Wydarzyć miało się to niedawno, podczas jednego z kryzysowych szczytów Unii Europejskiej. „Jeśli ktoś jeszcze raz użyje słów »Federalny Trybunał Konstytucyjny«, to ja stąd wychodzę!” – miała rzucić w gniewie Christine Lagarde, szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Od minionego tygodnia wpływowa Francuzka nie musi już się obawiać równie wpływowej niemieckiej instytucji z prowincjonalnego miasta Karlsruhe. Wysoki sąd – w Niemczech występujący w roli ostatniej instancji w kwestiach demokracji – podjął decyzję, po której odetchnęła nie tylko Lagarde: Federalny Trybunał Konstytucyjny uznał, że Niemcy mogą ratyfikować dwie umowy międzynarodowe, kluczowe dla dotychczasowej europejskiej strategii w walce z kryzysem: umowę o pakcie fiskalnym oraz umowę o tzw. Stałym Mechanizmie Stabilizacyjnym (popularniej zwanym „parasolem ratunkowym” strefy euro). Obie umowy zgodne są (choć pod pewnymi warunkami) z niemiecką konstytucją – uznał Trybunał.
W strefie euro jest jeszcze jedna kobieta-polityk, która może odetchnąć: Angela Merkel. Niemiecka kanclerz wywarła przecież istotny wpływ na powstanie obu projektów, mających ustabilizować rozchwiany euroland – ich odrzucenie przez najwyższy organ sądowniczy Niemiec byłoby więc dla niej nie tylko prestiżowym policzkiem, ale międzynarodową katastrofą o skutkach trudnych do przewidzenia. Teraz, po orzeczeniu Trybunału z Karlsruhe, Merkel może czuć się politycznie wzmocniona – również na własnym, niemieckim podwórku. Zresztą po tym wszystkim, co stało się w Europie w ostatnich niemal trzech latach – od kiedy kryzys uderzył w Grecję, a potem w kolejne kraje – trudno sobie w ogóle wyobrazić, co by się stało, gdyby kluczowe mechanizmy stabilizujące Europę upadły właśnie z powodu Niemiec, unijnego prymusa.
KRÓTKIE WAKACJE
Mimo to rządzenie nie będzie teraz dla Angeli Merkel wcale łatwiejsze. Trybunał wzmocnił bowiem rolę niemieckiego parlamentu w podejmowaniu decyzji związanych z walką z kryzysem – a na tym akurat polu Merkel jest szczególnie podatna na (polityczne) zranienia. W jej własnych szeregach maleje stopniowo gotowość do bezwarunkowego popierania polityki rządu na forum unijnym – czytaj: wystawiania coraz to nowych czeków – i w efekcie Merkel jest coraz bardziej zależna od głosów opozycji (choć na razie posłowie głównych partii lewicowej opozycji, SPD i Zielonych, popierali w większości, chcąc nie chcąc, kryzysowe działania rządu).
A jednak, mimo wszystkich problemów, Angela Merkel pozostaje dziś w niemieckiej polityce bezspornie numerem jeden. Z czym wiąże się zresztą coraz większa odpowiedzialność i stres. W efekcie letni urlop pani kanclerz był w tym roku wyjątkowo krótki: tradycyjna wizyta na festiwalu wagnerowskim w Bayreuth, potem dwa tygodnie wędrówek po (włoskich) górach Południowego Tyrolu – i nic ponadto. Żaden niemiecki Kowalski nie byłby ukontentowany, gdyby musiał zadowolić się tak skromnym wypoczynkiem.
Tymczasem już w połowie sierpnia Angela Merkel musiała wrócić do Berlina, aby odfajkowywać kolejne pozycje swego gigantycznego pensum. Energia pani kanclerz wydaje się niewyczerpana. Zaraz po urlopie na początku listy znalazł się więc ponownie kryzys i związany z nim maraton gości.
