Czy nauka umrze w XXI wieku? [Jeszcze inna przyszłość odc. 13]

Nie da się drugi raz odkryć, że to Słońce jest pośrodku Układu Słonecznego, że istnieją atomy, że życie ewoluuje, że Wszechświat miał początek. Wszystkie najważniejsze odkrycia naukowe zostały więc już dokonane, a nam zostało tylko nudne szlifowanie szczegółów. Zresztą badania pokazują, że artykuły naukowe są z każdą dekadą coraz mniej nowatorskie. Krótko mówiąc, XXI wiek to początek końca nauki. No, chyba że czeka nas jeszcze inna przyszłość...
Łukasz Lamża – „Jeszcze inna przyszłość”
Łukasz Lamża // Fot. Grażyna Makara

W swoim nowym cyklu Łukasz Lamża, dziennikarz naukowy „Tygodnika”, patrzy w przyszłość doby antropocenu trzeźwo, bez paniki i bez naiwności, na podstawie liczb, nauki i zdrowego rozsądku.


WIELKIE WYZWANIA: ANTROPOCEN

Przyglądamy się największym wyzwaniom epoki człowieka oraz drodze, która zaprowadziła nas od afrykańskich sawann do globalnej wioski. Omawiamy badania naukowe i dyskusje nad interakcjami między człowiekiem i innymi elementami przyrody – zarówno tymi współczesnymi, jak i przeszłymi.


Montaż i muzyka: Michał Woźniak


Pełna transkrypcja rozmowy

Poniższy tekst powstał w oparciu o transkrypcję maszynową, może zawierać usterki językowe.

Żyjemy w pięknych czasach dla nauki. Mamy coraz lepsze teleskopy, coraz większe zderzacze cząstek, coraz dokładniejsze mapy mózgu i autonomiczne sondy filmujące dla nas dno oceanu. XXI wiek to złota epoka nauki. Chociaż w sumie, jak się zastanowić, to z każdym dziesięcioleciem te odkrycia są jakby coraz mniejsze. Czy kogokolwiek ciekawi jeszcze 150. cząstka elementarna albo nieco dokładniejsza mapa mózgu muchy? Czy jest jeszcze w nauce miejsce dla Galileusza, Newtona i Skłodowskiej?
 
Cześć i czołem, dobrzy ludzie, tu Łukasz Lamża i „Jeszcze inna przyszłość” dla Podkastu Tygodnika Powszechnego. Dzisiaj zastanowimy się nad tym, jak będzie wyglądała nauka w XXI wieku. W szczególności zmierzymy się z dwiema jej sprzecznymi wizjami, z wizją optymistyczną i pesymistyczną. Dzisiaj starczy nam chyba tylko czasu na część pesymistyczną.
 
Zaczniemy od badania, jak zwykle u mnie, z 2023 roku. Michael Park i współpracownicy „Papers and patents are becoming less disruptive over time”, czyli „Artykuły naukowe i patenty stają się coraz mniej disruptive z czasem”. „Disruptive” musielibyśmy chyba przetłumaczyć jako „coraz mniej zaburzające”, chociaż piękny byłby chyba neologizm „zaburzliwe”. Więc artykuły naukowe są coraz mniej zaburzliwe, coraz mniej zaburzają status quo.
 
W tym artykule w praktyce zostało zbadanych kilka rzeczy, wszystkie pokazujące niejako różne twarze tego samego zjawiska, a mianowicie to, że na przestrzeni ostatnich, no powiedzmy sobie, kilkudziesięciu, maksymalnie stu lat coraz rzadziej zdarzają się artykuły naukowe, które poważnie zmieniają obraz nauki. Autorzy tego badania – nie będziemy w to głęboko wchodzić – posłużyli się kilkoma metodami, opartymi głównie na cytowaniach.
 
Tak szybko i intuicyjnie: artykuł jest zaburzliwy, jeśli artykuły, które przyjdą po nim, owszem, cytują go, natomiast nie cytują jego poprzedników. Czyli powiedzmy sobie, artykuł maksymalnie niezaburzliwy, artykuł maksymalnie niekontrowersyjny to jest taki, że w przyszłości, owszem, będzie cytowany, ale to, do czego on sam się odnosił, nie zostało unieważnione. Czyli ktoś w przyszłości będzie cytował mnie i również moich poprzedników, ponieważ to, co ja wprowadziłem, nie spowodowało żadnych istotnych rewolucji.
 
