Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Damy radę!

Damy radę!

03.11.2010
Czyta się kilka minut
Kto z nas nie marzył o licznym rodzeństwie (najlepiej starszym), które w potrzebie da wycisk szkolnym wrogom i murem stanie za nami? Rodzinny klan, niezawodna zmowa braci i sióstr - gwarantowana recepta na poczucie mocy.
C

Czy to paczka rodzinno-przyjacielska ("Dzieci z Bullerbyn"), czy bratersko-siostrzana ("Jeżycjada", "Rodzina Penderwicków", "Pięcioro dzieci i coś", "Przygody Piotrusia Pana", "Przygody młodych Bastablów"), nie ma mocnych na scementowaną więzami powinowactwa gromadę. Mniejsza o udrękę donaszania ciuchów po starszych, mniejsza o kuksańce i ciasnotę pokoju dzielonego z rodzeństwem - pożytki biorą górę. Tymczasem coraz mniej borejków, darlingów i bastablów w naszym otoczeniu. Wielodzietni znikają z literatury.

Szczęśliwie Jean-Philippe Arrou-Vignod, popularny francuski autor powieści detektywistycznych dla młodzieży, dorastał wśród pięciu braci. Mimo swoich 50 lat z ogonkiem nie zapomniał, jak wygląda rodzinna kooperatywa. Po sukcesie serii o detektywie prywatnym

P.P. Cul-Vert (w wolnym tłumaczeniu: PePe Zielony Tyłek) pisarz zabrał się za książkę inspirowaną własnym dzieciństwem. Tak powstały "Jaśki".

Nie wiemy, czy przypisać to poczuciu humoru, czy może przerostowi ego u ojca pisarza, dość że wszystkim swoim sześciu synom nadał własne imię: Jan. Wspaniałomyślnie dorzucił każdemu imię dodatkowe, dla ułatwienia identyfikacji. Jean-Philippe był drugim w kolejności Jaśkiem - w książce pojawia się jako ten, który uwielbia jeść i zamierza zostać tajnym agentem. Rola drugiego nie jest zła - razem z pierworodnym Janem A (który zawsze chce rządzić) stanowią duet starszych. Dwaj średni (Jan C "Gapa" i Jan D "Demolka") oraz młodsi (Jan E sepleniący i Jan F "Pełna Pielucha") mają niższą pozycję w bezlitosnej rodzinnej hierarchii.

Akcja książki rozpoczyna się tuż przed pojawieniem się na świecie najmłodszego brata. Przed końcem fabuły "szósty" jest już na tyle duży, że kibicuje kolarzom w wyścigu Tour de France. Nie wiemy natomiast, czy pojawiający się w książce nielubiani kuzynowie Fougasse o odstających uszach (wszyscy, podobnie jak ich ojciec, obdarzeni imieniem Piotr) są zmyśleni, czy też może całą rodzinę pisarza dotknęła ekscentryczna epidemia nazewnicza.

Dzieciństwo autora przypadało na lata 60. i 70., nic dziwnego zatem, że natkniemy się tu na wzmianki o Paryskiej Wiośnie ’68, kultowym citroënie ds19, zabawie w "zbijanego" i serialu "Zorro" w telewizji. Są też (mimochodem) wzmianki o karach cielesnych, które w ówczesnym pokoleniu miały się dobrze, a dziś ciut bulwersują. Poszczególne rozdziały książki (we Francji ukazywały się w osobnych tomach) mają kulinarne tytuły: "Omlet z cukrem", "Latający camembert", "Zupa ze złotych rybek", "Czekoladowe wakacje". Znajdziemy tu, napisane z dużym poczuciem humoru, miniepizody: drobne kataklizmy rodzinne, ryzykowne przygody domorosłych detektywów, zimowe wakacje zwieńczone atakiem grypy, obóz zuchowy (tyleż niefortunny, co emocjonujący), naukę pływania, wspaniały pobyt u dziadków, utarczki ze znienawidzonymi kuzynami, bitwy na zgniłe owoce z wrogim plemieniem, pierwsze prywatki, a nawet strajk domowy... Opowieści Arrou-Vignoda są nieprzeszarżowane, śmieszne, prawdopodobne. A przy tym świetnie portretują zamęt, jaki panuje w domu zdominowanym przez chmarę chłopców w różnym wieku - od oseska po pryszczatego nastolatka.

Wydawca przyrównuje "Jaśki" do "Mikołajka". Skojarzenie nasuwa się nieuchronnie. Wspólnym mianownikiem obu książek jest dowcip oparty na niewinności dziecka: mały narrator widzi i odnotowuje zachowania dorosłych, ale nie dostrzega ich absurdu i komizmu. Jan B nazywa tatę znakomitym majsterklepką, podczas gdy wszystkie jego prace ręczne kończą się katastrofą. Podziwia także szkolnego kolegę Franciszka Archampauta i bierze za dobrą monetę jego przechwałki, podczas gdy dla czytelnika jest jasne, że Franciszek to blagier i mitoman. Autor wprowadził do języka swoich bohaterów komiczne refreny: stale pojawiają się znienawidzone ubrania z katalogu "Nowoczesna Rodzina" i ojcowska groźba wysłania do szkoły wojskowej z internatem - straszliwa kara na wypadek nieposłuszeństwa. Z kolei po każdej domowej katastrofie ojciec zwraca się do mamy: "Następnym razem, kiedy będziemy musieli przeprowadzać się i wyjeżdżać do twoich rodziców na wakacje w tym samym czasie, przypomnij mi, żebym sobie złamał nogę, kochanie" lub "Kochanie, następnym razem, kiedy wpadnę na pomysł pikniku, przypomnij mi, żebym wcześniej ugryzł się siedem razy w język" itd.

