Zainfekowanie

Mój drogi Piołunie, w uznaniu naszych, a mówiąc szczerze – przede wszystkim moich dokonań w nadwiślańskim kraju zaproszony zostałem do kilku piekielnych departamentów z cyklem wykładów.
Czyta się kilka minut

Tematyka szeroka i ambitna. Nowa demoralizacja jako odpowiedź na nową ewangelizację; o skutecznym kamuflażu; nienawiść – główną zasadą życia społecznego; jak zbałamucić proboszcza w dziesięć dni; pięć prostych sposobów na upolitycznienie Kościoła; hejt, czyli pogarda 2.0; skandale pedofilskie i co dalej? Po referatach nie brakło pytań z sali i ożywionych dyskusji, co moim skromnym zdaniem świadczyć musi o klasie wykładowcy.

Jedna z kwestii, podniesionych przez słuchaczy bodajże w Departamencie Zachwaszczania Wiary, zdała mi się inspirująca. Zapytano mnie: gdyby sedno Pańskiego sukcesu streścić w jednym zdaniu, jak by owo zdanie brzmiało?

Odpowiedź niełatwa… Walczyliśmy, drogi Piołunie, na tylu różnych frontach! Dlatego też dopiero po dłuższym namyśle oświadczyłem, że nie będę się bawić w copywritera, lecz stosowny cytat zaczerpnę z praktyki. Otóż wielu naszych podopiecznych w nadwiślańskim kraju pyta: ile można się spóźnić na Mszę, żeby była ważna?

Na sali zdumienie. O co, u licha, chodzi? – pytali szeptem jedni przez drugich. Tymczasem ja – jak na biegłego retora przystało – przedłużałem wymowną pauzę. Milczałem, wodząc po słuchaczach wzrokiem, by jeszcze wzmocnić efekt zaskoczenia i podsycić ciekawość. Żebyś Ty widział te zbaraniałe gęby! W końcu, nasyciwszy się ich głupotą, a własnym triumfem, począłem wyjaśniać…

Kwestia, ile można się spóźnić na przeklętą Mszę – jednym kusicielom wydawać się może przyczynkarska, pozbawiona znaczenia. Drudzy wręcz się obruszą, że nie ma się czym chwalić. Przeciwnie – owo pytanie miałoby ich zdaniem dowodzić, że kmiotkowie poważnie traktują niedzielny obowiązek i chcą ustrzec się grzechu.

Cóż, oba stanowiska są z gruntu błędne. Świadczą o krótkowzroczności, jeżeli nie o ślepocie. Gdyby piekło składało się wyłącznie z tak tępych rzemieślników, Adam i Ewa wciąż łaziliby po Edenie z genitaliami na wierzchu. Kto jednak opanował diabelski fach w stopniu ciut wyższym niż kuszenie śpiących z rączkami na kołdrze, ten w lot pojmie, jak wielką wagę ma powyższe pytanie.

Po pierwsze, czarno na białym pokazuje, że delikwent – nie przeczę – ma dobrą wolę, ale na własne nieszczęście stanowi seryjny produkt, masowo schodzący z taśm nadwiślańskich fabryk duszpasterskich. Jego sumienie zostało już w trzech czwartych uśpione. To istota przez lata, częstokroć od maleńkości, przyuczana do etyki w wydaniu nakazowo-rozdzielczym. Zainfekowana absurdalną kazuistyką, która moralność chce mierzyć w milimetrach i ważyć w miligramach. Taki pacjent powoli traci zdolność samodzielnego odróżniania dobra od zła; bez precyzyjnie sformułowanych przepisów jest jak dziecko we mgle. Zresztą – o ironio – od licznych sług Nieprzyjaciela usłyszeć można: „Msza jest ważna, jeżeli do kościoła zdążysz przed Ewangelią”. Bez komentarza.

Ale po drugie i ważniejsze, jesteśmy tu już o krok, o pół kroku od ostatecznego zafałszowania, czym jest wiara – i kim jest nasz Nieprzyjaciel. Od pytania o limit spóźnienia na przeklętą Mszę łatwo bowiem doprowadzić delikwenta do przekonania, że niedziela to przykra pańszczyzna do odrobienia. A Cieśla? Hm… Jest jak fiskus. Wszechmocny i niewidzialny. Kierujący się logiką zwykłemu zjadaczowi chleba obcą, ale na jego żywot mający wpływ przemożny. Skrupulatny i nieubłagany; listami poleconymi za 10 złotych od sztuki śle upomnienia i monity za niedopłatę 25 groszy! Wszystko i wszystkich oplata gąszczem praw i przepisów. A do Niego i tylko do Niego należy ich ostateczna interpretacja, dlatego strzeż się, biedny człecze! By gniewu Jego srogiego uniknąć, znać musisz wszelakie luki i kruczki!

To właśnie, drogi Piołunie, wykładałem naszym braciom i siostrom w kuszeniu. Martwi się nadwiślański Kościół o tych, których zwie wierzącymi, ale niepraktykującymi. I słusznie się martwi. Ale my z oczu nie traćmy też tych, co są praktykujący, ale niewierzący!


Twój kochający stryj Krętacz

©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 05/2015