Jako pierwszy do Berlina zawitał francuski prezydent Hollande, z którym Merkel najwyraźniej nie znalazła jeszcze wspólnego języka, o prawdziwym zaufaniu nie mówiąc. Potem przybył nowy premier Grecji Samaras; jego wysiłki reformatorskie Berlin ocenia raczej sceptycznie. Następny był nieprzystępny Włoch Monti, ostatnio bynajmniej nie uchodzący za sojusznika Merkel. Wreszcie nad Szprewę zajrzał unijny prezydent van Rompuy. W międzyczasie Merkel poleciała na kilka godzin do Mołdawii (każdy zachodził w głowę, po co właściwie). A ukoronowaniem tego maratonu była wielodniowa podróż do Chin, w której – prócz licznych ministrów – Angeli Merkel towarzyszył tłum czołowych biznesmenów. Wysiłek się opłacił: wielomiliardowe zamówienia dla niemieckich firm i obietnica Pekinu, że pomoże w stabilizowaniu euro.
RYSY NA WIZERUNKU
Nie ma wątpliwości: niemiecka kanclerz uchodzi dziś za jedną z osób, które można zaliczyć do wąskiego grona globalnych big players, politycznych wielkich graczy. Właśnie wkrótce po powrocie z Chin Merkel doświadczyła tego po raz kolejny, gdy renomowany amerykański magazyn „Forbes” przyznał jej swoiste wyróżnienie, uznając ją – kolejny rok z rzędu – za najpotężniejszą, najbardziej wpływową kobietę świata. Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton i prezydent Brazylii Dilma Rousseff ponownie zajęły drugie i trzecie miejsce. „Forbes” uhonorował przede wszystkim wysiłki Merkel w walce z kryzysem.
A więc – wszystko w porządku na niemieckim podwórku? Żadnych utrapień dla „mamy Merkel”, jak nazywa ją z sympatią wielu Niemców? Żadnych krytyków, trosk? Ależ bynajmniej! Przy bliższym oglądzie gładki wizerunek pani kanclerz pokazuje pierwsze rysy. Niektórzy powątpiewają wręcz, czy jej rząd jest w stanie poradzić sobie z nadchodzącymi wyzwaniami.
Najpoważniejszy dziś problem wewnątrzpolityczny Angeli Merkel ma swe źródło właśnie w parlamencie: dysponując w Bundestagu niewielką większością, jest zdana na dobrą wolę opozycji. Tymczasem przy wielu ważnych głosowaniach w ostatnim czasie – jak przy umowie o pakcie fiskalnym albo o Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym – wymagane było poparcie dwóch trzecich głosów. Chadecko-liberalna koalicja Angeli Merkel (CDU/CSU-FDP) tylu głosów nie ma – w tym przypadku, przy kształtowaniu antykryzysowej strategii, Merkel nie mogła więc rządzić bez głosów SPD i Zielonych. Niezbyt komfortowa sytuacja dla „najpotężniejszej kobiety świata”.
Jakby tego było mało, jej „czarno-żółta” koalicja (czarny i żółty to tradycyjne barwy partyjne chadecji i liberałów) trzeszczy: nie tylko jest permanentnie skłócona, ale też zagrożona jako polityczny projekt na przyszłość – poparcie dla partii liberałów spadło tak radykalnie, że mało kto traktuje ich jeszcze jako poważną siłę. FDP, która trzy lata temu uzyskała w wyborach niemal 16 proc. głosów, dziś jest politycznym cieniem – i nie wiadomo, czy w przyszłym roku w ogóle dostanie się do Bundestagu (obowiązuje bariera 5 proc.). Ponownie: niezbyt to komfortowa sytuacja dla „najpotężniejszej kobiety świata”...
„ŻELAZNA KANCLERZ” ZMIENIA ZDANIE
Również na forum europejskim obraz Merkel ostatnio wydaje się zamglony. Gdzie te czasy, gdy niedawno, na początku kryzysu, zwykły fotomontaż mógł budzić niepokój w unijnych stolicach: wtedy, w maju 2010 r., bulwarówka „Bild Zeitung” opublikowała niezbyt szczęśliwą ilustrację: stylizowany pomnik Merkel na cokole monumentu „żelaznego kanclerza” Ottona von Bismarcka. Analogia z Bismarckiem miała zademonstrować niemiecką siłę w Europie.
Dziś tamte czasy dawno minęły. Dzisiaj „żelazna kanclerz od polityki oszczędności” utraciła wiele ze swego wizerunku, mającego budzić lęk i gniew w Grecji czy Hiszpanii – zwłaszcza po tym, jak doświadczyła prestiżowej porażki podczas czerwcowego szczytu Unii, za sprawą nowej „oliwnej koalicji”, którą utworzyli przeciwko niej Francuz Hollande, Włoch Monti i Hiszpan Rajoy. Angeli Merkel nie udało się wówczas zapobiec – forsowanemu właśnie przez to nowe europejskie „trio” – złagodzeniu rygorów oszczędnościowo-reformatorskich dla krajów korzystających z unijnej pomocy.
