Reklama

Czarna dziura ekranu

Czarna dziura ekranu

08.12.2006
Czyta się kilka minut
Ojciec był niezwykłym zwolennikiem nowoczesności. Lubił klasyczne wieczne pióra i mechaniczne szwajcarskie zegarki. Wszystkie sprzęty, które pojawiały się w naszym domu, jemu właśnie zawdzięczaliśmy. Kiedy myślę o nim z nieukrywaną wdzięcznością, doskonale wiem, o czym piszę. To on kupił lodówkę - jedną z pierwszych w naszej małej miejscowości. Bardzo ją kochałem, gdyż wielokrotnie uratowała nas przed różnymi kłopotami zdrowotnymi.
N

Nie będę sadystycznym higienistą i nie opowiem w szczegółach, na czym one polegały. Dołożę tylko małą patriotyczną cegiełkę do historii socjalistycznego harcerstwa i wyznam, że pod moim cierpiącym z powodu zatrucia nieświeżym mięsem zastępem (byłem jego nieszczęsnym dowódcą) załamał się drążek obozowej latryny. Winą trudno oczywiście obarczać poprzedni system (specjalizuje się w tym premier Jarosław Kaczyński), gdyż skazani na wielogodzinną nudę śpiewaliśmy patriotyczne piosenki, wesoło przy tym podskakując. Socjalistyczne drewno sosny, nie bacząc na nasze zaangażowanie, nie wytrzymało i w tak brutalny sposób stałem się gorącym zwolennikiem lodówkowego chłodu, skutecznie powstrzymującego rozwój bakterii.

Rewolucyjnym przełomem było jednak dopiero pojawienie się telewizora. Dokonało się to, jak zwykle wtedy, przed świętami. Ich smutną i szczególną cechą były statki z pomarańczami stojące na redzie. Kupowanie telewizorów miało oddalić dziecięcą rozpacz, przybliżając historyczny moment spotkania z południowymi owocami. Na ekranie były one w zasięgu wzroku, mimo że statki ledwie majaczyły w porannej morskiej mgle.

Nasz ogromny telewizor, przywieziony aż z Warszawy (a mieszkaliśmy obok Nakła nad Notecią, sławnego już wtedy ze swojego I Liceum im. Bolesława Krzywoustego - niedawno ukończył je słynny pianista Rafał Blechacz), zajmował wprawdzie wielką część pokoju, ale miał za to aż siedemnastocalowy ekran. Technologiczna przepaść dzieliła go od czternastocalowych gówienek, na których nawet Władysław Gomułka wyglądał jak karzełek. Na naszym ekranie towarzysz Wiesław miał zawsze imponującą posturę, a Waldemar Łysiak, mizdrzący się przed Ireną Dziedzic w "Tele Echu", również był znacznie większy od Koszałka Opałka. Historycznym pasjonatom i obrońcom niezłomnego antykomunistycznego pisarza od razu powiem, że czarno-biały radziecki telewizor "Rubin" był równie wieczny, jak syberyjska tajga i wielkoruski nacjonalizm. I przetrwał do późnych lat 70. Jak widać nie tylko poeta pamięta!

Uważny czytelnik zapyta, skąd się wzięła ta nostalgiczna nuta w moich chłodnych zwykle tekstach. Winnego łatwo wskazać, wypominając mu przy okazji jego młody wiek. Nie przeszkodził mu on jednak w błyskotliwej rekonstrukcji czasów mojego pierwszego spotkania z tajemniczym, wielolampowym pudełkiem, które wtedy miało być narzędziem społecznej edukacji i socjalistycznej indoktrynacji, a teraz jest najważniejszym, obok internetu, elementem kultury popularnej.

Winowajca nazywa się Mateusz Halawa, a jego świetnie i z niezwykłą kompetencją napisana książka nosi tytuł "Życie codzienne z telewizorem". Inauguruje bardzo ciekawą i, dodajmy, niezwykle potrzebną serię "Popkultura i media". We wstępie profesor Wiesław Godzic zapowiada takie rarytasy wydawnicze, że nie pozostaje nam nic innego, tylko cierpliwie czekać, błagając wydawcę o pośpiech.

Dziwne, ale oglądanie telewizji i sama telewizja jako medium pozostawały dotychczas na marginesie zainteresowań polskich medioznawców, kulturoznawców i socjologów. Nie chcę być niesprawiedliwy, ale prac Andrzeja Gwoździa (i jego uczniów) Wiesława Godzica (i uczniów), Agnieszki Ogonowskiej, Mateusza Halawy i kilkunastu jeszcze badaczy parających się tą fascynującą problematyką i pisujących w kwartalniku "Kultura Popularna", wydawanym przez Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej, ciągle jeszcze nie można porównywać z kilkudziesięcioletnim dorobkiem uczonych zachodnich.

"Życie codzienne z telewizorem" to zapowiedź zmian w podejściu do społecznego procesu oglądania telewizji (tak właśnie, biorąc pod uwagę różne jego antropologiczne konteksty, traktuje problem autor). Telewizor w wielu domach stanowi centrum przestrzeni mieszkalnej, miejsce uświęcone emocjonalnymi doznaniami i zwierciadło świata (Richard Rorty w tym przypadku z pewnością by się uśmiechnął). Niestety jest także czarną dziurą, która, jak tajemnicze kosmiczne twory, pochłania wrażliwość, refleksyjność i samodzielność myślenia. Mówimy "telewizorem" i nim "myślimy".

W większości rodzin wybór odpowiedniego programu jest wskaźnikiem sprawowanej władzy, a pilot jej symbolem. Król miał berło, samiec lub samica alfa trzymają w ręce pilota. To dlatego w tak wielu domach spotyka się kilka telewizorów; wtedy nie trzeba, w sposób nieraz upokarzający, walczyć o nieskrępowany dostęp do ekranu. Telewizor jest także najlepszym lekiem na samotność, do niego się mówi, kiedy już nie ma do kogo. Albo toczy się otwarte polemiki, pukając, poprzez szklany ekran, polityków w coraz głupsze czoła.

Niewiele osób ma odwagę zmierzyć się z czasem bezczynnie, smakując nudę i trwożnie patrząc na czarną, martwą dziurę ekranu, zapowiadającą nicość. Przecież wystarczy kliknąć, by świat znowu ruszył z miejsca.

Mateusz Halawa, "Życie codzienne z telewizorem", Warszawa 2006, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]