Natomiast artykuł zaburzliwy to jest taki, który, no jeżeli ja napisałem wysoce zaburzliwy artykuł, to to wszystko, co było przede mną, staje się do pewnego stopnia nieaktualne, w związku z czym ludzie w przyszłości, jeżeli będą mnie cytować, to raczej już nie będą cytować moich poprzedników, bo ja ich unieważniłem. To można na różne sposoby potem doprecyzowywać. Tak czy inaczej, z tego typu badania wychodzi, że artykuły są rzeczywiście średnio coraz mniej zaburzliwe. Patrzę w tym momencie na wszystkie kategorie, które przeanalizowali i w naukach fizycznych, i społecznych, technologia, nauki o życiu, medycyna, wszędzie to występuje.
 
Później mamy drugą część tego badania, też swoją drogą ciekawą, gdzie analizowany jest język stosowany przez naukowców, i w zasadzie wynika z niego niejako to samo, tylko w inny sposób, a mianowicie: artykuły naukowe są coraz mniej zaburzliwe, ponieważ stosowany jest w nich coraz mniej innowacyjny język. Znowu można by to szczegółowo opisywać, co oni zrobili, ale intuicyjnie chodzi o to, że jeżeli ja wymyślam coś naprawdę nowego, to muszę korzystać z języka w nowy sposób. Potrzebuję czasami nowych słów, swoją drogą, więc tworzenie nowych słów i pojęć jest jakimś tam symptomem tego, że zostało wymyślone coś istotnie nowego, ale też korzystam z języka na sposób nieco bardziej nowatorski, jeżeli rzeczywiście muszę opisać istotnie nową sferę rzeczywistości.
 
Mamy to badanie, mamy też całą masę innych podobnych badań wydających się pokazywać to samo, a mianowicie to, że nauka staje się coraz bardziej nudna, coraz bardziej powtarzalna i coraz mniej jest w niej autentycznych rewolucji. Więc można by pomyśleć, że XXI wiek, owszem, będzie epoką dalszego rozwoju nauki. I to wszystko o czym mówiłem wcześniej, tak, jak najbardziej. Natomiast nauka będzie coraz bardziej niewinna z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora. Rewolucje zamienią się w mikrorewolucje, odkrycia zamienią się w mikroodkrycia.
 
Skomentujmy to sobie kolejno. Jakie mogłyby być tego przyczyny?
 
Zacznijmy od tych wszystkich przyczyn, dla których moglibyśmy popaść w pesymizm. Argument numer jeden. Jest tak, ponieważ po prostu wiemy coraz więcej. W kontekście tego mówi się też o takim zjawisku nisko wiszących owoców, czyli low-hanging fruit. Idea jest taka: w sadzie nauki, w sadzie rzeczywistości mamy nisko wiszące owoce, to są te wszystkie najbardziej atrakcyjne rzeczy, najłatwiejsze jednocześnie do sięgnięcia, i już je wszystkie zerwaliśmy. Czyli no cóż, odkryliśmy już wszystkie planety Układu Słonecznego i za bardzo nie ma nadziei, że odkryjemy kolejną. Ostatnio astronomowie mówią, że zostało to już, praktycznie rzecz biorąc, wykluczone, że coś rozmiarów porządnej planety jeszcze się kryje w naszym Układzie Słonecznym, nawet daleko, daleko za orbitą Plutona. Nam się po prostu ten świat wypełnia.
 