Od tego czasu Merkel stara się zajmować bardziej koncyliacyjne stanowisko. W łagodniejszym tonie wypowiada się o (wątpliwych) osiągnięciach Grecji w reformowaniu kraju i jego finansów. A gdy niedawno prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi zapowiedział, że jego Bank będzie skupywać obligacje tych państw strefy euro, które popadły w kłopoty, Merkel – ku zaskoczeniu obserwatorów – poparła plan Draghiego. Porzucając tym samym prezesa niemieckiego Banku Federalnego Jensa Weidmanna, który jako jedyny w Radzie EBC (najwyższym gremium Banku) sprzeciwił się Draghiemu. Dodajmy dla jasności, że zanim Weidmann objął niedawno funkcję prezesa Bundesbanku, był przez wiele lat najbliższym doradcą Merkel w sprawach polityki finansowej. Weidmann stanął sam naprzeciw wszystkim, dochowując wierności nie tylko sobie, ale też dotychczasowej polityce Angeli Merkel (którą niedawno współkreował) – po to tylko, aby za chwilę usłyszeć, iż pani kanclerz popiera prezesa EBC.
Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy Merkel w sposób nagły – i dla wielu niezrozumiały – zmieniła swoje dotychczasowe maksymy i cele. Najsłynniejszy przykład to tzw. rewolucja energetyczna: jesienią 2010 r. Merkel mówiła, że „nie ma alternatywy” dla rozbudowy niemieckich elektrowni atomowych, aby wiosną 2011 r., po katastrofie w japońskiej Fukuszimie, zmienić zdanie o 180 stopni. W ciągu zaledwie kilku tygodni Merkel pożegnała się ze swą dotychczasową polityką energetyczną i ogłosiła, że Niemcy rezygnują z atomu. Była to decyzja na wskroś populistyczna, o nieprzewidywalnym ryzyku dla bezpieczeństwa energetycznego Niemiec.
CZY „MATKA CHRZESTNA” NISZCZY NIEMCY
Nic dziwnego, że krytyka politycznego stylu Angeli Merkel staje się coraz głośniejsza. Krytyka nie tylko ze strony opozycji, ale także – co musi być szczególnie bolesne – z własnych szeregów. Najpierw uderzył niejaki Josef Schlarmann: lider wpływowego lobby w CDU, reprezentującego interesy przedsiębiorców z klasy średniej, ostro skrytykował politykę gospodarczą pani kanclerz. Potem grupa chadeckich parlamentarzystów i działaczy o poglądach konserwatywnych założyła tzw. Krąg Berliński (Berliner Kreis), aby, jak deklarują, walczyć o ożywienie w CDU konserwatywnych wartości, które Merkel miała zdradzić (jest w tym gronie również znana nam Erika Steinbach). Wreszcie w sierpniu w księgarniach pojawiła się książka, o której wszyscy zaczęli natychmiast mówić i pisać.
„Matka chrzestna – jak Angela Merkel przebudowuje Niemcy”. Tak brzmi jej tytuł, któremu na okładce towarzyszy cień pani kanclerz (sugerujący, wolno się domyślać, ciemną stronę jej rządów). Autorka to Gertrud Höhler, profesor literatury i prominentna członkini CDU, wieloletnia bliska doradczyni kanclerza Helmuta Kohla. Teraz Gertrud Höhler dołącza do falangi krytyków, wywodzących się z samego jądra niemieckiej chrześcijańskiej demokracji, którzy uważają, iż partia traci dotychczasowe oblicze, i że winę za to ponosi Merkel.
Höhler podnosi poważne oskarżenia wobec Merkel. „Neutralność wobec wartości” i ideowa „beznamiętność” to jeszcze drobiazgi. Dawna doradczyni Kohla depersonalizuje Merkel, pisząc o niej jako o „systemie M” i zarzucając jej, że „zeszła ze ścieżki demokracji”.
