Reklama

W górę, ku źródłom

W górę, ku źródłom

01.02.2007
Czyta się kilka minut
Kopalnia złota w północnym Kamerunie /fot. R. Kapuściński
1

1.

Jakim to sposobem Ryszard Kapuściński, chłopak z Pińska, stał się Ryszardem Kapuścińskim, którego książki odniosły światowy sukces? Ile zawdzięczał wrodzonym talentom, pracy nad sobą i przypływom reporterskiego natchnienia, którego nieraz doświadczał? Na ile o sukcesie zdecydował los, co w pewnym ograniczonym stopniu pozwala się wybierać i sobie pomagać? Jak wiele wreszcie zależało od perypetii historycznych, których Kapuściński był jednak bardziej przedmiotem niż podmiotem? Choćby przedmiotem świadomym i aktywnym? Od zwykłych okoliczności wreszcie, co zbiegły się wokół niego w takim akurat miejscu i czasie? Bo kilka lat wcześniej czy później, w takim czy innym układzie jednej czy drugiej redakcji, nie zostałby Ryszardem Kapuścińskim, jakiego żegnamy.

2.

Podobne pytania stawiałem sobie, rozpoczynając biografię Mickiewicza. W życiorysie Kapuścińskiego widzę pewną, stosownie ograniczoną rzecz jasna, analogię. Adam Mickiewicz, chłopak z Nowogródka, miał naprawdę minimalne, klasowe, geograficzne, historyczne szanse, aby stać się wielkim Mickiewiczem. I niewiele doprawdy zapowiadało, że Kapuściński zdoła doczekać się autorskiego triumfu. Ogromnych, wielojęzycznych nakładów, poklasku krytyków, uznania sławnych kolegów. Że zostanie międzynarodowym mędrcem (mówimy dziś: autorytetem), laureatem ważnych nagród, o które się nie starał, można powiedzieć: same spływały. I miało się wrażenie, że wśród nich nie przebierał, nie grymasił. Że równą przyjemność potrafił mu sprawić komplement od znajomego czy anonimowego czytelnika. Mimo globalnego powodzenia pozostała w nim jakaś autorska niepewność. Pamiętam, jak już długo po "Cesarzu" zmartwił mi się, że oto w Gdańsku Tomasz Burek krytykuje którąś z jego książek. I tej przykrości nie mogły mu wynagrodzić, zaproszenie na prestiżowy odczyt do Barcelony, ani nowojorskie pochwały.

3.

Urodzony na kresach kresów, zresztą prędko stamtąd przepędzony. Student historii Uniwersytetu Warszawskiego w najgorszych stalinowskich latach. Młody poeta jakich wielu i wyrobnik dziennikarski. Przypadkiem właściwie wysłany do Indii, zostaje zawodowym korespondentem zagranicznym. I co z tego? Jest skrępowany cenzurą swojego pół-niepodległego, pół-zniewolonego kraju. Politycznie i biurokratyczno-politycznie uzależniony. Finansowo ograniczony. Jakież miał szanse wobec imponujących konkurentów, którzy jeszcze długo nie będą musieli nic wiedzieć o jego istnieniu. To wielcy reporterzy. Wielojęzyczni native speakersi. Absolwenci wyspecjalizowanych uczelni i mistrzowskich kursów. Gotowi jechać natychmiast, na kraj świata, bez specjalnych zezwoleń i uzgodnień. Wyposażeni technicznie i logistycznie. Ożywieni duchem szlachetnej również rywalizacji. Jakie wobec nich miał szanse chłopak z Pińska? Ale okazało się, że Pińsk, podobnie jak Nowogródek, kryje w sobie szczególną siłę. Prowincji, zawsze bliższej ziemi. Ambicji, która pod warunkiem talentu, wobec nikłych widoków powodzenia, jest wyzwaniem.

4.

