Reklama

W oku smoka

W oku smoka

26.06.2007
Czyta się kilka minut
Nieukończone dzieło odwołuje się do formy eposu, którego bohaterowie są niczym grubo ciosane archaiczne posągi. Ich losy ukazuje autor w perspektywie tragicznej, poddane nieubłaganemu przeznaczeniu.
O

Opowieści o "Dzieciach Húrina" J.R.R. Tolkien nigdy ostatecznie nie ukończył. Pracę nad historią tragicznych dziejów dwojga ludzi - Túrina i jego siostry Niënor, których ojciec ośmielił się sprzeciwić woli złego boga Morgotha - pisarz rozpoczął w roku 1918, a więc na długo przed powstaniem "Władcy Pierścieni", i przez lata wracał do niej wielokrotnie, jedno z ujęć umieszczając w "Silmarillionie". Wersję najpełniejszą, która niedawno trafiła do księgarń, opracowali syn i wnuk pisarza, jest ona więc efektem trudu trzech pokoleń Tolkienów...

Czy mając za sobą tak długą historię, jest też ta książka szczególnie ważną częścią twórczości autora "Hobbita"? Prawdę powiedziawszy, niekoniecznie. Ciekawić będzie głównie tych, którzy są już głęboko zanurzeni w Tolkienowskich światach, poszukują uzupełnień, rozwinięcia zasygnalizowanych gdzie indziej wątków. To zresztą raczej szkic niż w pełni skończone dzieło; bogactwo zdarzeń, informacji, imion bohaterów, nazw królestw i miast, które w masywnym korpusie "Władcy Pierścieni" dawało oszałamiającą i frapująco tajemniczą perspektywę, tu przytłacza, ciąży nad fabułą i czytelnikiem. Choć trzeba też zauważyć, że o ile "Władca..." jest dość klasyczną powieścią, kreślącą wyraziste psychologicznie postaci, o tyle "Dzieci..." odwołują się do formy eposu, którego bohaterowie są niczym grubo ciosane archaiczne posągi.

Bo też opowiadają o dziejach zamierzchłych. Życie Túrina od wędrówki Froda do Mordoru dzieli ponad sześć tysięcy lat; czytając "Dzieci..." znajdujemy się w tzw. Pierwszej Erze, kiedy to elfy i pojawiający się właśnie na scenie świata ludzie toczyli rozpaczliwą walkę z potężnym i złośliwym Demiurgiem, którego Sauron był jedynie sługą. Poznajemy światy odeszłe w nicość, którymi wędrował Beren z ukochaną Luthien - ich ślad przechował się tylko w pieśniach i długowiecznej pamięci Drzewca.

O ile walcząc z diabelskim Sauronem Frodo i jego towarzysze - mimo strachu i pokus - obdarzeni byli wolną wolą i zgodnie z nią kształtowali swój los, o tyle Túrina ukazuje Tolkien w perspektywie tragicznej, poddanego nieubłaganemu przeznaczeniu. Zbuntowany przeciwko Stwórcy Morgoth, gorszy bóg, już cielesny, zanurzony w materialnym świecie, zachowuje moc kształtowania swą wolą rzeczywistości; walecznego Húrina ukarze, znieprawiając los jego dzieci, które będą podążać od klęski do klęski. Skazane na niepowodzenie okażą się wysiłki Túrina, by umknąć fatum: dobre zamiary posłużą złu, męstwo przemieni się w pychę, zarodek klęski, nieustraszony wojownik sprowadzi cierpienie i śmierć na wszystkich, z którymi się zetknie. "Tak, zawsze wszystko wychodzi na opak, a mój los jest tak przewrotny, jak przewrotny jest Morgoth!" - wykrzykuje bezsilnie, dostrzegając w chwili tragicznego odsłonięcia, że dał się zwieść, jak zawsze wybrał niewłaściwą ścieżkę.