Inny przykład, dużo bardziej klarowny jeszcze, nowy kontynent. Czy jest nadzieja na to, że zostanie odkryty nowy kontynent? Kiedy udało nam się już złapać Antarktydę, to naprawdę ta nadzieja wygasła. Można się oczywiście chwytać brzytwy i kombinować, na przykład: na dnach oceanu jeszcze są puste miejsca. Natomiast też nie. Mapy dna oceanu są już robione z coraz większą dokładnością. Na pewno nie kryje się już na dnie oceanu żaden zatopiony kontynent. Co więcej, nawet mapy płaszcza ziemskiego, czyli tej warstwy skalistej pod skorupą ziemską, gdzie mogłyby się kryć jakieś kontynenty wciągnięte tam w procesie tektonicznym, też już są coraz lepsze. Więc tak naprawdę w pewnych tematach ta nadzieja powoli wygasa. No pewnej skali odkryć geograficznych po prostu już nie dokonamy.
 
Jeszcze taka jedna ciekawostka. Szukałem innych przykładów i bardzo fajna rzecz to są różne typy zwierząt, aż szkoda nie wspomnieć, skoro już odwaliłem robotę. W systematyce biologicznej wyróżnia się poziomy klasyfikacji, czyli mamy na przykład królestwo zwierząt i niższą jednostką od królestwa, bezpośrednio niższą, jest typ. Typami są na przykład stawonogi, typem zwierząt są mięczaki, typem zwierząt są nicienie, niestety nie swojskie ptaki, ssaki, nawet nie swojskie kręgowce, tylko strunowce są typem zwierząt. Tak czy inaczej wszystkie zwierzęta można podzielić na ileś tam typów.
 
No i z ciekawości popatrzyłem, kiedy zostały opisane po raz pierwszy rozmaite typy. Niektóre są znane od starożytności, choć być może bez tego nazewnictwa biologicznego, czyli owady należące do stawonogów znamy od epok pradawnych, ślimaki znamy i tak dalej. Natomiast kiedy opisywano różne mniej znane typy, takie jak niesporczaki na przykład? Okazuje się, że w XVIII wieku została odkryta większość spośród dwudziestu kilku typów zwierząt. Ostatni, co ciekawe, w roku dwutysięcznym, typ niemający jeszcze standardowej polskiej nazwy mikrognatozoa, tam należy bodajże jeden gatunek mikroskopijnego bezkręgowca. Ale umówmy się: te odkrycia nastąpiły szczególnie intensywnie wraz z podróżowaniem naukowców po świecie, XVIII-XIX wiek, oglądanie całego świata pod mikroskopem, i wtedy były na potęgę odkrywane nowe typy, nowe gromady, rzędy i rodziny zwierząt. Natomiast rzeczywiście powolutku nam się to wypełnia. Czy my jeszcze odkryjemy coś tak istotnego, coś, co się różni aż tak bardzo od słonia jak słonie od żyrafy i żyrafa od nosorożca?
 
Gdzieś to wszystko nam się powolutku zaczyna kończyć, więc to samo rozumowanie, chociaż mniej rygorystycznie, można zastosować też choćby do fizyki i chemii, i biologii, i wszystkiego innego. To jest teoria nisko wiszących owoców. Teoria ewolucji nie wisiała tak całkiem nisko, bo trzeba było się rzeczywiście nieźle nakombinować, żeby odkryć wspólne pochodzenie wszystkich organizmów żywych i mechanizmy ich ewoluowania,
natomiast tak czy inaczej nie odkryjemy już ponownie tego samego.
 
Teoria heliocentryczna też wymagała pewnego namysłu, natomiast ogólnie rzecz biorąc nie wygląda na to, żebyśmy mieli jeszcze raz odkryć zasadniczo, jak funkcjonuje Układ Słoneczny, albo jeszcze raz odkryć zasadniczo, jak funkcjonuje życie, albo jeszcze raz odkryć teorię atomową, albo istnienie mikroorganizmów, albo istnienie radioaktywności, budowę atomu i tak dalej, i tak dalej. Czyli te takie wielkie, fundamentalne kroki na drodze do zrozumienia rzeczywistości być może są już wyczerpane, być może ta lista największych, najważniejszych cech nauki została już wykończona i teraz co?
 
