Reklama

Cały naród popiera mistrzostwa

Cały naród popiera mistrzostwa

18.12.2005
Czyta się kilka minut
Nawet jeśli cudem tylko, jednym głosem przewagi, weszliśmy do decydującej rozgrywki o prawo do organizacji Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 r., to nic to. Poprawmy się i wygrajmy. Przywódcom naszych krajów odpowiedzmy zgodnie pomożemy!, by w finale pokonać konkurentów: Włochy oraz Chorwację z Węgrami.
N

Następnie zakasajmy rękawy, błyskotliwym czynem wybudujmy nowoczesne stadiony oraz wielopasmowe autostrady, orężem zaś i sprytem zwalczmy stadionowych chuliganów. A wtedy, po blisko stu latach, zakończymy wreszcie puentą polsko-ukraińskie idee Piłsudskiego... Zróbmy to!

Emfaza fanatyka? Żarty? Czy porównywanie wspólnej organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej do wyzwań na miarę federacyjnego państwa polsko-ukraińskiego to niepowaga? Bynajmniej.

Bo nie może być wątpliwości, że piłka nożna to gra na serio. Bardzo serio. Czasem nawet śmiertelnie serio. Żyjemy przecież kilkadziesiąt lat po wojnie futbolowej między Hondurasem i Salwadorem, po masakrze na Heysel, w dobie bitew kibiców o prawo “rządów" w jakimś mieście, żeby wspomnieć niedawną polsko-niemiecką bitwę chuliganów o Berlin.

Futbol jest grą serio, i to wszechobecną grą. Dawno skolonizował Afrykę i podbił Azję, by stać się produktem globalnym, w dodatku medialnym. A czyż w czasach naznaczonych rządami mediów może coś stać wyżej ponad najpopularniejszy serial świata, nieustający, zawsze odnawialny mecz piłki nożnej?

To przecież futbol ciągle wygrywa, gdy miliony widzów na świecie ślęczą przed telewizorami, uparcie poprawiając słupki oglądalności piłki nożnej. I te miliony czynią to skutecznie, tylko od czasu do czasu przegrywając z lokalnym bożkiem jakiegoś kultowego odcinka “M jak miłość". No, ale nie porównujmy tu lekkich rozrywek z poważną grą, z futbolem.

To właśnie futbol jest ważny, bo masowy, to futbol niesie święte barwy i sztandary państw czy miast, którymi machają tysiące, a z którymi utożsamiają się miliony. To w futbolowych kontekstach współcześni generałowie (trenerzy, prezesi, kapitanowie drużyn) dmą w trąby narodowej czy regionalnej dumy, wyzywają na gardłowe pojedynki, wywijają młynki szablami nowej, zmyślnej taktyki, zobowiązują się do wendety (srogiego rewanżu), do zaprezentowania narodowego (regionalnego) geniuszu.

Branżę sportową i sportowe media w sposób szczególny obowiązują bitewne slogany i język wojenny. I nic w tym dziwnego, bo futbol często zastępuje współczesnym wojny: tu się wygrywa bitwy, dedykowane wielbiącemu żołnierzy, sorry, piłkarzy, narodowi. To drużyny futbolowe wracają z tarczą bądź na tarczy. To one po zwycięskich bitwach, pardon, meczach, tryumfalnie objeżdżają miasta, pozdrawiając tłumy z odkrytych, przypominających rydwany pojazdów.

To wreszcie futbol jest najnowocześniejszym narzędziem marketingowym: tu się kreuje produkt gospodarczy, turystyczny i sportowy. Przez koszulki piłkarzy czy bannery wokół stadionów wielkie korporacje docierają do oczu milionów. Futbol wskazuje godne milionów turystów (i ich portfeli) kraje i miasta. To w nazwach państw (miast) organizatorów zdarzeń futbolowych wyraża się wielkość, godność i rozmach.

O tak, futbol jest grą coraz bardziej serio. I żeby wygrywać na najważniejszych polach, żeby skutecznie promować, kreować, zarabiać - to właśnie wokół futbolu trzeba skoncentrować politykę: wewnętrzną i zewnętrzną. Punkt dla Thatcher skutecznie walczącej z chuliganami. Punkt dla Berlusconiego za wielki Milan. Punkty dla wszystkich polityków budujących stadiony i czyniących piękniejszymi najpopularniejsze igrzyska: igrzyska futbolowe.

A jakież dopiero cele można realizować w polityce zewnętrznej! Warto nawet dyplomację polityczną prowadzić przez futbol. Czyż ukraińsko-polskie finały mistrzostw nie zbliżyłyby Ukrainy ku Europie? Czy Ukraina nie stałaby się dzięki nim bardziej pomarańczowa, a mniej niebieska? Czyż moglibyśmy piękniej i subtelniej odgryźć się Putinowi za zdradziecki rurociąg, niż organizując ramię w ramię z Ukrainą europejskie finały 2012?

I trzeba przyznać, że nasi politycy zachowują czujność. Jeśli chodzi o wspólne z Ukraińcami finały mistrzostw - klasa polityczna jest zgodna, jak w żadnym innym temacie. Premier Marcinkiewicz w exposé obiecuje zbudować nowoczesne stadiony, za mistrzostwami jest i Kwaśniewski, i Kaczyński (z bratem), popierają ideę Tusk i Rokita, popiera Giertych. I nawet Lepper, niedawno pytany w “Trójce" na ten temat, rozpromienił się i zacukał, deklarując wspieranie starań Polaków i Ukraińców.

