Chwała nadmiaru

KRISTINA SABALIAUSKAITĖ, pisarka: Przypominam, że Rzeczpospolita składała się z obojga narodów. My, Litwini z Wielkiego Księstwa, pochodziliśmy od Rzymian, a wy, Polacy – od Sarmatów. Zabolało?

29.10.2018

Czyta się kilka minut

Kristina Sabaliauskaite, Kraków, październik 2018 r. / GRAŻYNA MAKARA
Kristina Sabaliauskaite, Kraków, październik 2018 r. / GRAŻYNA MAKARA

MICHAŁ WÓJCIK: Proszę mi pozwolić zacząć od cytatu. „Wszystko piękno w mej duszy przez Wilno pieszczone. Tu pierwsze słowa miłości, tu pierwsze słowa mądrości, tu wszystko, czym dziecko i młodzieniec żył w pieszczocie z murami i w pieszczocie z pagórkami. Jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie!”.

KRISTINA SABALIAUSKAITĖ: To Józef Piłsudski?

Oczywiście. I jeszcze ten cytat o Wilnie: „To miasto olbrzymich sprężonych energii, stolica domów wydawniczych publikujących książki w jidysz i hebrajskim, siedziba pism literackich i teatrów. Pod tym względem z Wilnem mógł konkurować jedynie Nowy Jork”.

To Czesław Miłosz.

Dwa do zera. To teraz dla kontrastu: „Okrutne miasto, miasto, gdzie zaraza obudziła w ludziach bestie, gdzie przechodzień mógł przestąpić konającego na ulicy, przetrząsnąwszy mu uprzednio kieszenie, gdzie chrześcijanin mógł pożreć drugiego chrześcijanina albo rozszarpać na kawałki niewinne niemowlę”.

Widziałam te ofiary dżumy na własne oczy. Przed laty mój profesor zabrał nas, studentów historii sztuki, do katakumb w kościele św. Ducha. Ofiary zarazy leżą tam u Dominikanów do dziś. Pamiętam ciało jakiegoś biskupa, a tuż obok matkę z niemowlęciem na ręku. To były zmumifikowane trupy. Przerażające. Dziś już ich oglądać nie można, podziemia są zamknięte dla publiczności. Ale panu zapewne chodzi o to, że pisząc w ten makabryczny sposób o Wilnie jakoś się nad tym pięknym miastem nie roztkliwiam, tak?

Panorama Wilna, 2016 r. / SERGII FIGURNYI / STOCK.ADOBE.COM

Mógłbym jeszcze przywołać tu pisarstwo Tomasa Venclovy. Jego książkę „Opisać Wilno” Adam Michnik uznał za balsam na rany pamięci. Tymczasem Pani pisanie o Wilnie i Litwie to raczej sól na rany...

Cóż, ja na pewno nie piszę „ku pokrzepieniu serc” jak Sienkiewicz. Podczas spotkania na Festiwalu Conrada ktoś zadał mi pytanie: czy moje pisanie ma działanie terapeutyczne? Czy piszę o historii Litwy, by zabliźniać rany? Otóż nie. Jest przeciwnie. Moje pisanie to zimny prysznic. Próżno tu szukać optymistycznego przesłania. Czytelnicy w Polsce zrozumieją to po przeczytaniu całej tetralogii „Silva rerum” [właśnie ukazał się w Polsce drugi jej tom – red.]. Jeden z moich litewskich czytelników powiedział, że czwarty tom jest jak zerwanie plastra z rany. Moim zdaniem właśnie tak ostrego bólu czasem potrzebujemy. Nie ukojenia trudnej pamięci, ale właśnie bólu. Potrzebujemy go, by nie powtarzać własnych błędów z przeszłości. Na tym polega nauka z historii.