Oczywiście poznajemy nieco lepiej, jak działa Układ Słoneczny, poznajemy nieco lepiej, jak działa genetyka albo biologia molekularna, poznajemy nieco lepiej, jak działają te wszystkie wielkie aspekty rzeczywistości, natomiast jest to już, słuchajcie, polerowanie tej rzeźby. Zamienianie średników na przecinki i przecinków na średniki. Taka w każdym razie byłaby hipoteza nisko wiszących owoców: po prostu wszystkie najbardziej apetyczne i atrakcyjne owoce albo większość z nich już zerwaliśmy. Więc XXI wiek to będzie budowanie coraz wyższych drabin i wybieranie już coraz bardziej poplamionych jabłuszek, bo te wszystkie wielkie i świecące i słodziutkie już ktoś przed nami zerwał.
 
Spokojnie, w następnym podkaście spróbuję odczarować ten pesymizm, ale zaczniemy od strony pesymistycznej tej opowieści.
 
Argument drugi: bo tak działa dzisiejsza nauka. To jest argument, z którym często wyskakują naukowcy, jeśli się ten temat pojawi. System naukowy po prostu dzisiaj miałby tak działać, że nie premiuje dokonywania wielkich odkryć. I tu jest w tym troszkę prawdy takiej, no, dającej się wykazać, a troszeczkę tak, między nami mówiąc, zwykłego zrzędzenia ludzkiego. Jaka jest istota tego argumentu? Istota jest taka. Dzisiaj, żeby być naukowcem, trzeba ciągle publikować, najlepiej kilka razy do roku, mówią nawet niektórzy. Cóż to za naukowiec, który nie publikuje stale i ciągle? Publish or perish. Publikuj albo giń. Do czego to skłania? Skłania to przede wszystkim do rozpoczynania małych projektów, które będą dały się szybko spieniężać. Czyli myślimy kategoriami pojedynczych artykułów naukowych, które najlepiej dałoby się dosyć szybko wyprodukować, szybko opublikować i w międzyczasie pracować nad dwoma, trzema.
 
Nie będę ukrywał, że obserwuję świat nauki z dosyć bliska, i muszę potwierdzić, że tak wygląda rzeczywistość większości najbardziej aktywnych naukowców, jakich znam: oni po prostu ciągle przymierzają się do publikowania kolejnych rzeczy. Szczerze mówiąc, między nami, nie przywiązując się za bardzo intelektualnie do każdej z tych poszczególnych cegiełek, to jest po prostu ciągła procedura publikacyjna. Może to oczywiście być mniej czy bardziej patologiczne, no to, że to jest robione w dużej liczbie, wcale nie oznacza, że musi być niskiej jakości. Jeżeli mamy cały zespół, który dla nas pracuje, to nad każdą z tych rzeczy może pracować inna osoba.
 
Natomiast z drugiej strony mamy też inną tendencję, patologiczne jest słynne zjawisko salami slicing, czyli krojenia salami. Kto nie słyszał, temu śpieszę wyjaśnić, że mowa o procedurze krojenia na cieniutkie plasterki. To jest nawiązanie do tego, jak najlepiej kroić salami. Salami jest najsmaczniejsze, jeśli rzeczywiście pokroimy je na cieniutkie plasterki. A nauka współczesna jest najbardziej pożyteczna, jeśli naszą objętość odkrycia naukowego podzielimy na cieniutkie plasterki, każde z nich grubości jednego artykułu naukowego. Nie opłaca się po prostu publikować wielkiego artykułu naukowego z olbrzymią ilością nowej wiedzy i informacji. Najkorzystniej jest wziąć to i podzielić na tak dużą liczbę artykułów naukowych, jak to jest tylko możliwe, ponieważ jesteśmy premiowani za liczbę artykułów naukowych.
 
To prowadzi do tego, o czym pisali autorzy artykułu, o którym mówiłem na początku, do tego, że każdy z nich poszczególny robi się coraz mniej interesujący, coraz mniej dysruptywny, czy też zaburzliwy. Łącznie można by uznać, że one wszystkie, jakby taka piątka artykułów naukowych posiekana przez kogoś, teoretycznie składa się na jeden duży plaster mięsa. Natomiast, tak jak mówię, jeden powie tak, jeden powie inaczej. Jest też tutaj ten aspekt narzekania i ja jestem, szczerze mówiąc, troszkę sceptyczny wobec tego argumentu. Ale jeżeli porozmawiacie sobie, posłuchacie, poczytacie naukowców narzekających na współczesny system naukowy, to zawsze pojawia się temat tak zwanych starych, dobrych czasów. Kiedy to można było latami siedzieć w fotelu i zamierzać się do wielkiej rewolucji naukowej, myśleć, robić kolejne badania, mieć przerwę pięcioletnią, dziesięcioletnią i później ludzie wracali z wielkimi, wielkimi pomysłami. Ponieważ nikt ich przez te pięć lat nie gonił, że natychmiast muszą się czymś zająć i te artykuły publikować. Jak zwykle z tego typu powszechnymi opiniami jest, wiecie, pewnie trochę tak jest i pewnie trochę tak nie jest.
 