Autorowi udało się przenieść do książki klimat kochającej, fajnej rodziny, a równocześnie uniknął landrynkowej słodyczy i dobrze sportretował chłopięce wojny domowe - stałą rywalizację i naparzanki, niezbywalny element dorastania. Jest to zatem lektura dla chłopców (bo traktuje o chłopcach), ale może być także bestsellerem wśród dziewcząt (bo traktuje o chłopcach). Proste, bezpretensjonalne ilustracje dopełniają dzieła. Książka gruba jak cegła, duuużo czytania.

***

Znacznie szczuplejsze są dwa kolejne tytuły - przeznaczone dla dzieci młodszych książki obrazkowe: "Kamyki Astona" oraz "Filip i mama, która zapomniała". Obie wydane przez małe oficyny. Obie świetne.

Pierwsza mówi o małym Astonie, który z każdego spaceru przynosi do domu samotny kamyk. Myje i suszy swoje znaleziska, ogrzewa, przykrywa kołderką. Kiedy cały pokój zapełniony jest pudełkami z kamieniami-znajdkami, rodzice organizują wycieczkę nad morze. Nie zdradzę puenty - jest rozczulająca. Autorka książki ubrała Astona w psi kostium, choć każdy z nas wie, że chodzi o wrażliwe dziecko z wielkimi pokładami empatii. Przesłanie książki nie jest oczywiste, ale w tej słodko-gorzkiej, bardzo prostej historii tkwi prawda o umiejętności współodczuwania, o dziecięcych odruchach serca, z których lepiej byłoby nigdy nie wyrastać. Na marginesie: uważny czytelnik znajdzie w książce przykład przełamywania nawyków. Które z rodziców robi na drutach? Aha!

***

I wreszcie Pija Lindenbaum, wspaniała szwedzka ilustratorka, znana z tego, że w swoich autorskich książkach dla maluchów porusza poważne tematy. Moją ulubioną jest "Igor i lalki", gdzie Pija mówi o "babskich" i "męskich" rolach, o stereotypach płci utrwalanych od dziecka. Tekst w tych książkach zredukowany jest do absolutnego minimum, ale duże, pełnokolorowe obrazy z mnóstwem znaczących szczegółów mówią same za siebie.

Tym razem Pija opowiada o mamie Filipa, która żyje w wielkim stresie i pośpiechu. Pewnego dnia synek znajduje ją... przemienioną w smoka. Mama-smoczyca zachowuje się irracjonalnie, nie radzi sobie z prostymi czynnościami, jest nieobliczalna i awanturuje się z byle powodu. Można zgadywać, że przemiana w smoka jest w istocie metaforą wypalenia, załamania nerwowego, kryzysu. Mały Filip stara się wejść w rolę opiekuna swojej mamy, ale to go przerasta. Na szczęście jest babcia, ona wszystkiemu zaradzi. Znamienne, że babcia w niczym nie przypomina przepasanych fartuchem, pulchnych staruszek o różowych policzkach; to raczej ekshippiska z siwym warkoczykiem.

Temat samotnych matek, które czasami nie dają sobie rady i wypadają z roli Idealnej Mamy, był dotąd nieobecny w książeczkach dla małych dzieci. Pisałam tu o książce Norwega Sveina Nyhusa "Włosy mamy", gdzie depresja opisana jest za pomocą przenośni, baśni. U Nyhusa (kapitalny rysownik!) dziecięca bohaterka książki próbowała zaprowadzić ład we włosach mamy, ale wpadła w nie i się zgubiła. Z pomocą przyszedł staruszek (lekarz?).

Pija Lindenbaum wybrała bardziej groteskowy, komiczny język, ale pomysł jest ten sam - za pomocą prostej fabuły artystka próbuje uświadomić dziecku, że kryzysy się zdarzają, wprawiają dzieci w lęk i konfuzję, ale mijają. Dorośli bywają dziwni i niepodobni do siebie, ale nie ma się czego bać, to nie trwa wiecznie. Damy radę! Czy nie tej prostej konstatacji potrzebują dzieci? Skandynawowie wspaniale potrafią mierzyć się z trudnymi tematami nawet w książkach dla przedszkolaków. Uczmy się od nich, bo w tej dziedzinie nie ma lepszych.

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Jaśki tłum. Joanna Schoen, ilustracje Dominique Corbasson, Kraków 2010, Wydawnictwo Znak

Lotta Geffenblad, Kamyki Astona tłum. Hanna Dymel-Trzebiatowska, Gdańsk 2010, Wydawnictwo EneDueRabe

Pija Lindenbaum, Filip i mama, która zapomniała tłum. Katarzyna Skalska, Poznań 2010, Wydawnictwo Zakamarki

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]