Oczywiste wydają się porównania Miłosza z Mickiewiczem. Zbyt oczywiste. Bo złudne są podobieństwa życia i charakterów wielkich poetów. Co do szans, o których tu mowa: Miłosz miał jednak w rodzinie znacznego francuskiego poetę Oskara Miłosza. A na kogo mógł się powołać Mickiewicz? Na księdza Józefa Mickiewicza, dalekiego krewnego, który tyle że pomógł mu dostać się na studia. Co do Kapuścińskiego (znów życiowo bliżej mu niż Miłoszowi do Mickiewicza), nie sposób było przez wiele lat na szerokim świecie wymówić jego nazwiska.

I jeszcze jedna okoliczność łączy synów Nowogródka i Pińska. Zestawienie ich twórczości byłoby bez sensu, ale tu chodzi o sprawę ostateczną. Zwyczajną śmierć. Ubogą, emigrancką śmierć Mickiewicza w Konstantynopolu, dyskretną warszawską śmierć Kapuścińskiego w szpitalu na Banacha. A jaka niby miałaby być? No jednak, pomijając renomowane kliniki krajowe i zagraniczne, wcześniej efektownych okazji do śmierci Kapuścińskiemu nie brakowało. Na przykład w Angoli, kiedy jechał wąską drogą przez busz w kompanii kubańskich żołnierzy. Tak było: przysłanych w ramach klasycznej bratniej pomocy marksistowskiemu rządowi Angoli. Opowiadał nam o tym w redakcji "Kultury". Potem opisał. I wszyscy słuchacze, choć różnie myśleli o Kubańczykach, zapamiętali, że ich uprzedzający okrzyk "towarzysze!" znaczył ocalenie. Albo śmierć, jeżeli punkt kontrolny opanowali już "bracia!", czyli wrogowie. Albo inna, pokojowa okazja, kiedy w Norylsku czy innej Workucie, kilkanaście metrów od domu, nasz bohater traci w mroźnej zamieci wszelką orientację i nie wie, jak wrócić. Nie licząc niebezpiecznych chorób, cudem unikniętych katastrof, wojen czy rewolucji, przy których Kapuściński starał się być pierwszy. Wśród sytuacji nieprzewidywalnych, kiedy zapewne nie zdążyłby zrobić użytku ze swojego osobistego uroku i wiary w człowieka. Ale Kapuściński posiadał też przymiot, którego Napoleon, prócz kwalifikacji zawodowych, wymagał od swoich generałów. To znaczy szczęście. Słowem, wielokrotnie wymykał się śmierci, nie zwracając na nią większej uwagi. A ona zaczekała na niego w mieście, gdzie był, wygodnie i bezpiecznie, na stałe zameldowany.

5.

Potrafił opisać swój fizyczny strach, wahania albo nagłe decyzje, które okazywały się akurat jedynym wyjściem. Ale zajmował uwagę czytelnika sobą, na ile sprzyjało to wiarygodności opisu ludzi, miejsc, wydarzeń. Mówi się, że stworzył jakiś wzór, szkołę: istotnie, uczył też dziennikarstwa. Ale chyba zbyt spontaniczna i przemyślana, czytelna i wyrafinowana, w proporcji, której posiadał wyłączną tajemnicę, była materia jego opowieści. Po prostu wiedział, a chyba też dowiedział się usilną pracą, ile ma pisać o sobie, gdzie posłużyć się anegdotą, jak ustawić relacje między szczegółem i ogólnikiem, kiedy przepleść retorykę poetyckim obrazem.

