Algorytmy demokracji 2023: Jak rząd Węgier kierował do Polaków antyimigranckie reklamy podczas kampanii wyborczej

odc. 4 | Ostatnie wybory jasno pokazały, że kampania w polskim internecie jest dziś gigantyczną szarą strefą.

13.11.2023

Czyta się kilka minut

ryc. Adobe Stock
ryc. Shutterstock

Na froncie debaty publicznej trwa wyścig zbrojeń. Wybory w Polsce, zarówno te, które mamy za sobą, jak i te czekające nas w przyszłym roku, odbywają się już w świecie manipulacji i propagandy wspieranej przez potężne technologie. Czy jako państwo i obywatele jesteśmy gotowi stawić im czoło? Czy zdołamy ocalić reguły, od których zależy nasza wolność?

Oto czwarty odcinek cyklu WybierAI: algorytmy demokracji, w którym przyglądamy się nowym zagrożeniom dla wolnych wyborów w Polsce i demokratycznym świecie.

W poprzednim odcinku:

Ten 37-sekundowy spot na YouTubie jest jak crème de la creme antyimigranckiej propagandy: próby nielegalnego sforsowania granicy, obrzucanie samochodów strażników ciężkimi przedmiotami, niszczenie granicznego płotu. Wszystko teoretycznie prawdziwe, bo sprawiające wrażenie nagrania z kamer monitoringu. Do tego dramatyczna muzyka i na koniec napis po angielsku: „Węgry obronią swoje granice”.

Rząd w Budapeszcie w ostatnich latach zlecał emisję tysięcy takich reklamówek i nie byłoby w akurat tym spocie nic nadzwyczajnego, gdyby nie ślad, jaki został po nim w Centrum przejrzystości reklam Google (właściciela YouTube’a). Z danych, które tam znaleźliśmy, wynika, że wykupiono emisję tego klipu do odbiorców w Polsce od 28 września do 11 października. Czyli bezpośrednio przed wyborami parlamentarnymi w naszym kraju.

Drugi spot o bardzo podobnym wydźwięku był targetowany na Polskę w okresie 10-24 października. Żadnego z nich nie oznaczono jako reklamy politycznej. A najciekawsze jest to, że – jak wynika z danych Google – zleceniodawcą emisji był Gabinet Rady Ministrów Węgier. 

Zrzut ekranu z Centrum przejrzystości reklam Google pokazujący, że antyimigranckie reklamy finansowane przez Gabinet Rady Ministrów Węgier były wyświetlane w Polsce

– Na pierwszy rzut oka to naruszenie reguł wyborczych, bo kampania ma być finansowana ze środków krajowych. Jeśli idzie o kampanię referendalną, również można przyjąć, że udział podmiotów zagranicznych jest zakazany, oczywiście przy założeniu, że mamy do czynienia w tym przypadku z kampanią wyborczą czy referendalną – mówi nam konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski. 

Podobnego zdania jest Krzysztof Izdebski, ekspert Fundacji im. Stefana Batorego, który dodaje: – Jednej czy drugiej osobie taka reklama się wyświetli, ale Krajowe Biuro Wyborcze, które będzie sprawdzać zgodność z prawem prowadzonej kampanii, do tego już nie dotrze.

Nigdzie nie pojawia się wezwanie do głosowania na konkretną partię, więc udowodnienie, że węgierska reklamówka miała wspierać jedną ze stron polskiej sceny politycznej, byłoby trudne. Ot, reklama „społeczna” z niejasnych powodów skierowana przez jedno państwo do obywateli innego państwa. 

Ten przykład obrazuje jednak znacznie szerszy problem szarej strefy naszych kampanii. Ostatnie wybory jasno pokazały, jak łatwo naginać przepisy określające finansowanie i sposoby prowadzenia agitacji. Zwłaszcza w internecie.

Kampania profrekwencyjna w sieci: czego ustawodawca nie przewidział

Przed 15 października w Polsce równolegle toczyły się trzy powiązane ze sobą kampanie: o głosy w Sejmie i Senacie, referendalna oraz profrekwencyjna.

Mówiąc w największym skrócie, od momentu przyjęcia przez PKW uchwały o utworzeniu komitetu wyborczego, zgodnie z prawem tylko on może opłacać kampanię na rzecz kandydatów, a później – przynajmniej w teorii – szczegółowo rozlicza to PKW. Kampanie referendalne mogą prowadzić podmioty, które wykażą, że dotyczą ich pytania plebiscytu i zgłoszą swój udział do PKW. W przeciwieństwie do wyborów parlamentarnych, w kampanii referendalnej nie ma limitów wydatkowania, a przepisy nie określają ani terminów na złożenie sprawozdania, ani sankcji za jego brak. One jednak przynajmniej muszą zgłosić swój udział, podczas gdy kampanii profrekwencyjnych prowadzonych w internecie ustawodawca właściwie wcale nie wziął pod uwagę.

