Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Życie w micie

Życie w micie

18.06.2013
Czyta się kilka minut
Márai podniósł to miasto do rangi mitu. A mit jest dobrem wspólnym. Słowacy są dumni, że tu, w Koszycach, urodził się i spędził dzieciństwo, a potem bywał wielki „madiarský spisovatel” Sándor Márai. I akceptują go także jako swojego pisarza.
Sándor Márai z rodzicami. Koszyce, Wielkanoc, 1928 r. Fot. Archiwum Autora
P

Pierwszy wieczór w Kassa, w Zagajniku,
Kiedy się rozpłakałem nad mym wierszem w druku
.
SÁNDOR MÁRAI, CASSOVIA, 1928

Tak się tutaj gnieździmy” – mówi mi pewna Węgierka urodzona w Koszycach. Dla niej to miasto nazywa się Kassa (po niemiecku Kaschau; po łacinie Cassovia – tak właśnie, aż do 1867 r., czyli momentu powstania Austro-Węgier, brzmiała oficjalna nazwa miasta). Dla Polaka są to jednak Koszyce, kojarzone głównie z przywilejem koszyckim z 1374 r. Dla Słowaków, oczywiście, Košice.
W Miszkolcu wybieram złą drogę. Gdy to spostrzegam, zjeżdżam na pobocze i o kierunek do Koszyc pytam przechodnia. Niebawem przekonuję się, że wskazał mi drogę w przeciwnym kierunku. Czy zrobił to specjalnie?
Kiedy w końcu wyjeżdżam na drogę krajową nr 3, zauważam napis „Kassa”, a pod nim drugi: „Košice”. Przekreślony sprejem. Smutny to obraz na tym pięknym, węgiersko-słowackim pograniczu...
NA PRZEŁOMIE EPOK
„Tak tutaj się gnieździmy”... Tutaj, czyli gdzie? W domu rodziców Sándora Máraiego, w Koszycach przy ulicy Mäsiarskiej, czyli Rzeźniczej (dla Węgrów to Mészáros utca). Kto się gnieździ? Mniejszość węgierska z mniejszością romską. W dwóch pomieszczeniach na parterze tego patrycjuszowskiego domu, z rodowym herbem nad bramą, znajdują się żmudnie zbierane pamiątki, głównie stare wydania książek Sándora Máraiego. Ale są już także pierwsze powojenne przekłady na języki obce: włoski, niemiecki i francuski; jest tam także egzemplarz „Żaru” w moim przekładzie; to powód, dla którego znalazłem się na konferencji poświęconej twórczości Máraiego, zorganizowanej przez słowacki oddział PEN Clubu.
A więc to jest ten Dom w tym Mieście! Tutaj, na kilka dni, przybył Sándor Márai w roku 1928, po całej dekadzie przeżytej w Niemczech i Francji.
Zachowała się fotografia ze śniadania wielkanocnego: Márai w towarzystwie rodziców. Nie ma Loli, żony pisarza, bo to pewnie ona fotografowała. Widać bez wątpienia dostatek tego domu, ale i coś jeszcze: kulturę stołu. I jeszcze coś nieuchwytnego – melancholię tego miejsca.
To już ostatnie chwile rodu Grosschmidów w Mieście (Márai jedynie w felietonach i publicystyce przywołuje nazwę „Kassa”; w beletrystyce jest to Miasto, Város). Długa historia życia kilku pokoleń przodków Máraiego w mieście ­Kassa dobiega końca. Kończy się, by tak rzec, czas Garrenów (w domyśle: Grosschmidów). Zmarły niedawno, wybitny węgierski badacz dzieła Máraiego, Huba Lőrinczy, swoją świetną książkę o cyklu powieściowym „Dzieło Garrenów” opatrzył tytułem „Pożegnanie z kulturą” („Búcsú egy kultúrától”). Węgierski tytuł wskazuje, że mowa jest nie o kulturze w ogóle, lecz w tym przypadku o kulturze patrycjuszowskiej (unikam słowa „mieszczańskiej”, które trywializuje problem).
„NIE ZAPOMNIJ: JESTEŚ ZE WSCHODU”
Jeszcze chwila i rodzice Máraiego opuszczą ten dom, przeniosą się na Węgry, kupią dom (śmiało rzec można: pałac) w Miszkolcu. Pisarz z żoną Lolą ­(także urodzoną w Kassa) zamieszka w Budapeszcie, który nigdy nie stanie się jego Miastem, nawet przez małe „m”. Będzie jedynie miejscem jego pobytu, pracy, sukcesu, którego dożyje jeszcze ojciec pisarza, pan Géza Grosschmid, wcześniej obawiający się, nie bez podstaw, że jego najstarszy syn nie poradzi sobie w życiu bez ojcowskiej pomocy. Pomiędzy ojcem i synem mogłaby rozegrać się scena, która otwiera sztukę Máraiego „Koszyccy mieszczanie” („A Kassai polgárok”); trzeba by cofnąć się w czasie, licząc od owego wielkanocnego śniadania w 1928 r., i jeszcze o kilka stuleci, do roku 1311.