Dlaczego system działa tak, jak działa? No między innymi po to, żebyśmy mogli się sensownie zmagać z inną patologią systemu naukowego, czyli właśnie ludźmi, którzy latami siedzą i nie robią nic absolutnie. Właściwie ciężko jest poznać z zewnątrz, czy tam się kluje nowa wielka rewolucja naukowa czy ktoś po prostu jest pasożytem na systemie naukowym. Jeżeli więc chodzi o argument „bo tak działa nauka”, na pewno jest w tym trochę prawdy. Nauka jest bardzo duża, naukowców jest bardzo dużo, jest więcej niż kiedykolwiek publikowane. Rzeczywiście są miliony artykułów naukowych rocznie i z konieczności będzie to się głównie składało z rzeczy, które są bardzo skromne. I tak jakby trochę jest.
 
Natomiast, czy nauka jako taka musi być uprawiana w taki sposób, że premiowane są bardzo malutkie odkrycia, bardzo ostrożne, to jest zupełnie inny temat. Tutaj się podnosi też takie argumenty już, powiedzmy sobie, z dziedziny socjologii nauki. Takie chociażby, że dzisiaj nie wolno się wychylać, że pomysłom bardzo odważnym są ukręcane łby. Rozmowa z naukowcami na ten temat bardzo szybko zaczyna się zamieniać w takie dowody anegdotyczne. Bardzo ciężko jest ocenić, na ile w tym jest narzekania i resentymentu, a na ile autentycznej diagnozy tego, co się w nauce dzieje.
 
Tak czy inaczej, raportuję, że jest w świecie nauki głos taki właśnie, że odeszliśmy od czasu wielkich odkryć, dlatego że ktokolwiek by próbował w dzisiejszym systemie naukowym dokonywać wielkich odkryć, ten zostanie szybko osadzony na tyłku. I znowuż w następnym odcinku podkastu myślę, że zmierzę się z tym argumentem i spróbujemy znaleźć jakieś optymistyczne wyjście z tego problemu.
 
Tymczasem argument trzeci: to nie jest czas dla amatorów. Skończyły się czasy nauki amatorskiej, w związku z czym ta świeżość pomysłów się wyczerpała. Pomysły naukowe są zrobione przez zawodowych, profesjonalnych naukowców, a nie przez zapalonych amatorów, którzy przez stulecia wnosili świeże powietrze do tego światka.
 
Historycznie jest w tym ziarno prawdy. to znaczy, XVIII, XIX wiek to rzeczywiście były złote lata dla amatorskich przyrodoznawców. Mój ulubiony przykład to jest Goethe, Johann Wolfgang von Goethe, który oprócz tego, że był literatem, był poetą, był też, musielibyśmy w dzisiejszej skali powiedzieć: amatorskim naukowcem. Bardzo zapalonym, miał autentyczny wkład w teorię koloru chociażby, ale znowu mój ulubiony przykład, bo trafiłem na niego sam, więc czuję się z nim związany emocjonalnie, to jest getyt. To jest minerał getyt, nazwany na cześć Goethego. Historia getytu zresztą pokazuje, jak się wtedy uprawiało naukę. Ktoś po prostu łaził po górach i oglądał, jakie tam są skały, i w ten sposób naprawdę w tym czasie można było dokonać odkrycia nowego rodzaju skały albo w tym przypadku nowego rodzaju minerału. Po prostu świat stał otworem, bo nie tak dużo rzeczy było jeszcze opisanych. Tu nawiązujemy do teorii nisko wiszących owoców. Goethe mógł sobie spacerować, za przeproszeniem, po świecie i jeżeli miał na tyle dużo zapału, żeby to później opisać, wysłać do jakiegoś towarzystwa naukowego, to twoje nazwisko mogło się znaleźć na minerale stosunkowo prosto. To były rzeczy, które leżą na wierzchu. A dzisiaj, głosi wieść ludowa, to już nie te czasy. Trzeba być profesjonalnym naukowcem, żeby się do nauki przykładać. Więc jak to jest?
 