– W internecie kampania profrekwencyjna jest de facto kampanią wyborczą, bo nie są to zwykle działania całkowicie neutralne, ale skierowane do konkretnej grupy użytkowników – mówi dr hab. Dominik Batorski, socjolog z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego na Uniwersytecie Warszawskim. 

Wiele wskazuje, że podczas tegorocznej kampanii organizacje zaangażowane w działania profrekwencyjne na reklamy wydały więcej niż partie polityczne. – Patrząc wyłącznie na same wydatki w serwisach firmy Meta, można zobaczyć, że na przykład kampania profrekwencyjna Do:łącz” kosztowała 1,3 mln zł, czyli o 100 tys. więcej, niż wydał tam komitet Prawa i Sprawiedliwości na promowanie swoich kandydatów – mówi dr Batorski.

Problem nie jest oczywiście nowy. Na przykład cztery lata temu profil JakGłosować kierował do młodych kobiet reklamę z apelem: „nie pozwól, by stare dziadki wybrały ci przyszłość”, opatrzony portretami Jarosława Kaczyńskiego, abp. Marka Jędraszewskiego i o. Tadeusza Rydzyka. I wówczas także wydatki na takie reklamy znajdowały się poza kontrolą PKW. 

Post kampanii „Jak głosować” z 2019 r. przeanalizowany w raporcie Fundacji Panoptykon.. Zawiera tekst „Nie pozwól, by stare dziadki wybrały ci przyszłość” oraz portrety Tadeusza Rydzyka, Jarosława Kaczyńskiego i abp. Marka Jędraszewskiego

Z kampaniami do parlamentu i referendalną wcale sytuacja nie jest czystsza.

Zaskakujący uczestnicy kampanii referendalnej

W połowie czerwca Jarosław Kaczyński ogłosił rozpisanie referendum m.in. w sprawie relokacji uchodźców. W zasadzie w tym samym czasie w sztabie PiS mieli się pojawić spin doktorzy z Budapesztu. Pomysł połączenia referendum z wyborami był żywcem ściągnięty z rozwiązania, które pomogło partii Viktora Orbána otrząsnąć się z dołujących sondaży w 2016 r. (wówczas pytanie dotyczyło relokacji uchodźców) oraz w 2022 r. (pytanie o propagandę LGBT), gdy Fidesz po raz czwarty z rzędu zdobył większość konstytucyjną. PiS węgierski pomysł twórczo rozwinął i zamiast skupić się na jednym zagadnieniu, dopisał jeszcze tendencyjne pytania o wyprzedaż państwowego majątku, podniesienie wieku emerytalnego i likwidację zapory na granicy, co oczywiście idealnie pokrywało się z linią programową partii.

Jasne, naśladownictwo to najwyższa forma pochlebstwa, a korzystanie z doświadczeń zagranicznych doradców nie łamie żadnych przepisów. Pieniądze na realizację takich pomysłów też się znalazły – do udziału w kampanii referendalnej do PKW zgłosiło się aż 66 podmiotów, w tym 13 fundacji spółek Skarbu Państwa. 

Pół biedy, gdyby tylko one angażowały się w agitację. Sebastian Ogórek z „Gazety Wyborczej” opisał, jak Fundacja Rozwoju Gospodarki i Innowacji im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w ostatnich dniach przed wyborami dosłownie zalała sieć spotami teoretycznie referendalnymi, ale tak naprawdę wymierzonymi w opozycję. Ich emisję miała opłacać nie tylko sama Fundacja, ale również Sigma Bis, czyli… spółka powołana przez Orlen i PZU. A ponieważ część tych reklam nie była oznaczona jako polityczne, to ustalenie, ile na to wydano, jest praktycznie niemożliwe. Co więcej, ślady po takich działaniach Sigma Bis zniknęły z sieci. 

To oczywiście nie koniec zaskakujących uczestników kampanii referendalnej. Już po wyborach okazało się na przykład, że pod koniec września premier Mateusz Morawiecki zdecydował o przeznaczeniu 5 mln zł z ogólnej rezerwy budżetowej na realizację działań informacyjnych na temat referendum. Kto i jakie konkretnie działania podjął? Nie wiadomo. Dlaczego Kancelaria Premiera w ogóle się tym zajmowała – także nie.