Oto Kristóf żegna się z ojcem (mistrz János). Mówi Ojciec: „Idź zawsze na zachód, i nigdy nie zapomnij, że przyszedłeś ze wschodu”. Radzi mu także, aby nauczył się „ich języka, bowiem naszych słów nikt w świecie nie rozumie”. Ale płynie z ­tego pewna korzyść: mają swoją tajemnicę, jest nią język. W obecności obcych mogą mówić, co zechcą, także prawdę, ponieważ nikt ich nie zrozumie. Język jest swego rodzaju murem obronnym. Syn pyta: co ma powiedzieć obcym, kiedy już nauczy się ich języka? Ojciec: „Powiedz im, że zbudowaliśmy miasto w lesie dziewiczym, na granicy krajów i ludów. Budowaliśmy z kamienia, wedle ich obyczaju. Powiedz im, że jesteśmy chrześcijanami i chcemy żyć w zgodzie z wyższym ludzkim prawem. Powiedz im, że w coś wierzyliśmy” (wszystkie cytowane fragmenty w moim tłumaczeniu – FN). Ojciec mówi wreszcie synowi, że przed trzydziestu laty tak samo żegnał go jego ojciec, który „pokazał mi Miasto i powiedział: idź na zachód, i nigdy nie zapomnij, że przyszedłeś ze wschodu”.
BUNT PRZECIW HISTORII
W roku 1919, w październiku, Géza odprawił swojego syna na zachód, albowiem ten zdążył na początku rewolucji opublikować kilka krótkich artykułów i wierszy w komunistycznej gazecie „Vörös Lobogó” („Czerwony Sztandar”). Skąd ten pęd w lewo u niespełna dwudziestolatka? Jest to bunt (opisze go potem w powieści „Buntownicy”, „A Zendülők”) skierowany przeciwko pokoleniu ojca, odpowiedzialnemu, według Sándora, za „utratę” Miasta, które na mocy traktatu z Trianon ­(4 czerwca 1920 r.) zostało przekazane Czechosłowacji. Królestwo Węgierskie przestało wówczas praktycznie istnieć; Słowacja, dotąd jego część, weszła w skład Czechosłowacji. Wielu Węgrów z dnia na dzień znalazło się w innym państwie.
To wtedy pokolenie ojca Sándora Máraiego zaczęło się wykruszać. Dopadła ich dziwna przypadłość, nieznana do tej pory w medycynie: choroba Trianon. Ludzie umierali na Trianon. Przyjaciel autora „Żaru”, pisarz równie wielki, Dezső Kosztolányi, powiedział słowa, które przeszły do nowożytnej historii Węgier: „My wszyscy umieramy po trosze na Trianon”.
W pełnej dostojeństwa strukturze Miasta, gdzie każdy jego mieszkaniec znał swoje miejsce i miał poczucie własnej rangi – czy to wytwórca świec, mydlarz, kamieniarz, adwokat (jak ojciec Máraiego), czy burmistrz lub biskup – złamać jeden szczebel w tej drabinie społecznej znaczyło zachwiać całą strukturą. Stanąć przeciwko ojcu znaczyło stanąć przeciwko Miastu. Stanąć przeciwko Miastu znaczyło zakwestionować porządek świata, albowiem Miasto było miniaturą świata.
SAMOTNOŚĆ OJCA
Ojciec wyprawił syna na zachód, a sam pozostał w mieście, w którym zaczęły stacjonować oddziały czechosłowackie. Słowo „obcy” (choć Słowacy mieszkali przecie w Koszycach od wieków)– zaczęło się pojawiać w dziełach Sándora Máraiego. W dwóch pojawiło się nawet w tytule: „Obcy ludzie” („Idegen emberek”) i „Obcy” („Az idegenek”). Kilkanaście lat później Péter Garren, pisarz (w domyśle: Sándor Márai), przybywa do łoża umierającego patriarchy rodu. Do Miasta, które było dlań czymś w rodzaju axis mundi, osi świata, której człowiek mógł się uchwycić, pewien, że trzymając się tej osi, tego Miasta, przetrwa nawet trzęsienie ziemi.
Oto pierwsze zdania powieści „Obcy”: „Miasto nie było dokładnie na swoim miejscu. Péter wszedł na wzgórze, gdzie w czasach Mátyása Garrena wieszano skazańców, i z niepokojem popatrzył w dół. Miasto jakby trochę się poruszyło. Nikomu nie odważyłby się zwierzyć z własnej wątpliwości. Przytknął dłoń do brwi, robiąc daszek dla oczu, i stojąc u podnóża szubienicy patrzył na wieże i rzeźby. Miasto leżało, jak zawsze, w delikatnej mgle, i jakby zawstydzone, ciężko oddychało. Stało się z nim coś potwornego. Péter oparł się plecami o szubienicę i trwał tak przez jakiś czas, jak wisielec, którego w porę nie odcięto”.
