Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Bogactwo procentuje

Bogactwo procentuje

18.06.2013
Czyta się kilka minut
Cesarze rzymscy narodu niemieckiego, królowie Czech, Węgier i Polski, władcy Siedmiogrodu, Szwecji, a nawet odległej Hiszpanii przez lata leżeli obok siebie w niewielkim, miedzianym naczyniu w kształcie bochenka chleba.
Odkrycie skarbu, Koszyce, 24 sierpnia 1935 r. Obok – jedna z odnalezionych monet Fot. Muzeum Wschodnioslowackie w Koszycach
K

Kasetkę, w której znajdował się poczet koronowanych głów z całej Europy odkrył Piotr Stacho, polski robotnik, który 24 sierpnia 1935 r. o godzinie 11.45 uderzył łopatą w gliniastą ziemię na ulicy Stefanikowej 74 (dziś Główna 68) w Koszycach, gdzie pracował przy przebudowie siedziby Dyrekcji Finansowej.
Nie co dzień dokonywano tam takich odkryć, więc inżynier Ladislav Palčik skrzętnie odnotował zdarzenie w kronice budowy. Ze sporządzonych przez niego zapisków wiemy, że po uchyleniu pokrywy pojemnika oczy robotnika Stachy i kilku jego kolegów zajaśniały blaskiem „tysięcy” (dziś wiemy dokładnie: 2 922) złotych monet, a także wykonanych z tego samego kruszcu trzech medali oraz łańcucha. Z dukatów spoglądały na nich twarze monarchów panujących w różnych epokach i krajach Europy, począwszy od Zygmunta Luksemburczyka, przez Macieja Korwina, Jana Zápolyę, Rudolfa II Habsburga, Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego, Jerzego Rakoczego II, Władysława IV i Jana Kazimierza Wazów, skończywszy na Leopoldzie I Habsburgu.
KRADZIEŻ NIE POPŁACA
Spotkanie z historią nie onieśmieliło odkrywców: któryś z nich zanurzył dłoń w dukatach, uniósł jednego z nich do ust i najzwyczajniej w świecie ścisnął zębami, dokonując tym samym pierwszej materiałoznawczej analizy znaleziska. W końcu nie wszystko złoto, co się świeci...
Diagnoza robotników wypadła pozytywnie (co jakiś czas później potwierdzili także uczeni): wszystkie przedmioty wykonano z kruszcu najwyższej próby. Znalazcy zaczęli kalkulować: przy takiej liczbie monet nikt nie zauważy braku kilku... Po skończonej dniówce, z ponad stu dukatami w kieszeni zapukali do jubilera, który jednak bardziej niż kruszcem zainteresował się jego pochodzeniem i zgłosił wydarzenie na policji. Gdy robotnicy podjęli kolejną próbę upłynnienia złota, tym razem zaczepiając spacerowiczów w miejskim parku, zatrzymano ich. ­Karą za defraudację skarbu (dwóch monet nie odzyskano) było pozbawienie prawa do nagrody za jego znalezienie, która w owym czasie wynosiła jedną trzecią wartości znaleziska – wtedy ponad 294 tys. koron czechosłowackich. Średnia pensja robotnika wynosiła 850 koron, odkrywcy koszyckiego skarbu musieliby więc pracować przez 29 lat, aby zarobić tę kwotę.
DROGI FORTUNY
Szybko zdano sobie sprawę z wagi odkrycia. Ważący 11,5 kilograma skarb – złożony z unikalnych numizmatów (najstarsze dukaty pochodzą z początku XV w.; prawdziwym rarytasem jest nowożytna imitacja trackiej monety króla Lizymacha z przełomu IV i III w. przed Chrystusem) oraz ponad dwumetrowej długości renesansowego łańcucha (zachowany w całości – ewenement w skali europejskiej) – przekazano do ministerstwa finansów, potem do skarbca w Bratysławie, skąd z kolei powędrował do Narodowego Słowackiego Muzeum Historii i Geografii (dziś: Słowackie Muzeum Narodowe). Pozostawał tam do 1940 r., po czym trafił do skarbca w Pradze. Krótko potem przewieziono go do Muzeum Narodowego, gdzie rozpoczęło się dokładne badanie znaleziska.
Przerwano je w 1942 r. na skutek wzmożonego, aczkolwiek nienaukowego, zainteresowania skarbem kanclerza Trzeciej Rzeszy Hermana Göringa oraz innych niemieckich i węgierskich funkcjonariuszy nazistowskich. Koszyckie złoto postanowiono wtedy ponownie ukryć w bezpiecznym miejscu. Dzięki temu uniknięto nie tylko kradzieży, ale także bomby, która spadła na muzeum w ostatnich dniach wojny.