Ile łącznie wydano na kampanię referendalną, możemy się nigdy nie dowiedzieć. Ale tak samo niejasne mogą pozostać wydatki na promocję kandydatów na posłów i senatorów.

Nalewka od ministra: promocja kandydatów bez zasad

Opozycja głośno protestowała, gdy politycy PiS tuż przed wyborami za państwowe pieniądze organizowali pikniki „Rodzina 800+” czy promujące służbę wojskową, gdzie pojawiali się kandydaci do parlamentu. W internecie działo się w zasadzie to samo. Formalnie kampanię powinny prowadzić komitety wyborcze. W praktyce w sieci panuje wolna amerykanka. Kandydaci pełniący stanowiska w rządzie wykorzystywali profile ministerstw i urzędów do promowania się. Ministerstwa wykupywały reklamy zachwalające pracę urzędników, które jednak nie liczyły się do limitu wydatków kampanii. Zwykli posłowie z kolei wykupywali z własnej kieszeni sponsorowane posty zachęcające nie do głosowania, lecz do obserwowania ich profili. Nie zawsze wprost w tych postach agitowali – na przykład minister Janusz Cieszyński na filmiku z dożynek dzieli się przepisem na nalewkę cytrynową. Kontekst jest jednak oczywisty. Czy to jest legalne? Tak. Czy etyczne, to już całkiem inna kwestia.

W kwestii internetowych wydatków na promocję kandydatów do Sejmu i Senatu warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden problem. Kodeks wyborczy stanowi, że od momentu utworzenia komitetu tylko on może płacić za kampanię. Problematyczny jest jednak moment startu kampanii. W Polsce toczyła się ona na wiele miesięcy przed wyborami. I kto wówczas ma płacić? W tej kwestii premier Morawiecki wytyczył wyraźną ścieżkę. Jak wyliczyła Bianka Mikołajewska z Wirtualnej Polski, w ciągu trzech lat szef polskiego rządu za reklamę prywatnych wpisów tylko na Facebooku zapłacił ponad pół miliona złotych, a od początku tego roku na promocję jedynie w tym serwisie oraz na kampanię PiS wydał prawie wszystko lub wszystko, co zarobił do wyborów jako premier i poseł. Co ciekawe, jak zaznacza WP.pl, mimo tych wydatków zdołał jeszcze sporo oszczędzić, choć w oświadczeniu majątkowym nie wykazał innych dochodów. 

Podkreślmy jednak: premier promując swoje posty działał legalnie i przestał to robić w momencie oficjalnego startu kampanii. Skąd miał na to pieniądze, to zupełnie inna rzecz.

Prace biurowe”, czyli pisanie postów i komentarzy

„Państwowa Komisja Wyborcza wskazywała już w 2018 roku, że obecny stan prawny umożliwia obchodzenie przepisów dotyczących przejrzystości prowadzenia kampanii oraz tworzy podatny grunt pod stosowanie przez komitety wyborcze technik manipulacyjnych w stosunku do wyborców. Prowadzenie kampanii w mediach społecznościowych ogranicza przejrzystość jej finansowania. Przepisy nie wymagają od komitetów przekazywania szczegółowych informacji dotyczących finansowania kampanii w mediach społecznościowych. Udział firm marketingowych działających jako pośrednicy między komitetami a platformami zaciemnia obraz finansowania kampanii wyborczej. Brak obowiązku przekazywania dokumentów finansowych w wersji elektronicznej znacznie ogranicza możliwości kontroli przez PKW finansowania kampanii w sieci” – to fragment raportu „Media społecznościowe i wybory” ogłoszonego przez Fundację im. Stefana Batorego. 

Jak to wygląda w praktyce? 

– Istnieje masa sposobów na obejście wskazywania konkretnych wydatków dotyczących kampanii. To partie same decydują, jak szczegółowa będzie faktura. Równie dobrze mogą przekazywać PKW zestawienia zbiorcze, a na tej podstawie komisja w zasadzie nic nie jest w stanie ustalić – mówi jeden z naszych rozmówców, zaznaczając, że PKW nie ma praktycznie żadnych narzędzi do sprawdzania wydatków w sieci: – O Bibliotece reklam Meta czy Centrum przejrzystości reklam Google nie ma przecież mowy w żadnej ustawie, bo nie może być. To inicjatywa tych firm, że chcą działać w sposób przejrzysty, co w pewnym stopniu wymusiła na nich Bruksela. 

Sztaby nie wykazują się intencją przejrzystości nie tylko przedstawiając zbiorcze faktury. 

