Jak to jest być księdzem? Jestem nim od 1960 r., ale bez żadnych kościelnych wyróżnień czy stanowisk. Przyznam, że nigdy nie miałem pokus, czy nawet pragnień zdobycia takowych. To nie jest żadna pokora. Wprost przeciwnie, w swojej pysze uważałem, że do nazwiska nie muszę dodawać jakichś tytułów. Oczywiście nie zawsze byłem konsekwentny. Ale szczęśliwie nie ma w Kościele obowiązku publicznego wyznawania grzechów.
Choć nie jest to zgodne z wykładnią teologiczną, za najważniejszą z otrzymanych przed laty możliwości uznawałem władzę rozgrzeszania, odpuszczania grzechów. Długo się uczyłem, co w praktyce znaczy dyspozycja kwalifikująca do ważnego rozgrzeszenia, uczyłem się też powściągliwości w słowach, bo człowiekowi, który przychodzi po odpuszczenie grzechów, nie trzeba tłumaczyć tego, co sam odkrył. Uczyłem się jeszcze wielu rzeczy i nadal się uczę, m.in. tego, że nawet niemożliwość uzyskania kościelnego wyroku o nieważności małżeństwa nie sprawia, że ono jest ważne. Oczywiście, spowiadając, nie mam prawa udzielić sakramentalnego rozgrzeszenia, jednak nie muszę bronić nieważnego związku. Na szczęście Jezus Chrystus jest instancją ponad prawem kanonicznym.
Jednej zasady zawsze starałem się przestrzegać: miej czas dla każdego, kto cię potrzebuje. Zasada piękna i niezmiernie trudna, bo rozstrzyganie, czy to jest potrzeba, czy tracenie czasu, bywa niemożliwe, więc ostatecznie na pewno i tu nie jestem bez winy. Chorzy? Wzywany szedłem, prawie zawsze. Niestety, mam w pamięci przypadek, że znajdowałem sto pretekstów, by wyjście opóźniać. W końcu przyszedłem tam – ale niestety – dotarłem już po śmierci chorego.
Usiłuję przypomnieć sobie coś, co było ważne. Mnóstwo wydarzeń wraca w pamięci, ale tamto... Był moment, kiedy pomyślałem, że życie może się skończyć, bo najważniejsze już w nim nastąpiło. I choć to może wydać się wręcz nieprawdopodobne, choć tyle rzeczy pamiętam, to tego najważniejszego ani rusz nie mogę sobie przypomnieć. Pamiętam doskonale refleksję, że najważniejsze w życiu już się stało, ale co to było – nie pamiętam.
Kiedyś spisałem odwiedzane przeze mnie kraje, wyszło ich 40. Choć nigdy nie usiłowałem być podróżnikiem, zebrało się ich aż tyle. Podróże były, z wyjątkiem jednej, służbowe, a więc księżowskie. Ta jedna była z przyjaźni, odwiedziłem w Kanadzie szkolnego kolegę. Dłużej żyłem w trzech lub może czterech krajach. Teraz absolutnie nie tęsknię do tych podróży, ale cieszę się, że pomieszkałem gdzie indziej. To daje człowiekowi dystans do własnej kultury.
Miałem jednak pisać o tym, jak to jest być księdzem. Moja odpowiedź nie jest typowa. Jako zakonnik jestem w sytuacji innej niż ci, którzy kończą diecezjalne seminarium, składają przysięgę posłuszeństwa biskupowi i jego następcom i idą, gdzie ich pośle. Bardziej lub mniej świadomie, starają się nie sprawiać kłopotów temu, od którego zależą. Oczywiście, są jednostki wybitne w tym sensie, że biskup musi się liczyć np. z ich parafianami albo z opinią publiczną itp. Mało kto jest taki od początku, a zważywszy, że w szeregi duchowieństwa wstępują najczęściej ludzie bardzo młodzi, to rzadki przypadek.
Narzeka się dziś na księży. Rady można szukać w reformach seminariów, systemie wychowania kleryków, doborze itd. Wszystkie te sposoby, dobre i słuszne, są jednak zawodne. Nie trzeba zresztą nic wymyślać. Seminaria zaczynają świecić pustkami. Zbliża się czas, gdy księży będzie mało. To kłopot dla biskupów, nie dlatego, że trzeba brakom zaradzić, ale dlatego, że system trzeba wymyślić od początku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















