardziej groteskowy, komiczny język, ale pomysł jest ten sam - za pomocą prostej fabuły artystka próbuje uświadomić dziecku, że kryzysy się zdarzają, wprawiają dzieci w lęk i konfuzję, ale mijają. Dorośli bywają dziwni i niepodobni do siebie, ale nie ma się czego bać, to nie trwa wiecznie. Damy radę! Czy nie tej prostej konstatacji potrzebują dzieci? Skandynawowie wspaniale potrafią mierzyć się z trudnymi tematami nawet w książkach dla przedszkolaków. Uczmy się od nich, bo w tej dziedzinie nie ma lepszych.

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Jaśki tłum. Joanna Schoen, ilustracje Dominique Corbasson, Kraków 2010, Wydawnictwo Znak

Lotta Geffenblad, Kamyki Astona tłum. Hanna Dymel-Trzebiatowska, Gdańsk 2010, Wydawnictwo EneDueRabe

Pija Lindenbaum, Filip i mama, która zapomniała tłum. Katarzyna Skalska, Poznań 2010, Wydawnictwo Zakamarki

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]