Czyli jeden warunek spełniamy: warunek powszechnego, ogólnonarodowego poparcia. Bo podobno, żeby odnieść sukces w rywalizacji z Włochami i Węgrami z Chorwacją, cały kraj musi zgodnie wspierać ideę, bez wyłomów, które konkurenci niechybnie wykorzystaliby. Kraj ma być zjednoczony, zwarty i gotowy. Dlaczego udało się Portugalii? Ano dlatego, że od komunistów po postsalazarowców wszyscy poparli projekt portugalskich finałów.

Owszem, brak infrastruktury zdaje się stanowić zaporę nie do przebycia. Kiepskie stadiony, żenujące drogi, lotniska nie na miarę wyzwania. Trudno podejść do tego tematu lekko. Ale: tu znów przykład Portugalii i jej finałów z 2004 r. - oni też nie posiadali wspaniałych stadionów i rewelacyjnego zaplecza, ale dali radę. Więc i my damy. A nawet więcej: już sobie gdzieniegdzie dajemy radę.

Weźmy polskie stadiony: tu się dzieją rzeczy, jak na nasz kraj, niebywałe. Równocześnie inwestuje się ciężkie miliony w stadiony w Krakowie (dwa), Kielcach czy Poznaniu. Blisko startu są inwestycje w Warszawie, Wrocławiu, Lubinie, Płocku czy w Białymstoku. Kryte trybuny, podgrzewane płyty boisk, budynki zaplecza, boiska treningowe o sztucznych nawierzchniach - cała futbolowa Polska inwestuje i ze swoich inwestycji jest dumna. Zakochani w oddawanym właśnie do użytku stadionie kieleccy działacze i samorządowcy ogłosili nawet gotowość przyjęcia u siebie przed przyszłorocznymi finałami Mistrzostw Świata jakiejś reprezentacji-finalistki, najchętniej Brazylii.

A więc Kielce już są gotowe, a co dopiero będzie za 7 lat - każdy chce dać radę. Kiedy Polski Związek Piłki Nożnej wytypował wstępnie do grona polskich miast-organizatorów ME 2012 Warszawę, Chorzów, Wrocław i Gdańsk, wówczas Kraków i Poznań zaprotestowały i postanowiły walczyć o swój udział w imprezie - tak wiele chęci i optymizmu zgromadziło się w Polsce wokół piłki. I ten optymizm, trzeba wierzyć, zdolny jest nawet wykuć w ciężkiej glebie naszej ojczyzny zjawiskowe autostrady. W naszym kraju, bywa, dzieją się rzeczy zaskakujące.

Występuje jeszcze kłopot z kibicami, czy raczej z kibolami. Nie bagatelizuję go - to poważny kłopot. Ale siedem lat, w przypadku wprowadzenia dobrego prawa, przy radykalnym poprawieniu przyjaznej spokojnemu kibicowaniu infrastruktury stadionowej (co już się dzieje) powinno złagodzić, a może nawet wyplenić stadionowy wampiryzm.

A czy Ukraina to dobry partner? Tak, to bardzo dobry partner. Partner, który wzmacnia nasz projekt od strony politycznej. Idea europejskiego obłaskawiania Ukrainy, ciekawość odkrywania nowych krajów, dotąd w sprawach organizacji mistrzostw niespenetrowanych - to może pomóc. Polsko-ukraińskie mistrzostwa mogą magnetyzować szukających oryginalności futbolowych decydentów tak samo jak twórczość Dario Fo czy Elfriede Jelinek przekonała noblowskich akademików.

Poza tym Ukraińcy są lepiej od nas przygotowani od strony infrastruktury. Taki Szachtar Donieck, jeden z dwóch największych klubów ukraińskich: jego budżet dziesięciokrotnie przerasta najwyższy budżet klubu polskiego. Ich stadion zamieniany jest w perełkę. W klubie pracują nawet specjaliści od nienagannego uklepywania trawnika przy pomocy cudacznych, a niepraktykowanych jeszcze w Polsce narzędzi. Czyli: profesjonalny klub. Takich na Ukrainie przybywa.

A że gigantyczne pieniądze krążące w Szachtarze czy w słynnym Dynamie Kijów są podejrzanej proweniencji? Możliwe. Ale skoro Europa wchłania gładko kolejnych Abramowiczów, to trudno inną miarą mierzyć Kijów niż Londyn.

Mistrzostwa polsko-ukraińskie to także same plusy od strony sportowej. Przecież na inwestowaniu w sport skorzystają kolejne młode pokolenia. Więcej boisk, więcej hal, więcej stadionów, więcej dzieciaków biegających za piłką, a może z czasem również wzrost poziomu naszej siermiężnej ligi - to się wydaje niezła opcja. Jeśli do tego dołożyć promocję kraju, pożytki polityczne i cywilizacyjne, to nie pozostaje nic innego, niż wybrać opcję “ME 2012": klik, klik, niech się stanie!

I wybaczcie frywolność mojego głosu poparcia. Bo temat futbolowy, mimo obowiązującego zadęcia, wydaje się być raczej w stylu pop.

PAWEŁ MISIOR jest dziennikarzem i wydawcą, byłym prezesem klubu sportowego “Cracovia"; pod jego kierunkiem drużyna piłkarska awansowała z trzeciej do pierwszej ligi. Stale współpracuje z “TP".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]