Rozwodnik u spowiednika

Okazuje się, że adhortacja „Amoris laetitia” sprawia księżom kłopot. O tym rozmawiają ks. Adam Boniecki i o. Józef Puciłowski.

17.04.2016

Czyta się kilka minut

Ks. Adam Boniecki i o. Józef Puciłowski, Kraków, 13 kwietnia 2016 r. / Fot. Grażyna Makara
Ks. Adam Boniecki i o. Józef Puciłowski, Kraków, 13 kwietnia 2016 r. / Fot. Grażyna Makara

KS. ADAM BONIECKI: Papież Franciszek napisał, żeby towarzyszyć ludziom żyjącym w nowych związkach po rozwodach i że trzeba odwoływać się do ich sumienia. Ale co to konkretnie znaczy? Do czego towarzysząc ja mam ich doprowadzić? Czy na ten temat będzie jeszcze jakaś instrukcja biskupów? Dokument wspomina o „zgodności [w tym towarzyszeniu] z wytycznymi biskupa” (nr 300). Do tej pory mamy takie wytyczne: współżyją – nie ma rozgrzeszenia, nie współżyją – jest możliwe rozgrzeszenie. Mają tylko zawiadomić swojego proboszcza. No i należy im jeszcze powiedzieć: „Moi drodzy, najlepiej, gdy pójdziecie do komunii w innej parafii, wtedy nie będzie zgorszenia wśród sąsiadów”.

O. JÓZEF PUCIŁOWSKI: Rzeczywiście, tak się mówi.

AB: Tylko do tego jestem upoważniony przez Kościół. Natomiast Franciszek sugeruje, że w takich związkach może nie być grzechu śmiertelnego. Zatem rozgrzeszenie jest możliwe.

Artur Sporniak: W adhortacji pisze on, że trzeba postępować według „logiki integracji”, czyli integrować rozwodników ze wspólnotą. 

AB: Ściślej biorąc, termin „integracja” w teologii właściwie nie istnieje. Z drugiej strony rozumowanie papieża, o którym wspominałem, jest odpowiedzią na często powtarzany zarzut, że ktoś może być mordercą, dokonać wielokrotnie aborcji, wystarczy jednak, że żałuje szczerze...

JP: …i dostanie rozgrzeszenie.

AB: Ksiądz Jan Zieja pisał o parach żyjących po rozwodzie, że daremnie się tułają od trybunału do trybunału, od biskupa do biskupa – są w sytuacji bez wyjścia. I komentował: „Wobec Ciebie, Panie, nie ma sytuacji bez wyjścia”. To jest piękne, ale pytam, jak mam postąpić, kiedy przychodzi do mnie ktoś, kto się naczytał Franciszka, i mówi: „W moim sumieniu jestem w porządku, nie mam poczucia grzechu, sakramentalna żona już ma inną rodzinę, ja nie mogę mojej nowej rodziny zostawić, bo z tego zrodziłyby się nowe nieszczęścia. Przykro mi, że to sakramentalne małżeństwo nie wyszło. Tęsknię za komunią i proszę o rozgrzeszenie”. Co wtedy?

JP: Myślę, że sam tytuł rozdziału poświęconego rozwodnikom coś sugeruje: „Rozeznanie sytuacji nieregularnych”. Rozeznanie osobiste i duszpasterskie… Gdy mieszkałem w Szczecinie, prowadziłem duszpasterstwo dla 80 par niesakramentalnych – to razem było 160 osób. Stosowaliśmy zasadę, że jeśli mi mówili, że nie współżyją, dostawali rozgrzeszenie i przystępowali do komunii świętej. Jak będzie teraz? Jeszcze do mnie nikt w takiej sytuacji nie przyszedł. Nie ukrywam, nie dałbym rozgrzeszenia, póki bym nie miał jakiejś gwarancji.

AB: Że…?

JP: …że poszli do proboszcza. My, dominikanie w Krakowie, nie jesteśmy parafią.

Chodzi o stałe towarzyszenie tym ludziom?

JP: Tak.

AB: W adhortacji papież daje do zrozumienia, że jest nurt prawny, kanoniczny – bardzo ważny, którego nie lekceważy. Zanim poleci trzymania się „wytycznych biskupa”, zaleci „zgodność z nauczaniem Kościoła”. Ale kiedy chodzi o konkretnego człowieka i jego często pogmatwane życie, to ja mam osądzić, czy ten człowiek jest w grzechu ciężkim. Bo tylko grzech ciężki jest przeszkodą w przystąpieniu do komunii świętej. Czy ktoś będący w nieuregulowanej wobec Kościoła sytuacji może nie być w stanie grzechu ciężkiego i czy może przystąpić do komunii świętej? Odczytuję w dokumencie, że może.