Przez mgnienie dana mu była bowiem także możliwość wyzwolenia, umknięcia oku Zła. Ratunkiem była Finduilas, córka władcy elfów, której miłość mogła przechylić szale przeznaczenia. Ale Túrin szansy nie dostrzegł, w momencie decyzji, na wąskim ostrzu mostu w Nargothrondzie dał się omamić wzrokowi smoka, wsączającemu w jego serce zwątpienie i rozpacz. Gdybyśmy umieli odeprzeć smocze spojrzenie, obronić miłość, zwyciężylibyśmy Księcia Tego Świata? Bohater "Dzieci..." tego się nie dowie, jego los nieuchronnie zmierzać będzie ku bolesnemu finałowi: "uciekaliśmy ze strachu przed Ciemnością po to tylko, by znaleźć ją tutaj przed sobą i nie mieć żadnej już drogi ucieczki"...

Oko smoka, córka króla elfów, Morgoth??? Czym właściwie jest wchodzenie w baśń, a może tworzony przez Tolkiena mit? Ucieczką, zanurzeniem się w świecie ze słów łatwiejszym do zrozumienia niż świat realny? To chyba przede wszystkim męska pokusa, w tym sensie Tolkien - spędzający wieczory w jednej z oksfordzkich knajpek i czytający tam przyjaciołom swoje elfickie historie - przypomina po trosze wielu z nas - szukających odległych mórz, jak kapitan Nemo albo ten zobaczony przez Heinricha Bölla bywalec irlandzkiego pubu: "aby pozostać sam na sam z whisky i bólem, wiarą i niewiarą, pogrąża się głęboko w czas, w keson bierności, dopóki starczy mu na to pieniędzy; dopóki nie będzie zmuszony wynurzyć się znów na powierzchnię czasu, aby włączyć się do rytmicznych ruchów wioseł, bezsensownych, bezradnych ruchów, bo przecież każda łódź nieuniknienie zdąża ku ciemnym wodom Styksu. Nic dziwnego, że w tych knajpach nie ma miejsca dla kobiet, istot czynnych na tej ziemi: tutaj mężczyzna jest sam na sam ze swoją whisky, daleki od wszelkich przedsięwzięć, w które wdał się z konieczności, przedsięwzięć zwanych rodziną, zawodem, honorem, człowieczeństwem"...

Ale w głębinach przebłyskują zrazu niewyraźne, a później coraz lepiej widoczne kształty. Bo ucieczka jest zarazem rozpoznaniem, lepszym zobaczeniem samego siebie. Świat Tolkiena jest światem ciągłej dekadencji - po tysiącach lat wspomina się dawną potęgę, minioną chwałę, zaginioną mądrość. Może i w tym kryje się źródło jego przyciągania? Fascynujące obumieranie - jak wtedy, gdy oglądam z córką animowany film i wpatrujemy się we wraki galeonów, ruiny latarni morskich tkwiące w piasku pustyni - ślad dawnej obecności morza. Śmierć. Coś istniało, odeszło, pozostały jedynie niewyraźne znaki, które kuszą bardziej niż naoczna teraźniejszość.

Nieraz przez całe życie czekamy na coś, co ma się wydarzyć, co przyniesie przyszłość, mająca być oczywiście lepsza, ciekawsza od dnia dzisiejszego. Podczas lektury Tolkiena giniemy natomiast pośród strzaskanych okruchów przeszłości. Bo może nic nie nastąpi? Może "prawdziwe życie" nie czeka, a już się dokonało? Pisze Jarosław Mikołajewski: "coraz częściej rozmyślam o godzinie próby//szykuję się na nią i czuję/że byłbym gotowy gdyby próba nadeszła//ale im częściej rzucam przyszłej próbie //zwycięskie wyzwanie/tym trudniejszym cieniem/zapada we mnie pewność/że próba już była"...

  • J.R.R. Tolkien, "Dzieci Húrina", redakcja: Christopher Tolkien, ilustracje: Alan Lee, przekład: Agnieszka Sylwanowicz, Warszawa 2007, Wydawnictwo Amber.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]