Zakończony w październiku synod o synodalności nie przyniósł rewolucji. Uczestnicy sesji plenarnej nie podjęli żadnych ważnych decyzji. Zbierane po całym świecie postulaty i propozycje zmian nie doczekały się realizacji, a te najbardziej radykalne zostały wyłączone z dyskusji. Obrady przybrały formę rekolekcji, połączonych z warsztatami: zebrani w Watykanie biskupi i świeccy, zamiast reformować Kościół, mieli wpierw zmienić siebie.
Co nie znaczy, że najważniejsze wydarzenie minionego roku w Kościele skończyło się niczym. Wszyscy – dzięki niemu – wiedzą, na czym polega synodalność, choć trzy lata temu, gdy proces ruszał, było to pojęcie nieznane lub niejasne. Wiedzą, że nie chodzi w niej o demokratyzację Kościoła czy podejmowanie decyzji większością głosów, ale o słuchanie – cierpliwe, nieoceniające, otwarte na każdego. Że głos ludzi świeckich liczy się tak samo jak biskupów i kardynałów. Że nie chodzi o to, by przekonać innych do swej racji czy osiągnąć konsensus, ale by się spotkać i usłyszeć. Że decyzje, podejmowane przez kościelną władzę, muszą być poprzedzone „rozmową w Duchu” i rozeznaniem. Kto zna realia Kościoła, choćby polskiego, wie, że to wcale nie mało.
Synodalność nie jest już utożsamiana z frakcją rewolucyjną czy ukrytą opcją niemiecką. Co zwiększa szansę, że się przyjmie. A przecież nie straciła reformatorskiej siły. Uważne wysłuchanie drugiego człowieka nigdy nie pozostaje bez konsekwencji. Wyjście z własnej kościelnej bańki zawsze jest obarczone ryzykiem. Synodalności, która polega na zmianie postaw i mentalności, nie da się łatwo zatrzymać. Przetrwa dłużej niż Franciszkowy pontyfikat. A Kościół synodalny nie będzie ani bardziej liberalny, ani konserwatywny. Będzie różny w różnych miejscach, jak różni są ludzie, którzy go tworzą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