JP: Podoba mi się, co powiedział teolog Domu Papieskiego, polski dominikanin o. Wojciech Giertych: „W kontekście duszpasterskim ksiądz zawsze spotyka się z konkretnym człowiekiem, a nie z samą ideą”.

AB: Jan Paweł II zachęcał takich ludzi do udziału w mszy świętej. Pojawił się pomysł „komunii duchowej”. To uczestniczenie często rozumiano jako zaproszenie do praktykowania „komunii duchowej”. W czasie dyskusji synodalnej ktoś zwrócił uwagę, że takie zaproszenie zakłada stan łaski. Jeśli mogę więc przystępować do duchowej, dlaczego nie mogę do sakramentalnej?

JP: Gdy w Szczecinie mówiłem o komunii duchowej, jeden z księży zrobił mi awanturę. Nie rozumiał, że nie mogę nikogo pozbawić komunii duchowej. Wydaje mi się, że adhortacja idzie jeszcze dalej. Jak daleko? Nie umiem powiedzieć. Ufam, że Episkopat wyda odpowiednie wskazówki.

Franciszek wyraźnie mówi, że nie chodzi o jakieś nowe normy. Boję się, że taka instrukcja będzie próbowała unormować to, co papież zostawił celowo otwarte… 

AB: Trzeba znać normy, one porządkują życie. Natomiast życie rozsadza normy. Trzymam się zasad dobrego zachowania przy stole, ale są przypadki, że nogę z kurczaka biorę ręką. Chyba zawsze w Kościele istniała obawa przed zawieszaniem norm w imię indywidualnej sytuacji.

JP: Jako spowiednik stykam się parę razy w roku z osobami przyjezdnymi, które jako żyjące w związkach niesakramentalnych dostawały rozgrzeszenie w Niemczech czy w Anglii. Jak dotąd tłumaczyłem naprawdę serdecznie, że nie mogę rozgrzeszyć. Nie mam takiej władzy.

Papież ją Wam teraz daje. Niepokoi mnie, że tego nie dostrzegacie. 

AB: Pytanie: czy daje? Jako spowiednik nie mam takiej władzy, żeby zawiesić nauczanie Kościoła. Franciszek coś sugeruje...

JP: Słusznie, to jest sugestia, nie ma wyraźnego rozstrzygnięcia. W szóstym rozdziale papież pisze o różnych sytuacjach: o separacji, rozwodzie, opuszczeniu małżonka. On to wszystko widzi, tylko nie daje konkretnych odpowiedzi.

Konkretną wskazówkę znajdziemy np. w punkcie 301: „Kościół dysponuje solidną refleksją na temat uwarunkowań i okoliczności łagodzących. Dlatego nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej »nieregularnej«, żyją w stanie grzechu śmiertelnego, pozbawieni łaski uświęcającej. Ograniczenia nie zależą tylko od ewentualnej nieznajomości normy. Podmiot, choć dobrze zna normę, może (…) znaleźć się w określonych warunkach, które nie pozwalają mu działać inaczej i podjąć innych decyzji bez nowej winy”. Jeśli nie może działać inaczej, nie ma grzechu ciężkiego – dlaczego go nie rozgrzeszyć? 

JP: W takim razie trzeba już w seminariach zacząć zmieniać pewne rzeczy w myśleniu księży. Bo to nie jest takie proste, że księża Adam Boniecki i Józef Puciłowski chwilę pogadają i dojdą do jakiegoś konsensusu. Żyjemy w wielomilionowym Kościele, przynajmniej na razie nie mamy konkretnych wskazówek. Spodziewacie się, że np. księża na wsi będą od teraz rozstrzygać?

AB: Ja miałbym wielką trudność. Mogę rozwiedzionej osobie powiedzieć, że Pan Bóg nie jest ograniczony sakramentami, że swoją łaską dociera także innymi drogami…

Ale komunia nie jest nagrodą, jest przede wszystkim paliwem naszego życia duchowego. 

AB: Tylko że List do Koryntian ostrzega: „Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije”. Mamy w Polsce wielki respekt wobec Eucharystii. Przekonanie, że do komunii przystępuje się w stanie łaski, że odpuszczenie grzechów i Boże miłosierdzie znajdujemy w sakramencie pokuty. I jeżeli teraz mamy to zdmuchnąć…

JP: Sąsiadka albo ktoś z rodziny powie: „Wiemy, jak oni żyją, jakim cudem przystępują do komunii?”. W dużym mieście jest to może mniejszy problem, ale w małych, gdzie wszyscy się znają?