Pierwsza sprawa to jest częste nieporozumienie i z przyjemnością je obalam. Publikowanie naukowe dla amatorów jest możliwe. To jest argument, który często słyszę, zwykle z ust ludzi, którzy chcieliby zostać naukowcami i publikować, ale podchodzą do tego zupełnie inaczej, to znaczy chcieliby od razu obalić Einsteina, przedstawić światu swoją nową teorię przestrzeni i grawitacji i kosmosu i są zaskoczeni, dlaczego najlepsze czasopisma naukowe świata od razu ich nie publikują. Nie jest łatwo tak obalić całą naukę w jednym artykule zgłoszonym do „Nature”. Natomiast jeżeli ktoś ma skromniejsze potrzeby, czyli ma jakąś konkretną rzecz, którą naprawdę odkrył i może to racjonalnie wykazać, to uwierzcie mi, można wysłać manuskrypt, można wysłać artykuł naukowy do czasopisma naukowego i on zostanie przeczytany i zrecenzowany przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, kim jesteś. Czy pracujesz w jakiejś instytucji naukowej, czy nie pracujesz w jakiejś instytucji naukowej, można wysłać i zostać ocenionym. Są bardzo fajne przykłady. Ja robiąc „Czytamy naturę”, czasami trafiam na artykuły pisane przez amatorów. Natomiast, umówmy się, jest to jednak rzadko.
 
Dlaczego to jest rzadko? I znowu wracamy do tego, o czym niejako zacząłem mówić przy temacie argumentu pierwszego. Nie tak łatwo już dzisiaj odkryć coś rzeczywiście nowego. Wspomniałem o tym, że kiedyś wystarczyło wziąć mikroskop do ręki i skierować go na kałuże i tam czyhały na nas nowe typy zwierząt, nowe królestwa organizmów niemalże. Dzisiaj rzeczywiście wymagałoby to wypłynięcia gdzieś prawdopodobnie statkiem, nurkowania w dnach oceanu i oglądania tego już nie pod zwykłym mikroskopem, ale być może pod mikroskopem elektronowym i tak dalej. Nowy pierwiastek przy odrobinie szczęścia mógł kiedyś odkryć każdy amatorski chemik albo przynajmniej półamatorski chemik. Dzisiaj absolutnie nie jest to możliwe. Musimy bombardować folię złotą pierwiastkami radioaktywnymi i tak dalej. Kto ma dziś w domu zderzacz cząstek?
 
I tutaj wbrew pozorom kryje się w tym pewna wielka nadzieja na przyszłość. Myślę, że jeden z ciekawszych tematów, które poruszę w następnym podkaście, a mianowicie: jednak zaawansowany sprzęt do badań upowszechnia się. Wspomniałem o tym, że kiedyś wystarczyło mieć mikroskop, ale kto wówczas miał mikroskop? Kto w XVIII wieku miał u siebie w domu mikroskop? A dzisiaj możemy sobie kupić w internecie za stówę bardzo fajny mikroskop USB, od którego by szczęka opadła wszystkim przyrodoznawcom z XVII i XVIII wieku. Oglądać sobie na ekranie komputera cokolwiek tylko nam przyjdzie do głowy, żeby pooglądać. I to się rozwija, czyli w pewnym sensie tutaj się kryje wielka nadzieja dla nauki XXI-wiecznej. Mamy zderzacz cząstek oczywiście, można by zadać pytanie: kto ma w domu zderzacz cząstek? Tymczasem istnieją takie technologie, jak na przykład Accelerator on a Chip, czyli akcelerator cząstek na czipie, co w praktyce polega na tym, że urządzenie, które dałoby się zmieścić na stole, może służyć jako akcelerator cząstek, i to się robi coraz tańsze, coraz powszechniejsze. Przepisy na te urządzenia można znaleźć czasami w internecie, działa ruch otwartej nauki. 
 