Zapewne o to samo chodziło Miłoszowi i Venclovie, jednak ja wybrałam inną metodę narracji. Bo... cóż, powiem przewrotnie: ani Miłosz, ani Venclova, którzy tak pięknie pisali o Wilnie i są dogłębnymi znawcami miasta, nie pochodzili stąd. Oni się tam nie urodzili. Tymczasem ja – tak. Mam immunitet na wirus wileński. Oni nie. Z nimi stało się chyba to, co z wieloma innymi, którzy tam przyjechali i się w Wilnie zakochali. Miasto rzuciło na nich czar. To samo dotyczy Piłsudskiego, którego pan również zacytował. Oni wszyscy przesiąknęli magią tego miejsca. Duch miasta nimi zawładnął, stąd obraz Wilna w ich pisarstwie jest wyidealizowany.

Nieprawdziwy?

Nie, tego nie powiem. Wilno jest przede wszystkim stricte barokowym miastem. Z kolei barok to moje DNA. Fragment, który pan przeczytał, pochodzi z drugiego tomu „Silva rerum”. Akcja dzieje się na początku XVIII wieku, na Litwie trwa zaraza i te straszne sceny po prostu się działy. Mogę powiedzieć, że moje pisarstwo, i ja sama – jesteśmy z baroku. Od najmłodszych lat żyję pod wielkim wpływem barokowej estetyki i – jeśli tak mogę powiedzieć – filozofii. Akurat w Wilnie wszystko, co piękne, związane jest z tą epoką. I piękne świątynie, i krzywe uliczki, kończące się kościołami.

Paradoksalnie, przez ten barok właśnie Wilno jest tak mało litewskie. To raczej „mała Europa” pośrodku litewskich puszcz. Miasto ukształtowali imigranci. Począwszy do niemieckich kupców, których zaprosił Giedymin, poprzez Polaków, Rusinów, Karaimów, Hiszpanów, Włochów, Francuzów i Żydów. Gdyby dziś „wyciąć” z wileńskiej tkanki ich kultury, zostałaby wydmuszka. Wyobraża pan sobie Wilno bez kościoła św. Anny, dzieła niemieckich architektów, albo bez żydowskiej dzielnicy? Czy rosyjskich cebulastych cerkwi? Nie da się. Wilno jest jak chór, gdzie każda narodowość śpiewa w swoim języku trochę inną melodię, ale wychodzi z tego bogata polifonia.

Akcja cyklu „Silva rerum” dzieje się w XVII i XVIII wieku. Na postacie nałożyła Pani makabryczną, barokową sukienkę. Są tu paralitycy, schizofrenicy, wenerycy. Jest dzika namiętność, zdrada, pluskwy, brud i nędza. No i trup ściele się gęsto. Śmierć w każdej odsłonie, bez znieczulenia. Gdzie tu piękno?

Ależ jest. Jest zło i brzydota, ale jest także przepiękna barokowa muzyka, poszukiwanie sensu życia, jego głębi, dążenie do Boga. Te wszystkie wyżyny ducha z tymi paralitykami, żebrakami i trupami są ze sobą w zgodzie, koegzystują. Moje pisanie jest bardzo silnie powiązane z moją pierwszą pasją, historią sztuki. Dla mnie barok to Caravaggio, mistrz chiaroscuro. W malarstwie termin ten oznacza właśnie rozkład świateł i cieni, balansowanie między dwiema skrajnościami, by uzyskać wrażenie trójwymiaru. Tylko dzięki kontrastowi da się pokazać pełny wymiar i skalę. I chyba dlatego w mojej literaturze horror sąsiaduje z sielanką, piękno z brzydotą, życie ze śmiercią.

Nie wiem, czy zwrócił pan uwagę, że gdy zapada zmrok, akcja powieści przenosi się do wnętrz. Czy to do komnaty Anny Katarzyny Narwojszowej w Milkontach, czy pokoju Urszuli Birontowej przy ulicy Końskiej, czy do gabinetu Aarona Gordona, żydowskiego medyka. Ich komnaty – właśnie jak u Caravaggia – rozświetla świeca i moich bohaterów można dostrzec tylko w jej zasięgu, pochylonych nad lekturą czy zanurzonych we wspomnieniach. O bohaterskich i chwalebnych czynach albo o podłych i okrutnych zbrodniach.