AB: Nadzieja we wspomnianym punkcie adhortacji, który – jeśli dobrze rozumiem – wskazuje, że żyjąc w związku niesakramentalnym, niekoniecznie jesteś w grzechu ciężkim. Kiedyś, gdy byłem jeszcze młodym, gorliwym księdzem, zdarzyło mi się kierować takim rozumowaniem. Widziałem ich uzasadnione przekonanie o nieważności pierwszego, sakramentalnego związku, niemożliwość udowodnienia tego w sądzie kościelnym, ich drugi związek zawarty „przed Bogiem”... Udzieliłem im rozgrzeszenia. Jakoś to wziąłem na swoje sumienie. Potem poprosiłem o osąd sytuacji spowiednika, człowieka mądrego, otwartego, dobrego. Powiedział tylko: „Ja bym nie rozgrzeszył”. Mnie wtedy ich sytuacja wydała się tak niegrzeszna, że można było rozgrzeszyć.

W książce rozmów z Andreą Torniellim „Miłosierdzie to imię Boga” Franciszek daje za wzór spowiednika, który też miał skrupuły, że jest zbyt miłosierny. Bergoglio pytał go, co wówczas robi: „Idę do kapliczki, przed tabernakulum i mówię Jezusowi: »Panie, przebacz mi, że za dużo wybaczyłem, ale to Ty dałeś mi taki zły przykład«”. Co Jezus zrobiłby w Twojej sytuacji, Adamie?

AB: To straszliwe pytanie, bo Pan Jezus nie znał Kodeksu Prawa Kanonicznego. Był, ujmując to uprzejmie, niezorientowany w przepisach kościelnych.

JP: To piękne.

Jeżeli przepisy przeszkadzają w byciu miłosiernym, to jaki mają sens?

AB: W miłosierdziu też nie chodzi o to, żeby się wszyscy dobrze czuli.

JP: Kluczowa wydaje mi się nowa formacja księży. „Klerycy powinni mieć dostęp do szerszej interdyscyplinarnej formacji dotyczącej narzeczeństwa i małżeństwa, a nie tylko doktryny” (nr 203).

Choć z pewnymi obawami, patrzę jednak optymistycznie: adhortacja proponuje nowy sposób widzenia. Mądry nie zrobi z tego afery. Ale już słychać głosy sprzeciwu. Kard. Walter Brandmüller przestrzegał przed „rozwadnianiem nauczania Kościoła”. Rozumiem go, bo to rocznik 1929. Za 30 lat dzieci Artura inaczej to będą odbierać. My tego nie dożyjemy. Albo Kościół otworzy się na nowe spojrzenie, albo pozostaje nam uznać papieża Franciszka za heretyka.

AB: Właściwie adhortacja zmienia też myślenie o Kościele. Duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych to chyba bardzo ważne doświadczenie. Dopiero z jego perspektywy można się zastanawiać, na czym ma polegać owa „integracja”.

JP: W moim kapłaństwie było bardzo ważnym doświadczeniem. 80 par regularnie przychodziło na mszę, regularnie uczestniczyło w spotkaniach, w dniach skupienia – bywało, że pary niesakramentalne nocowały u sióstr karmelitanek, które nas gościły.

AB: Wciąż nasuwa się to delikatne pytanie: czy ci ludzie czuli, że są w stanie grzechu ciężkiego, czy jedynie postrzegali swoją sytuację jako nieregularność kanoniczną?

JP: Myślę, iż ważne było przede wszystkim, że są w Kościele. Tworzyli wspólnotę, np. ich dzieci się wzajemnie pobierały.

AB: Ważne, że za czymś tęsknią, są na jakiejś drodze.

Czy u tych, którzy podejmowali wstrzemięźliwość, można było dostrzec rozwój więzi, wzrost duchowy?

JP: Trudno mi powiedzieć, czy się duchowo rozwijali. W każdym razie patrząc z zewnątrz, byli bardzo radośni. Tu, w Krakowie, na moją mszę o 13.30 też przychodzi taka para pełna radości – po decyzji o zaprzestaniu współżycia coś się w nich odmieniło.

AB: To takie optymistyczne. Ale znam osobę, która przeżyła szok, gdy zdała sobie sprawę, że ślub – cywilny, z osobą rozwiedzioną – uniemożliwia jej przystępowanie do sakramentów. Widząc, że dostęp do komunii zależny jest od braku współżycia, teraz po wielu latach, kiedy sprawa współżycia odeszła na dalszy plan, nie poszła w tym kierunku. Tworzyli i tworzą silny, dobry związek, zawsze wzajemnie się wspierali i teraz stwierdza, że to, co ich łączyło i dalej łączy, to coś więcej niż seks. Jeśli dobrze ją zrozumiałem, uważa, że sytuacja się jakościowo nie zmieniła, nadal są związkiem niesakramentalnym.

