O wierze nie jest łatwo mówić. W przypadku każdego człowieka to słowo znaczy co innego. A nawet jeśli nie każdego, to doświadczenie podpowiada ostrożność. W tym wydaniu „Tygodnika”, na finał adwentowego cyklu rozmów o cnotach boskich, o wierze opowiada filozof i felietonista Tomasz Stawiszyński.
Wymyślamy rozmaite sposoby, by wiarę „uracjonalnić”. Bywają one ciekawe, lecz bywa i tak, że to, co jeszcze niedawno było racjonalne, traci swą siłę i zostajemy bez wiary, bo to, co dotąd wystarczało, raptem wystarczać przestaje. Racjonalność jest oczywiście ważna, kardynał Ratzinger (papież Benedykt XVI) na to właśnie kładł ogromny nacisk. Wiedział, co robi, był intelektualistą i nie poprzestawał na tym, co łatwe. Są zresztą mądrzy ludzie, którzy znajdują w badanym przez siebie (i innych) świecie mocne argumenty przemawiające za wiarą, to jest za rzeczywistością, która wprowadza nas w wymiar przekraczający ludzkie doświadczenia. Takim uczonym jest dla mnie np. ks. Michał Heller. Nie da się tego, co mówi (i pisze), załatwić prostym wzruszeniem ramion.
Oczywiście większość ludzi wierzących nie czytała ks. Michała Hellera, nie wnikała w pisma papieża Benedykta i nie zna pism mędrców (czy szaleńców), którzy dochodzili ostatecznej prawdy o sensie ludzkiego życia i sensie wszechświata. A jednak ci ludzie wierzą, nie są tylko wyznawcami kulturowo, ale wiara rzeczywiście wpływa na ich życie i postępowanie. Może nie zawsze konsekwentnie, nie zawsze heroicznie, ale wpływa. Jednego dnia się wierzy, drugiego dnia – nie. Normalna kolej rzeczy. Takie ciche doświadczenie wielu z nas. I myślę, że ten dzień, w którym się nie wierzy, pracuje na ten drugi, w którym się wierzy. Jak sądzę – to zastrzeżenie jest istotne, może zresztą się mylę – ta „utrata wiary” jest rozstaniem z czymś, co jeszcze wiarą nie było. Z jakąś formułą, którą braliśmy za wiarę, się rozstajemy. I wtedy doświadczenie pustki jest bardzo podobne do niewiary. Tymczasem, jeśli wytrzymamy w tym stanie, wiara się odrodzi, ale już nie taka, jak była. Tu wolę się zatrzymać. Przeżycia jednych z nas nie muszą być takie jak innych.
W życiu przychodzi moment wyboru wiary lub niewiary, ale w miarę upływu lat życia, doświadczeń, oglądania świata i innych ludzi, sens tego wyboru się zmienia. Dojrzewa, krzepnie, lecz myślę, że nigdy nie jest ostateczny, nigdy tak dojrzały, by owo wahanie ustało. Na tym polega życie, choć zmienne są jego amplitudy.
Dziś żyjemy w momencie ważnym, bo okazuje się, jak wielu zawodowych głosicieli wiary żyło w sposób zakłamany. Ich życie było odległe od tego, co głoszą. Czujemy się okłamani. Reakcją jest więc albo stwierdzenie, że nawet jeśli od Boga nie odchodzę, to z księżmi nie chcę mieć już nic wspólnego, lub wręcz że odrzucam wszystko, co ma związek z wiarą. Sam myślę, że jest to czas łaski, na pewno długi. Obyśmy, oślepieni złem, nie przegapili rodzącej się nowej ery chrześcijaństwa. Ludzie spotkają Pana Jezusa Chrystusa z prostego powodu: bo On na nich czeka. Oczywiście czas odrodzenia chrześcijaństwa będzie znacznie mniej spektakularny aniżeli czas oczyszczania z win, którymi przesiąkł Kościół. Ale spokojnie, Jezusa nie sposób przegapić.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