Zabytek wypakowano ze skrzyń w 1947 r., a sześć lat później pierwszy raz zaprezentowano publiczności. Po wieloletnich peregrynacjach znalezisko z ulicy Stefanikowej wróciło w końcu do Koszyc: w 1969 r. umieszczono je w specjalnie zaadaptowanych podziemiach Muzeum Wschodniosłowackiego. Ale władcy ze złotych dukatów jeszcze parokrotnie opuszczali miasto: m.in. na wystawy w Budapeszcie i, przed rokiem, w Krakowie. Dodajmy: z silną eskortą – wartość przedmiotów odkrytych przez robotnika Stachę szacuje się dziś na siedem milionów euro.
ŚLEDZTWO
Królowie ze złotych monet sporo o skarbie opowiedzieli. Na przykład to, kiedy został ukryty. Na najnowszej widnieje wizerunek Leopolda I Habsburga – to węgierski dukat z 1679 r.
Musiał znaleźć się w kasetce krótko po wyemitowaniu. A w Koszycach i okolicy dużo się wówczas działo... Rok wcześniej wybuchło powstanie przeciwko władzy Habsburgów, dowodzone przez Imre Tökölego, którego armia w okresie następnych kilku lat parokrotnie atakowała miasto, zdobywając je wreszcie w 1682 r. Koszyce pozostawały we władaniu rebeliantów do 1685 r., kiedy to siłom cesarskim udało się je odbić.
Wszystko więc wskazuje na to, że skarb został ukryty w latach 1679-82. W tamtym okresie w budynku przy ulicy Stefanikowej 74 swoją siedzibę miała Komora Spiska, instytucja ustanowiona przez dwór w Wiedniu w celu kontrolowania finansów w północnej części Węgier. Wstęp na jej teren mieli nieliczni. Marek Budaj, autor monografii na temat koszyckiego skarbu wydedukował, że jego właściciel musiał być wysoko postawionym urzędnikiem Komory. Kosztowności prawdopodobnie stanowiły jego prywatny majątek ponieważ nie zostały ujawnione po odbiciu ­Koszyc przez wojska cesarskie.
Jako domniemanych właścicieli skarbu Budaj wskazał trzy osoby. Mógł nim być Franciscus Bernardus Walsegg, prefekt Komory, który na początku lutego 1682 r. uciekł z Koszyc do Wiednia, gdzie kilka miesięcy później zmarł. Drugi potencjalny posiadacz ukrytej fortuny to Sigismundus Hollo, który sprawował w instytucji kilka funkcji, m.in. kanclerza. Po poddaniu miasta Hollo został wtrącony na pół roku do więzienia za odmowę współpracy z nowymi władzami, zmarł w 1685 r. w Krakowie. Trzecim człowiekiem, który mógł ukryć złoto, był Martinus Madarász, także kanclerz Komory Spiskiej, który ponadto był urzędnikiem we władzach miasta. Po zdobyciu Koszyc przez Tökölego przeszedł na jego stronę. Nie zdążył doczekać cesarskiej sprawiedliwości, gdyż, prawdopodobnie w 1683 r., popełnił samobójstwo.
***
Budaj wyliczył, że zwykły śmiertelnik­ mieszkający w Koszycach w ostatniej ćwierci XVII w. musiałby pracować 161 lat, by zarobić równowartość ukrytego złota. Prefekt Komory Spiskiej z roczną pensją 2,4 tys. dukatów potrzebowałby na to niecałe półtora roku, a kanclerze (z pensją 50 dukatów) – pięciu lat.
Dziś Koszyce starają się wykorzystać to dziedzictwo promocyjnie, choć w mieście darmo szukać gadżetów w postaci plastikowych imitacji złotych monet, owiniętych w złotko czekoladowych medali czy błyszczących łańcuchów. Zuzana Marciničová z Muzeum Wschodniosłowackiego w Koszycach, nieco zaskoczona pytaniem o marketingowe wcielenia skarbu, mówi, że jest on ważny dla Koszyc głównie dzięki nazwie, pod jaką słynie w świecie. Czy koszycki skarb wywoła wśród turystów złotą gorączkę i przyciągnie ich do miasta? Na razie pewne jest, że za kilka tygodni muzeum pokaże znalezisko w nowych, odnowionych wnętrzach.
Według dziennika „Corriere della Sera” przyszłość rysuje się dla miasta w świetlanych barwach. Gazeta zakwalifikowała je do pierwszej dziesiątki miast europejskich o obiecujących perspektywach rozwoju. Już teraz Koszyce chwalą się, że są „żelaznym sercem Słowacji” – ze względu na zlokalizowaną tu hutę, a mieszkańcy miasta cieszą się tytułem Europejskiej Stolicy Kultury 2013.
Bogactwo, w dodatku tak różnorodne, procentuje.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]