Apetyt na religię

Wiele wskazuje na to, że spór wokół relacji polityki i Kościoła będzie w najbliższym czasie narastał, ogniskując się przede wszystkim wokół poglądów składających się na zjawisko lewackiego antyklerykalizmu. A przecież istnieje także, znacznie mi bliższy, antyklerykalizm republikański.
Czyta się kilka minut
 /
/

Kłopoty wynikające z relacji tronu do ołtarza, polityki do Kościoła, sięgają bardzo odległych czasów rzymskiego imperium i cesarza Konstantyna. Politycy zawsze, jeśli widzieli w tym własną korzyść, starali się wykorzystać do własnych celów autorytet religii. Nierzadko też ludzie Kościoła ulegali pokusie, aby wzmocnić ewangeliczne przesłanie autorytetem politycznej władzy.

We współczesnej Polsce - gdzie społeczeństwo jest w większości tradycjonalistyczne, a katolicyzm stanowi dla bardzo wielu nie tylko wiarę, lecz jest też formą kultury, stałym wyznacznikiem tożsamości - relacja między polityką i Kościołem musi siłą rzeczy układać się inaczej niż np. w laickiej Francji. Rozumieli to doskonale twórcy polskiej Konstytucji, kładąc nacisk nie na ścisłe rozgraniczenie sfery polityki i Kościoła, lecz na ich twórcze, symbiotyczne uzupełnianie się.

Łatwiej jest jednak taki typ relacji między polityką i Kościołem zapisać do Konstytucji niż praktykować go w rzeczywistości. Stąd, przede wszystkim w momentach przejmowania w Polsce władzy przez ugrupowania prawicowe, pojawiają się pytania i obawy, czy nie grozi nam nadmierne zbliżenie tronu do ołtarza. Te obawy mają w ostatnim czasie potwierdzać częste wizyty premiera Marcinkiewicza w kościele, o czym media donoszą z wyraźnym zainteresowaniem. Wydaje się jednak, że w przypadku dawnego polityka ZChN-u nie chodzi o ostentację, prowokację czy instrumentalizację religii, lecz raczej o silne przekonanie, że nie ma nic niestosownego w modlącym się w kościele polityku, gdyż jest to część preferowanej kultury publicznej. Nam może się ona wydawać przesadna, może i niepotrzebna, ale w postawie tej nie należy dopatrywać się fałszu czy nadużycia. Zależnie od swych przekonań polityk ma prawo wypowiedzieć na końcu przysięgi formułę “tak mi dopomóż Bóg!", jak i ją pominąć.

Nie tylko prawica

W przypadku Polski koncentrowanie swych obaw jedynie w odniesieniu do określonych partii politycznych wydaje się zresztą przesadą. Warto przypomnieć sobie zdjęcia premiera Józefa Oleksego zatopionego w modlitwie przed cudownym obrazem na Jasnej Górze, Leszka Millera, który karcił swą partyjną koleżankę Jolantę Banach za zbyt proaborcyjne propozycje i który jak lew występował w Brukseli w obronie invocatio Dei w Traktacie Konstytucyjnym Unii Europejskiej. Z ostatniego burzliwego okresu przed kampanią prezydencką na pewno warto przypomnieć sobie fakt zawarcia katolickiego ślubu (po wielu latach szczęśliwego małżeństwa bez sakramentów) przez liberalnego kandydata oraz rozesłanie listów do proboszczów przez kandydata konserwatywnego. Przykładów większego lub mniejszego wykorzystywania relacji z Kościołem w celach politycznych można by wymieniać wiele. I, jak powiedziano, w przypadku kraju, w którym większość społeczeństwa jest tradycjonalistyczna, a katolicyzm jest nie tylko wiarą, lecz też szeroko uznawaną kulturą, trudno oczekiwać, aby politycy, zabiegając o szerokie poparcie, nie sięgali po różne sposoby wykorzystania katolicyzmu i pozostawali w swej areligijności absolutnie integralni. Nawet odchodzący prezydent, choć w sferze kultu pozostał zawsze w wyraźnym dystansie do religii, cieszył się znakomitymi relacjami z częścią polskich biskupów, a ponadto dokonał, można by powiedzieć, swoistego podziału pracy wraz ze swoją małżonką, jeśli chodzi o publiczne okazywanie religijnej żarliwości.

