Akademia Haendlowska

Otwarte próby, mistrzowskie wykonania, spotkania artystów z publicznością, która przyjechała do Wrocławia z całej Polski.
Czyta się kilka minut

Jedną płaszczyzną jest przestrzeń edukacyjna, drugą koncerty – tłumaczył mi Jarosław Thiel, twórca corocznego cyklu (bo można już zaczynać mówić o cyklu) Akademii w NFM – Filharmonii Wrocławskiej. Ale jest jeszcze trzeci wymiar: skupienia na jednym kompozytorze, którego twórczość w ciągu kilku dni przedstawia się w różnych odsłonach, tworząc jego wielostronny portret. W ten sposób powstaje festiwal mały, ale inny niż wszystkie. Muzycy spędzają w mieście tydzień, nie tylko uczą lub są uczeni, lecz chodzą wzajemnie na swoje koncerty, mieszają się z publicznością, która z kolei, przyciągnięta nazwiskiem wybitnego kompozytora (w tym roku – Georg Friedrich Haendel) i magią gwiazd, które wykonują jego muzykę, zjeżdża do Wrocławia z całej Polski.

Dzisiaj największym wyzwaniem dla organizatorów nie jest zrobienie dobrego koncertu, lecz zachęcenie ludzi, by wyszli z domów. Trzy wielkie oratoria tego samego kompozytora nie są już w stanie wypełnić sali. Może słuchacze zakładają, że wystarczy pójść tylko na jedno?

Tej pułapki uniknięto w tegorocznej Akademii Haendlowskiej. Ledwie kilka koncertów, wśród nich dzień przerwy, szereg prób otwartych, podczas których można podglądnąć muzyków przy pracy. Pierwszy występ – to dźwiękowy kontekst, w jakim Haendel tworzył: muzyka teatralna Purcella, na której Saksończyk uczył się angielskości, Geminianiego, olśniewającego londyńczyków równolegle z Haendlem, wreszcie samego Haendla piszącego na instrumenty. Grają mistrzowie tego repertuaru: Rachel Podger i Brecon Baroque.

Drugi wieczór – młody Haendel podczas pobytu we Włoszech. Przyjechał młodzieńcem, w mgnieniu oka wchłonął wszystkie tajniki stylu, wyjechał uwielbianym geniuszem. Jeżeli śpiewany był tak błyskotliwie, jak zrobiła to – po raz kolejny – Julia Leżniewa, musiał olśnić najbardziej wymagających Włochów. Kierowana przez Thiela, dynamicznie grająca Wrocławska Orkiestra Barokowa też mogłaby się im podobać.

Kolejne koncerty to przygotowany już przez kursantów Akademii – ale pod okiem ich brytyjskich mistrzów (Hollingworth, Podger) – „Acis and Galatea”, oraz wielki „Solomon”, już z późnego okresu twórczości Haendla, pod dyrekcją Paula McCreesha. Z dyrygentem zaplanowano też spotkanie dla publiczności.

Wydarzeń nie za wiele, ale wszechstronne, głębokie i kolorowe. I tu pytanie: czy jest jakiś lepszy pomysł, żeby wyróżnić się podczas przyszłorocznej Europejskiej Stolicy Kultury? Gdyby np. wziąć kompozytorów związanych z Wrocławiem: Weissa (barokowa lutnia), Webera (przełom romantyczny), Brahmsa, może Chopina (był tu, koncertował) i zbudować podobne projekty wokół nich – powstałaby jakość wyjątkowa. Inaczej Wrocław pozostanie w cieniu nieodległego Drezna, Pragi czy Berlina. A może i Katowic.

©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 08/2015