Inny temat, sekwencjonowanie genomu. Kiedyś trzeba było zorganizować projekt na miliardy dolarów, żeby zsekwencjonować jeden genom. Dzisiaj koszt ten zaczyna powoli spadać już poniżej tysiąca dolarów. Jakiej to będzie jakości, takiej będzie, ale jakiejś tam zawsze będzie. Widziałem już takie sekwencjonery genów, które można sobie wpiąć do komputera, to jest coś wielkości, nie powiem, że pendrive’a, ale wielkości dysku zewnętrznego i można sobie na tym już sekwencjonować genomy. Oczywiście wymaga to pewnych umiejętności i pewnej wiedzy i trzeba wiedzieć, co potem z tymi danymi zrobić. Ale jest to na pewno coraz bardziej dostępne, więc można sobie spokojnie wyobrazić taką przyszłość, w której w każdym domu jest albo przynajmniej może być akcelerator cząstek, urządzenie do sekwencjonowania genomu, drukarka 3D i tak dalej, i tak dalej.
 
Tu znowu, ponieważ to miała być część pesymistyczna tej historii, dodam, że nie do każdego tematu da się tę logikę zastosować. Z największym smutkiem muszę przyznać, że przyjmuję to, co się dzieje w świecie astronomii amatorskiej. Astronomia amatorska jest, jest na nią wielkie zapotrzebowanie, natomiast zanieczyszczenie nieba światłem tylko rośnie i nie wiadomo, co się z tym wydarzy. To zresztą chyba temat na jakiś zupełnie inny odcinek o XXI wieku, czy jest to już ostatnie stulecie, gdzie mamy w ogóle niebo czarne gdziekolwiek na Ziemi.
 
Na razie sytuacja jest taka, że większość ludzi mieszka obecnie w miejscach na świecie, gdzie nie da się prowadzić obserwacji astronomicznych i teleskopy wędrują w kosmos. Standardem w astronomii zaczyna być powoli teleskop kosmiczny. A cokolwiek by mówić, no mogę sobie kupić teleskop i postawić go u siebie na podwórku, ale co ja nim zobaczę, to jest zupełnie inne pytanie. Żeby badać obiekty troszeczkę bardziej subtelne od Księżyca albo kilku najjaśniejszych gwiazd, albo przy odrobinie szczęścia niektórych mgławic czy Andromedy, musiałbym wyjechać gdzieś na Atakamę, gdzieś na środek oceanu, nie jest to proste. 
 
Więc w pewnych dziedzinach trudności narastają, w innych się zmniejszają, co z tego wszystkiego wyniknie, zobaczymy. Z pewnością, to chyba muszę na koniec przyznać, dużo, dużo trudniej jest dzisiaj komuś dokonać po prostu z domu dużego, interesującego odkrycia, które znacząco zmieni oblicze jakiejś nauki.
 
I co z tego wszystkiego wynika? Czyżby XXI wiek miał być epoką końca nauki, tej dużej nauki? No, może jednak nie, może jednak czeka nas inna przyszłość, ale o tym pomówimy następnym razem. Mamy zresztą czarnego konia, tak? AI. Nie wspomniałem o nim w ogóle jeszcze w tym odcinku, a niektórzy pewnie już się wiercą w fotelach. Jak to? Przecież mamy teraz na Ziemi nowego inteligentnego partnera również w prowadzeniu badań naukowych. Autonomiczne roboty, chemiczne i wszystko inne. Spokojnie.
 
Pomówimy o tym i o perspektywach nauki XXI-wiecznej w następnym odcinku, a tymczasem dziękuję wam serdecznie za słuchanie tego i innych Podkastów Tygodnika Powszechnego. Do usłyszenia.

 

 

Projekt dofinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna Odpowiedzialność Nauki II”.

Słuchaj naszych podcastów:

Jeśli lubisz nasze podcasty, wspieraj nas na Patronite »

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”