POWRÓT PISARZA
Kto spędza w Koszycach więcej niż godzinę – powiedzmy: dwa, trzy dni – w pewnym momencie czuje, jak miasto to wchodzi weń z całym swoim nieprzemijającym pięknem. To piękno jest tak pewne swoich niezliczonych przewag nad przeciwnościami, szyderstwem i okrucieństwem losu, że zdolne jest w milczeniu przyjąć cmentarz żołnierzy radzieckich posadowiony w jego centrum. Bo kto tam śpi snem wiecznym? Z pewnością chłopcy, którzy padli, mając tyle lat, co Sándor Márai, kiedy ojciec odprawiał go na zachód. Pomyśleć, że to Miasto było rajem, gdy węgierski pisarz był chłopcem. Jak każdy raj, tak i ten został dla niego utracony. (Koszyce stały się jeszcze raz częścią Korony, kiedy Hitler i Mussolini włączyli miasto do faszystowskiego państwa Horthy’ego – przyp. red.) W czerwcu 1939 r. Márai wybrał się z kilkoma jeszcze osobami, samolotem, do swojego raju odzyskanego. Był tam zaledwie trzy dni i trzy noce, przy czym po smętnych przechadzkach znanymi i zarazem dziwnie obcymi ulicami, po dłuższej wędrówce po cmentarnych alejach, wrócił do hotelu, z którego nie wychodził do końca pobytu w Mieście. Z tego osobliwego powrotu do Miasta powstała całkiem pokaźna książka, „Patrol koszycki” („Kassai őrjárat”), z której wyjmuję piękny opis Miasta z lotu ptaka:
„Żałuję, że już przybyliśmy, chciałbym powiedzieć Niebieskookiemu [tak autor nazywa pilota – FN], żeby się nie spieszył, żeby krążył jeszcze jakiś czas nad miastem, chciałbym zobaczyć Katedrę z góry, z lotu ptaka, Całość, Katedrę, która była boleśnie uwiązaną, przypalowaną, zakotwiczoną rzeczywistością mojego życia, Miasto, dachy domów, gdzie na strychu, wśród nietoperzy i połamanych zabawek ukrywa się mit dzieciństwa, mogiły i place publiczne, na których »coś się stało«, i to tak ostatecznie, jak nic nigdy w całym moim dotychczasowym życiu. Chciałbym zobaczyć, pierwszy raz w życiu, z lotu ptaka, to »Miasto«, jedyne na ziemi, z którym łączy mnie coś osobistego”.
POWRÓT MIASTA
Nie ma powrotów dobrych, każdy powrót jest zły. Ale bywa i tak, że to nie my wracamy do miasta, lecz miasto przybywa do nas. To przypadek Sándora Máraiego. Do jego domku w San Diego, w którym za lat piętnaście odbierze sobie życie, przychodzi paczka zawierająca album o współczesnych Koszycach. Prezent przysłany przez kogoś w dobrej wierze rani go do żywego. Siedemdziesięcioczteroletni pisarz zapisuje:
„Jakże szlachetne było to miasto. Jak bardzo było Miastem, Urbs, patrycjuszowską osadą – i jaką rzadkością było takie miasto na Węgrzech. (...) Węgierska i spiska ludność miasta budowała te domy w ciągu stuleci. A ludzie, którzy urodzili się tutaj, w cieniu gotyckiej katedry, inaczej byli »mieszczanami« niż gdziekolwiek indziej na Węgrzech – byli zamknięci w swojej patrycjuszowskiej formie życia, jak gentry lub arystokracja. Byli mieszczanami i nie chcieli być nikim innym, ani wyglądać na coś więcej. Rodzili się, żyli i umierali w oprawie gotyckiej, renesansowej i barokowej. Inny był ich styl bycia, inny styl myślenia. Kassa była »inna«.
Zgorzkniały pisarz zarzuca wydanemu w Czechosłowacji albumowi, że przemilcza, iż w koszyckiej katedrze znajduje się grobowiec Rakoczego, że nie wspomina, że kiedyś »mieszczanie Kassy« stawili opór oligarchom.” (...).
Nie nam wchodzić w ból, który wtedy przeżywał Sándor Márai. Muszą się z nim uporać i Węgrzy, i Słowacy. To miasto Márai podniósł do rangi mitu. A mit jest dobrem wspólnym. Słowacy są dumni, że to tutaj, w Košicach, urodził się i spędził dzieciństwo i lata chłopięce, a potem bywał – już jako gość w rodzicielskim domu – wielki madiarský spisovatel Sándor Márai. Są dumni – i powoli akceptują go także jako swojego pisarza. I dziś, jak kiedyś dla Máraiego, Koszyce to Kassa. Dla Słowaka są to ponad wszelką wątpliwość Košice. Sam, jako nieuwikłany w ten spór Polak, mam komfort wyboru i mogę w tej sytuacji przypomnieć jeszcze nazwę łacińską – „Cassovia”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]