Rzeczywiście, barok to klucz do Pani powieści. Pisarze nie lubią takich pytań, ale zapytam: dlaczego akurat ta epoka?

Zainteresowanie barokiem zawdzięczam dziadkowi. To była nieprzeciętna osobowość. Za czasów niepodległej Litwy odebrał doskonałe wykształcenie, znał osiem języków, deklamował Owidiusza po łacinie, Homera po grecku. Przez pewien czas pracował jako muzealnik. Gdy byłam dziewczynką, zabierał mnie do miasta i pokazywał ukryte skarby. Pamiętam, że największe wrażenie robił na mnie, zresztą robi do dziś, kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu. To jest barokowy mikrokosmos, ponad dwa tysiące rzeźb i płaskorzeźb różnych postaci świętych i aniołów.

W jednej z kaplic jest grupa rzeźb przedstawiająca cnoty królewskie, wśród nich młoda piękna kobieta w barokowej sukni, a obok kaleka bez ręki i nogi. Dama daje mu jałmużnę. Ten motyw zainspirował mnie do stworzenia relacji Anny Katarzyny z Janem Żołnierzem, kalekim opiekunem dworu w Milkontach. W tym kościele esencję baroku widać jak na dłoni. To cudowny balans między nadmiarem a ascezą. Jest niezwykłe bogactwo, ale nie ma jednego. Nie ma koloru, wszystko jest w białym stiuku. Gdyby dodać do tego kolor, to byłaby kakofonia i kicz. Te kontrasty i napięcia, charakterystyczne dla baroku, determinują sposób myślenia moich bohaterów. W pierwszej części „Silva rerum” mamy więcej z Kartezjusza, w drugim omie więcej ze Spinozy. Czyli rozważania nad ludzkim losem i przypadkiem. Trzecia część – jeszcze nie przetłumaczona na polski – zanurzona jest w rokoko. Jest tu eskapizm, dekadencja, różne utopie. A w czwartym tomie mamy już światło oświecenia.

Wracając do opinii o Wilnie, które był pan łaskaw zacytować, to miasto rzeczywiście ma bardzo dużo twarzy. Litewski prozaik Ričardas Gavelis idzie chyba jeszcze dalej niż ja. Opisuje miasto jako anus mundi. Polscy czytelnicy będą mogli poznać wreszcie jego fenomenalny „Poker wileński”, bo ma być wkrótce wydany.

Powiedziała Pani przed chwilą, że „Silva rerum” to zimny prysznic, ale dla kogo? Dla Pani rodaków Litwinów czy szerzej, również dla nas Polaków, obywateli wspólnej niegdyś Rzeczpospolitej?

Dla nas wszystkich. Ta nasza wspólna historia była piękna i fascynująca. Niestety projekt Rzeczypospolitej skończył się fatalnie. Ale mój cykl nie jest ani trenem opłakującym, ani pieśnią żałobną za straconym czasem. To dramat, a więc dziedzina dla pisarza.

Jest Pani weredykiem, który ma potrzebę powtarzania rozmówcy, że ma zeza i śmierdzi mu z pyska?

Śmierdzi mu z gęby, ale ma piękne oczy. I tak go kocham!

Sarmatę? Obywatela dumnej Rzeczypospolitej?

Ha, ha... proszę wybaczyć. Nie Sarmatę. Przypominam, że Rzeczpospolita składała się z obojga narodów. My, Litwini z Wielkiego Księstwa, pochodziliśmy od Rzymian, a wy, Polacy – od Sarmatów. Ja akurat kocham tego Litwina post-Rzymianina.

Zabolało mnie, ale trudno. Jaka była reakcja na Pani wizję naszej wspólnej historii dziesięć lat temu, gdy ukazał się pierwszy tom „Silva rerum”?