„SYSTEM M”
Nie wiadomo, czy Merkel jest w ogóle prawdziwą demokratką – twierdzi Höhler i oskarża panią kanclerz o to, że jej polityka europejska jest prowadzona w sposób tajny i bezprawny, wręcz nielegalny. Podobnie jak w przypadku polityki energetycznej, Merkel łamie tu prawo, twierdzi literaturoznawczyni, a jej „system M” niszczy demokrację w Niemczech. „Bezalternatywność” – pojęcie, które często słychać nie tylko w ustach Merkel, gdy mowa o strategii antykryzysowej – to dla Höhler „słowo zabijające wolność”. Merkel świadomie odbiera władzę parlamentowi, swoim politycznym stylem przyczynia się do „zmiany wyobrażeń o wartościach i moralności” itd., itp.
Słowem – prawdziwy „ojciec chrzestny”, pardon: „matka chrzestna”...
Zostawiając na boku przesadę i niesprawiedliwość tej krytyki, warto odnotować, że książka Gertrudy Höhler odniosła wielki sukces wydawniczy. Jeszcze w połowie września utrzymywała się na drugim miejscu listy bestsellerów tygodnika „Der Spiegel” – sygnał, że przynajmniej wśród niemieckich intelektualistów pozycja Merkel nie jest już tak oczywista.
Trzeba przyznać, że tak często powtarzane przez nią pojęcie „bezalternatywności” (jako uzasadnienie dla niepopularnych działań antykryzysowych) koniec końców bardzo jej zaszkodziło – „bezalternatywność” została wybrana „Anty-Słowem Roku”. W jej własnej partii narasta zniecierpliwienie z powodu, jak twierdzą krytycy, autorytarnego stylu kierowania CDU – ostatnio niemal bez rozgłosu Merkel zatroszczyła się o to, aby podczas kolejnego zjazdu CDU osoby wytypowane przez nią na wiceprzewodniczących nie miały kontrkandydatów. W chadecji całkiem już otwarcie mówi się, że CDU to „chrześcijańska demokracja ręcznie sterowana” (otwarcie nawiązując do „sterowanej demokracji” Putina).
MAMA NARODU
Ale jeżeli rzeczywiście istnieje coś takiego jak „system M”, to tym bardziej istnieje też coś takiego jak „fenomen M”. Pomimo bowiem całej krytyki, także tej uzasadnionej, w oczach zwykłych obywateli Angela Merkel pozostaje najbardziej popularnym, ulubionym wręcz politykiem – i wyprzedza innych o wiele długości. W ostatnim sondażu telewizji ARD akceptuje ją 66 proc. – to niekwestionowane pierwsze miejsce w skali popularności. Korzysta z tego także jej partia: z 35-procentowym poparciem CDU jest wciąż na czele partyjnego rankingu.
Sprzeczność? Tylko pozorna. 58-letnia Angela Merkel, córka pastora z NRD, rezyduje w Urzędzie Kanclerskim już od siedmiu lat, kształtując politykę największego kraju Unii. Okazuje się przy tym przede wszystkim zręczną technokratką władzy. Wszystko inne w jej osobie wydaje się niespektakularne, nie mówiąc już o braku jakiejkolwiek charyzmy. Jej polityczny styl pozbawiony jest kantów, jej spojrzenie na problemy współczesności jest pragmatyczne, nie ideologiczne. Ciężko dojrzeć u niej polityczne zasady; polityczne wizje to dla niej chyba pojęcie obce.
Można powiedzieć, że Angela Merkel rządzi aerodynamicznie: nie polaryzuje, nikogo nie prowokuje. Dokładnie na tym polega tajemnica jej popularności. Niech inni nazywają ją sobie „najpotężniejszą kobietą świata” – większość Niemców widzi w swojej pani kanclerz przede wszystkim siebie samych. Dla nich to właśnie „mama Merkel”.
PRZEŁOŻYŁ WP
KONKURS DLA CZYTELNIKÓW
Laureatem jakiej nagrody, wręczanej za popularyzację wiedzy o Niemczech, jest Piotr Buras?
Dla osób, które najszybciej prześlą prawidłową odpowiedź, mamy książkę Piotra Burasa "Muzułmanie i inni Niemcy". Na odpowiedzi na kartkach pocztowych (z dopiskiem "konkurs") czekamy do 8 października pod adresem:
"Tygodnik Powszechny", ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