– Można mieć też podejrzenia co do umów zawieranych przez szereg komitetów na obsługę administracyjną czy biurową. To są często nieduże kwoty, ale gdy przeglądaliśmy te umowy, niektóre z wymienianych w nich nazwisk kojarzyłem z dużej aktywności w mediach społecznościowych – mówi Krzysztof Izdebski, dodając: – Oczywiście, może być tak, że te osoby dostają pieniądze za adresowanie kopert w biurze, ale możliwe również, że ich prace biurowe” polegają na pisaniu postów i komentarzy w internecie. To bardzo trudne do wyłapania. Ciekawe jest to, na ile dla wielu ludzi takie treści wyglądające jak organiczne, tworzone przez influencerów, wydają się bardziej przekonujące niż oznaczona reklama. 

Prof. Piotrowski z kolei zwraca uwagę, że PKW w tym zakresie w zasadzie nie ma pola manewru. 

– Nie tylko nie ma narzędzi do kontroli kampanii w internecie, ale może kierować wytyczne i zalecenia wyłącznie dla komisji wyborczych – tłumaczy. – Wiążą one jednak tylko komisje i to o tyle, o ile niestosowanie się do nich powoduje negatywne konsekwencje. Co więcej, PKW nie ma prawa stanowienia przepisów powszechnie obowiązujących.

W kwestii wdrażania powszechnie obowiązujących przepisów otwarte pole ma jedynie ustawodawca. A ten popisał się dodatkowym zamuleniem przejrzystości kampanii… usuwając dosłownie jeden przecinek. Otóż do 2018 roku art. 106 par. 1 Kodeksu wyborczego głosił: „Każdy wyborca może prowadzić agitację wyborczą na rzecz kandydatów, w tym zbierać podpisy popierające zgłoszenia kandydatów, po uzyskaniu pisemnej zgody pełnomocnika wyborczego”. Czyli: do agitacji potrzebna była zgoda pełnomocnika. Cztery lata temu treść przepisu zmieniono następująco: „agitację wyborczą może prowadzić każdy komitet wyborczy i każdy wyborca, w tym zbierać podpisy popierające zgłoszenia kandydatów po uzyskaniu pisemnej zgody pełnomocnika wyborczego”. To znaczy, że do zbierania podpisów potrzeba zgody pełnomocnika, ale do agitacji już nie. Każdy wyborca może sobie prowadzić kampanię na własną rękę. 

Wyborcza szara strefa osiągnęła monstrualne rozmiary

– Ta kampania była pełna rekordów – mówi Michał Fedorowicz, prezes Instytutu Badania Internetu i Mediów Społecznościowych. – Dotyczyły one internetowych zasięgów, zarówno wydarzenia, jakim był marsz Platformy Obywatelskiej, jak również kandydatów. Podczas tej kampanii wyprodukowano rekordową liczbę klipów, które były dystrybuowane w sieci. Nigdy dotąd na żadną polską kampanię internetową nie przeznaczono równie potężnych środków finansowych i robi ona wrażenie również na tle kampanii w innych krajach europejskich. 

Podczas ostatniej kampanii widzieliśmy szereg nowych chwytów, jak nagrywanie hurtowo filmików na TikToka czy wydawanie na promocję tak dużo, że windowało to ceny spotów dla samych zainteresowanych. Był też stary repertuar w postaci lajków pod partyjnymi postami, pochodzących z egzotycznych krajów.

Przede wszystkim jednak podczas ostatniej kampanii wyborcza szara strefa rozdęła się do monstrualnych rozmiarów. A przepisy, które miały być gwarancją, że pole gry będzie równe, stały się w zasadzie fikcją.

Można oczywiście domagać się od Google’a czy Mety, by udoskonalały przejrzystość reklam dotyczących wyborów. Ale żaden z tych koncernów nie zagwarantuje, że kandydaci czy partie nie będą szukały sposobu na obejście polskiego prawa. 

Szczególnie, gdy jego szczelność pozostawia – delikatnie mówiąc – uzasadnione wątpliwości.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka specjalizująca się w tematyce międzynarodowej, ekologicznej oraz społecznego wpływu nowych technologii. Współautorka (z Wojciechem Brzezińskim) książki „Strefy cyberwojny”. Była korespondentką m.in. w Afganistanie, Pakistanie, Iraku,… więcej
Dziennikarz naukowy, reporter telewizyjny, twórca programu popularnonaukowego „Horyzont zdarzeń”. Współautor (z Agatą Kaźmierską) książki „Strefy cyberwojny”. Stypendysta Fundacji Knighta na MIT, laureat Prix CIRCOM i Halabardy rektora AON. Zdobywca… więcej