Czytelnicy byli w szoku, ale nie dlatego, że tak przedstawiłam wspólne dzieje. Byli zaskoczeni zarówno treścią, jak i językiem. Bardzo się cieszę, że w polskim przekładzie Izabeli Korybut-Daszkiewicz nic z tego rytmu i czułości językowej nie zniknęło. Akcja toczy się w zasadzie bez dialogów, choć przecież bohaterowie są w ciągłym kontakcie, spięciu, dotyku. Słychać ich, choć nic do siebie nie mówią. To są właśnie barokowe iluzje.

Oprócz nagród i laurów na Litwie była również krytyka.

Mamy u nas bardzo rygorystyczne podejście do czystości mowy ojczystej. Działa Państwowa Inspekcja Języka, ciało polityczne. I ona oprotestowała w mojej książce zbyt dużą liczbę, taki padł zarzut, różnych polonizmów czy archaizmów. Uznano, że to są błędy i należy je usunąć. Bo to mankament i czytelnicy na to nie zasługują.

Sytuacja jak z Orwella!

Te zarzuty nasiliły się potem, gdy opublikowałam zbiór ośmiu opowiadań. Każde z nich napisane było innym dialektem, po to, by oddać specyfikę środowiska, z którego pochodzili bohaterowie. Np. handlarz narkotyków mówił swoim slangiem, a wilnianka z dobrego przedwojennego domu wyszukaną polszczyzną. Dla mnie język jest jak muzyka. Wprost przepadam za brzmieniem różnych gwar, dialektów i żargonów. Czasami są potrzebne mocne akordy.

Jak się skończyła Pani „sprawa”?

Inspekcja chciała ukarać wydawcę mandatem. Przyszło pismo, że liczba błędów językowych w mojej prozie jest zbyt duża i w następnym wydaniu należy to poprawić. Dokładnie sformułowano to tak, że ich suma nie może przekraczać dopuszczalnej normy na jeden arkusz wydawniczy. Przekroczenie normy wywoła konsekwencje prawne i finansowe. Na szczęście wszystko rozeszło się po kościach. Powiedziałam, że nie ustąpię i będę pisać, jak chcę. Np. stare słowo „broma”. Oznacza bramę do kamienicy. Po dziesięciu latach nasz upór spowodował, że broma została wykreślona ze spisu błędów.

Oficjalny spis błędów? Jest coś takiego? Przecież to językowa urawniłowka! Jakie są jeszcze litewskie paranoje?

Postsowieckie myślenie. Myślenie stadne. Mam wrażenie, że mówienie własnym głosem wymaga jeszcze na Litwie dużej odwagi. W jednym ze swoich opowiadań poruszyłam temat KGB na Litwie. Chodziło o adaptację ludzi dawnych służb w nowej, litewskiej już rzeczywistości. Podczas jednego ze spotkań podszedł do mnie znany na Litwie były funkcjonariusz służb, wówczas szef różnych środowisk kulturalnych, i zaczął mi subtelnie grozić. Był szczerze zdziwiony, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia.

W swoich książkach rozdaje Pani razy zarówno Litwinom, jak i Polakom koroniarzom. „Ile jeszcze można żreć na warszawskich sejmach? Dupę wycierać po sejmowych ławach, pić i żreć korupcyjne jadło” – pytają litewscy konfederaci, którzy marzą o oderwaniu Litwy od Korony. Z kolei Litwinom – pada taki osąd – brakuje jaj Sasów. August Mocny Sas, aby się koronować na króla, po prostu włamał się do polskiego skarbca po insygnia koronne.

