Ćwierć wieku dziejów Polski widziane z parkingu przed dyskontem

Po sklepach, które kiedyś wydawały się nam „normalne”, zostały tylko szczątki foliowych reklamówek targane przez wiatr na wysypiskach śmieci.
Czyta się kilka minut
Marek Rabij
Marek Rabij

Dzieci, które w tamtym czasie przyszły na świat, są już pełnoletnie, litościwie pomińmy więc nazwiska i nazwy głównych bohaterów tego wydarzenia.

A było tak. Zadzwonił telefon i głos szefa działu ogólnopolskiego tygodnika opinii, w którym wówczas pracowałem, zapoznał mnie z nowym zadaniem: – Pójdziesz do jakiegoś dyskontu i zrobisz reportaż o tym, kto tam kupuje, dlaczego tam, a nie w normalnym sklepie, co tam można kupić itd. Co ci będę tłumaczyć, wiesz chyba, w czym rzecz. No to cześć – pożegnał się w swoim stylu pryncypał.

Z zakamarków jaźni, w których składuję wstydliwe wspomnienia, tamtą konwersację uwolniły nieoczekiwanie ostatnie godziny pracy nad bieżącym numerem „Tygodnika", gdy wysyłaliśmy do druku okładkowy materiał Beaty Chomątowskiej o tym, co nam dały, a co zabrały dyskonty.

Podróż po Polsce widzianej z parkingu przed Biedronką i Lidlem

Dwie dekady w polskiej historii to zawsze dużo, zdarzało nam się w tym czasie odzyskać i utracić niepodległość. W minionym ćwierćwieczu mieliśmy więc i sporo czasu na zmianę nawyków konsumpcyjnych i żywieniowych, a nawet na gruntowny remanent pojęciowy, który objął i to, jak rozumiemy słowo „elitarny”. Po wielu sklepach, które mojemu ówczesnemu szefowi wydawały się „normalne”, zostały tylko szczątki foliowych reklamówek na wysypiskach śmieci. Normalne – a raczej należałoby rzec powszechne – stały się natomiast zakupy w dyskontach.

Wybraliśmy się w podróż po Polsce widzianej z parkingu przed takim sklepem i wyzierającej spomiędzy jej półek, żeby przyjrzeć się zmianie, która w tym czasie zaszła na polskiej ulicy, talerzu i w naszych głowach. Będziecie rozczarowani, jeśli spodziewacie się po takiej wycieczce jedynie zachwytów nad bilansem tych przemian. Może zniesmaczy was też nasze dla nich uznanie – jeśli liczyliście jedynie na antykonsumpcyjną filipikę. Antropologia codzienności, na której próbkę sobie pozwoliliśmy, nie może ukazywać zjawisk w jednej tylko płaszczyźnie, jeśli traktować ją serio, a nie jako podkładkę pod tezę.

Zresztą, jaka to przyjemność zagłębiać się w tematykę prostą jak matematyka dla klas pierwszych? Od dawna mam wrażenie, że koleżanki i koledzy, których spotykam codziennie w redakcji, oraz nasi współpracownicy najlepiej czują się właśnie w pracy nad tematami, które można by oznakować znanym z social mediów tagiem „to skomplikowane”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 09/2026