Kościół daje tym do zrozumienia, że miłość dla sakramentu małżeństwa nie jest ważna, ważny jest seks…

JP: Nie na tym polega sakramentalność małżeństwa, to raczej świadectwo mentalności księży. Sądzę, że jesteśmy u początku drogi – i w kształceniu kleryków, i w spowiadaniu, i w głoszeniu kazań. To jakiś moment przełomowy dla Kościoła. Dlatego dziękuję Bogu za tę wspólnotę szczecińską. Dopiero wczoraj, przygotowując się do tej rozmowy, zdałem sobie sprawę, ile im zawdzięczam.

Czego Cię nauczyli? 

JP: Że zanim coś wyklnę, przeklnę, kogoś odrzucę, powinienem się podrapać w głowę i być pokorniejszym.

Załóżmy, że para przestała współżyć i przeżyła swój powrót do pełnej wspólnoty z Kościołem. Teraz przychodzi z adhortacją i mówi: „Ale nas Kościół wyrolował, tyleśmy się starali, żeby to współżycie wyciszyć, a tu okazuje się, że wcale nie było to potrzebne”. 

AB: To czysto teoretyczne rozumowanie. Ludzie, którzy podjęli taką decyzję, nigdy nie powiedzą, że im Kościół coś zabrał czy amputował. Takich wyborów dokonuje się piętro wyżej.

JP: Uważam, że wybór wstrzemięźliwości jest dla ludzi, którzy wiedzą, że są kochani – tworzą silny związek. Takich wyborów nie podejmuje się z dnia na dzień. To musi dojrzewać powoli, i Bogu dzięki, że to może działać latami.

Papież, proponując nowe podejście, też nie „zaleca pospiesznej lektury” swojej adhortacji.

JP: Współczuję biskupom, którzy będą musieli dawać inne odpowiedzi, niż dotąd się słyszy. Abp Henryk Hoser już powtórzył tylko to, co do tej pory mówiono – że do komunii dopuszcza wstrzemięźliwość seksualna – więc wypowiedział się trochę nie na temat.

AB: Najważniejsze, co padło w naszej rozmowie, to to, że mamy do czynienia z przełomowym momentem w myśleniu o Kościele. A w takim momencie przełomowym człowiek stoi ogłupiały, bo przez kilkadziesiąt lat inaczej myślał, inaczej praktykował, w inny sposób pomagał ludziom. Na razie mamy działać według nauki Kościoła i wskazań biskupów.

Powtarzam: takie minimalistyczne podejście mnie niepokoi.

AB: Ciebie to niepokoi, ale wyobraź sobie biskupa, który siedzi nad adhortacją i mówi: „No dobrze, Ojcze Święty, ale jak ja mam dać wskazówki, po czym ja mam poznać, że rozwodnik już dojrzał do wspólnoty eucharystycznej?”.

Niepokoi mnie też myślenie: „Co na to sąsiedzi?”. Nowe pokolenia gorszy raczej brak miłosierdzia, a nie jego nadmiar.

JP: Fakt, księża dotychczas bardziej się zajmowali tymi porządnymi z przypowieści o marnotrawnym synu. Gdy pracowałem na dominikańskiej parafii w Gdańsku, podczas pierwszej kolędy natrafiłem w kartotece parafialnej na zapis: „Wiaruśnicy – omijać!”.

Kim są wiaruśnicy?

JP: Też nie wiedziałem. Poszedłem do starego ojca zapytać – wytłumaczył mi, że to ci, którzy żyją „na wiarę”, „na kocią łapę”. Wówczas do nich właśnie poszedłem. I potem już nie tylko nie omijałem ich, ale szukałem „wiaruśników”. I myślę, że może spowodowałem, że myśleli jakoś inaczej o Kościele.

AB: Jesteśmy na progu nowego sposobu myślenia i na tym progu lepiej już się nie mądrzyć za dużo.

Dobrze, tylko przybliżcie: co to za próg? Na czym w skrócie polega?

AB: Na niekanonizowaniu struktur prawnych.

Przywróceniu wagi indywidualnemu sumieniu?

JP: Zmianie sposobu podejścia: trzeba towarzyszyć, rozpoznawać i łączyć to, co kruche. To jest dość poetyckie ujęcie, ale chodzi o niewykluczanie. Żyjemy jeszcze ciągle w czasach, kiedy „wiaruśników” wykluczaliśmy. Młode pokolenie przyjmie sugestie Franciszka. Oni mają już inne myślenie.

AB: Sądzę, że biskupi będą bardzo ostrożni w formułowaniu wytycznych, nie będą się spieszyli, poczekają na inne episkopaty. To muszą być inne wytyczne niż dotychczasowe instrukcje kanoniczne. Muszą być napisane innym językiem.

Mam wrażenie, że nastał czas Kościoła ludzi myślących bardziej samodzielnie. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował z młodzieżą – był katechetą… więcej
Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów. Opracowanymi razem z… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 17/2016