W drugim tomie rzeczywiście jest u moich bohaterów nostalgia za silną Litwą. Czasami miewaliśmy tendencje separatystyczne, dbając o interesy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przecież Wilno to nie są żadne Kresy, to pojęcie dosyć nowe i zależy od punktu widzenia. Muszę powiedzieć, że mnie osobiście to określenie bardzo śmieszy. Bo Litwa i Wilno, kiedy piszę, są dla mnie absolutnie centrum wszechświata. Kresami jest dla mnie Polska... (śmiech) Wilno było niegdyś stolicą jednego z dwóch równorzędnych partnerów w Rzeczypospolitej. Mieliśmy swoje Księstwo, hetmana, wielkiego kanclerza, swoją rangę urzędów.

To jak Pani zareagowała na pomysł, by na polskich paszportach było wyobrażenie Ostrej Bramy jako fragmentu polskiego krajobrazu symbolicznego?

Ależ to był dla mnie komplement. Bardzo mi było miło. W takim razie my na swoich banknotach powinniśmy przedstawić katedrę wawelską. W Krakowie pochowani są nasi, litewscy Jagiellonowie. Albo zawłaszczymy sobie Mickiewicza, czemu nie? Choć nie znał ani słowa po litewsku, bo urodził się w białoruskiej części Księstwa, to jednak mieszkał w Wilnie i Kownie, nigdy nie był związany ani z Warszawą, ani z Krakowem. A przyjaźnił się z literatami w Petersburgu i Paryżu.

Tak na serio: bardzo mnie niepokoją nacjonalizmy, które dochodzą do głosu w naszej części Europy. Jeden z litewskich publicystów powiedział, że po II wojnie światowej nacjonalizm, w każdej odsłonie, powinien być traktowany jak recydywista. W dzieciństwie był niewinnym blondynem pełnym marzeń o potędze swojej nacji, ale po II wojnie już za takiego pięknego błękitnookiego chłopca uchodzić nie może. Bo teraz to morderca, z którym przy jednym stole siadać nie wolno.

Myślę, że dobrą odtrutką na nacjonalizm jest historia. Trochę o niej ostatnimi czasy zapomnieliśmy. Ta nasza liberalna Europa trochę zaspała. Bo wolność, prawa człowieka i demokracja nie są dane raz na zawsze. Trzeba je cały czas podtrzymywać w dobrej formie. Tymczasem zignorowaliśmy niepokojące sygnały. To był błąd. Ale pojawiło się także drugie niebezpieczeństwo. Poglądy lewicowe i prawicowe oddalają się od siebie coraz mocniej i wcale nie oznacza to, że pojawia się silne centrum. Polacy i Litwini radykalizują się. Zawsze, gdy mnie ktoś pyta o moje poglądy polityczne, odpowiadam, że jestem radical centre. A właśnie tego silnego, radykalnego, czyli rozważnego centrum, pragmatycznego porozumienia się dla dobra całego narodu brakuje w tej części Europy najbardziej. I to w sytuacji, gdy za naszymi granicami czai się tyle niebezpieczeństw.

Na koniec muszę zatem zadać to pytanie: kim Pani jest? Nazwisko Sabaliauskaitė to przecież nasza Sobolewska!

Historia nazwiska mojego taty jest bardzo ciekawa. Początkowo brzmiało Sabalius. Potem zostało spolszczone na Sobolewski. A potem zlituanizowane na Sabaliauskas. Kim jestem? Wilnianką. Mój pradziadek przyjechał na Litwę z Korony, ze środka Polski. Druga część rodziny pochodzi ze Żmudzi. Od połowy XVIII wieku mieszkamy w Wilnie i z tego wspaniałego genetyczno-kulturowego koktajlu nic nie będę wyrzucała. To właśnie czyni mnie istotą wyjątkową. ©

KRISTINA SABALIAUSKAITĖ (ur. 1974) jest litewską pisarką. Doktor historii sztuki. Od 2002 r. mieszka w Londynie. W Wydawnictwie Literackim właśnie ukazał się drugi tom jej tetralogii „Silva rerum” w przekładzie Izabeli Korybut-Daszkiewicz. Sprzedaż tetralogii w niespełna trzymilionowej Litwie sięgnęła 250 tys. egz.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2018