W istocie pozostaje tylko jedno kryterium falsyfikacji tego typu zachowań - opinia publiczna wymuszająca umiar. Jeśli bowiem były aparatczyk PZPR-u jako demokratyczny polityk lewicowy obnosi się ze swoją religijnością, ryzykuje śmieszność i utratę wiarygodności. Jeśli polityk prawicowy czyni z okazywania religijności swój główny atut moralny, ryzykuje, że działając w polityce (przestrzeni moralnie niejednoznacznej) szybko ów atut roztrwoni i stanie się w powszechnym odbiorze hipokrytą, również tracąc wiarygodność.

Co na to ołtarz

Wydaje się, że jeśli w ogóle kłopotać się relacją tronu i ołtarza w Polsce, to więcej uwagi powinniśmy poświęcić właśnie ołtarzowi. Motywy apetytu polityków wobec sfery religii są dość klarowne, ale pytaniem równie ważnym jest to, do jakiego stopnia Kościół chce im ulegać. Czy pod tym względem nie istnieją symptomy niepokojącej słabości? Po doświadczeniu z początku lat 90. polski Kościół stał się w swych kontaktach z polityką bardziej wstrzemięźliwy. A jednak historię sprzed ponad roku, gdy znany biskup wystawił list polecający jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci TVP za rządów Roberta Kwiatkowskiego - należy traktować jako bardzo niedobry sygnał. Niepokoi także to, że podczas ostatniej kampanii prezydenckiej niektórzy przedstawiciele Kościoła (i to ci bardziej wybitni i otwarci) czuli się zobowiązani pouczać polityków, mówiąc im, że robią coś dobrze lub nie, albo po prostu zasiadając w komitecie poparcia dla jednego z kandydatów. Stawali się w ten sposób stroną politycznego i medialnego sporu. Niektórzy przedstawiciele Kościoła zabierali też bardzo wyraźne polemiczne stanowisko w sprawie lustracji. Wydaje się, że polski Kościół nie wyzbył się wcale aż tak bardzo pewnego “paternalistycznego" stosunku do przestrzeni publicznej i do polityki.

Recepta na konflikt

Wiele wskazuje na to, że spór wokół relacji polityki i Kościoła będzie w najbliższym czasie w Polsce narastał i ogniskował się przede wszystkim wokół poglądów składających się na zjawisko “lewackiego antyklerykalizmu". Czerpie ono swe źródło z chrystofobii, z antyreligijnych obsesji, z pragnienia wywołania wojny w sferze kultury i obyczaju. Katolicyzm i Kościół stanowią tu najdogodniejszy przedmiot ataku. Zresztą przedstawiciele tzw. nowej lewicy już przed wyborami nie kryli, że marzą o tym, aby w Polsce wygrała prawica, gdyż taka sytuacja pozwoli im zogniskować ideologiczny spór na polu dla nich najbardziej wygodnym. W ten sposób debata nie dotyczy już bowiem trudniejszych kwestii z dziedziny np. naprawy państwa czy gospodarki; można też liczyć na wsparcie mediów i życzliwe przyjęcie za granicą; i oczywiście niezawodna odpowiedź ze strony fundamentalistów po prawej stronie gwarantuje nakręcanie się spirali konfliktu. Organizowanie parad równości jest najprostszą receptą na takie właśnie zogniskowanie publicznej debaty w Polsce.

“Lewacki antyklerykalizm" nie jest sposobem na rozwiązanie problemu relacji między polityką i Kościołem w Polsce, gdyż jest formą ideologicznej walki, gotowej przede wszystkim utrzymywać poziom emocji konfliktu na najwyższym z możliwych poziomów. W polskiej tradycji istnieje jednak także inna postawa wobec kwestii polityki i religii, którą można nazwać dla analogii “republikańskim antyklerykalizmem". Jest mi ona znacznie bliższa, a także daje pewną perspektywę ułożenia stosunków między sferą polityki i Kościoła na zasadach zapisanych w polskiej Konstytucji. Zakłada ona pełną suwerenność i autonomiczność obywateli jako narodu politycznego w sferze publicznej i gotowość do ich obrony przed ingerencją ze strony instytucjonalnego Kościoła. Jednocześnie jednak uznaje rolę i autorytet Kościoła przede wszystkim w sprawach wiary, ale także obyczaju, moralności i kultury. Zgodnie z zasadą: Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie.

Marek A. Cichocki jest historykiem idei, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego, współwydawcą “Teologii Politycznej". Opublikował m.in. “Porwanie Europy", wkrótce ukaże się jego kolejna książka “Władza i pamięć".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 49/2005