Należał Kapuściński do twórców reportażu, na których liczył Marian Brandys, klasyk i wielki miłośnik tego gatunku. Prócz Kapuścińskiego, prywatnie i przyjaźnie ojcował Brandys między innymi Hannie Krall, Krzysztofowi Kąkolewskiemu, Kazimierzowi Dziewanowskiemu (ten jako potomek szwoleżera spod Somosierry miał dla Mariana dodatkowy urok). Ale Brandys denerwował się, kiedy jego wybrańcy, zdarzało się, zdradzali reportaż dla powieści. Kapuściński nie podlegał tej krytyce. Stworzył własną formę, która dochowując wierności reportażowi, była zarazem literaturą. Ale bliżej eseju niż reportażu literackiego, który może niebezpiecznie kojarzyć się z minoderią i kokieterią. "Cesarz", którego angielski przekład w 1983 powitali entuzjastycznie John Updike i Susan Sontag, napisany został pod wysokim patronatem Gombrowicza. Czuje się w "Cesarzu" Gombrowiczowską frazę, rytm, pisarską wyobraźnię. I te stylizowane po etiopsku maski, czyli gęby, które można przyprawiać na każdym dworze. Kto by pomyślał, że Gombrowicz znajdzie zastosowanie do opisu takiego świata.

6.

Od poezji Kapuściński zaczynał i z wiekiem zwracał się do niej z rosnącym zamiłowaniem. Gustował też w towarzystwie wybitnych poetów. Ostatni raz widziałem go na wieczorze Julii Hartwig, który prowadził, zadając zawsze te same, naiwne i najtrudniejsze pytania o to, jak powstaje wiersz. W imieniu sali, ale także swoim własnym, jakby pozostał odwiecznie rozciekawionym debiutantem. Być może pamiętał zdanie Miłosza, że "więcej waży jedna dobra strofa niż ciężar wielu pracowitych stronic". Poezji zawdzięczał z pewnością wyczucie słowa, była ona wielką miłością Kapuścińskiego, ale także sposobem zrozumienia świata. Próbą pochwycenia go, skoro jest świat, co zawsze podkreślał, nieskończenie rozmaity i zmienny, w błysku metafory, w detalu, fragmencie, który tłumaczy całość. Stąd również cykl lapidariów, tych okruchów rzeczywistości, które zdały się Kapuścińskiemu jedyną prawdą pamięci.

7.

Byłby Marian Brandys szczęśliwy, widząc, że Kapuściński wraca nie tylko do poezji, również do historii, bo współczesność mu nie wystarcza, aby zrozumieć świat. I dlatego sięgnął Kapuściński najdalej, aż do Herodota. Ale już wcześniej, kiedy opisuje chwilę bieżącą, czuje się, że myśli historycznie. To znaczy z refleksją, która każe uwzględniać nie tylko przemijających aktorów dziejowego teatru, ale również uczestniczących widzów. Osoby jakby postronne, które ponoszą konsekwencje i są zawsze do siebie podobne. Zmieniają tylko imiona. Stąd obok reporterskiej namiętności obecna u Kapuścińskiego filozofia historii, z której wynika, że co prawda historia się nie powtarza, ale też żadna epoka (włącznie z tą, którą przeżywamy) nie jest wyjątkowa. To znaczy jest równie wyjątkowa jak wszystkie inne.

I ja również skorzystałem z jego życzliwej mądrości. Kiedy uskarżałem się publicznie, dlaczego moje pytania o koszta zwycięstw moralnych bywają rozumiane jako kupieckie, wyjaśnił problem. Że ludzkie życie można traktować niby najwyższą wartość. Albo mniemać, że są sprawy ważniejsze, dla których warto je poświęcić. A zresztą, mówił, rachunku za ofiarę się nie wystawia, bo jest ona, z natury swojej, bezinteresowna. I że te dwa pomysły, ochrony życia i ofiary z życia, nie dadzą się absolutnie ze sobą pogodzić. A spotykają się. W tragicznych okolicznościach. Na przykład Powstania Warszawskiego. Czyli że dyskusja na temat jego sensu jest niemożliwa, bezprzedmiotowa. Kiedy przy innej rocznicowej okazji porównywałem Powstanie w Getcie i Warszawskie, poczynił mi uwagę, że inaczej umiera się z rozpaczą, bezimiennie, inaczej z nadzieją. Choćby była złudzeniem. Ale z gotowymi wcześniej piosenkami, opaskami, które zastępują mundury, z numerowanym miejscem w spisie oddziału.

8.

Zgodnie z rytmem czasu zmieniały się proporcje w pisarstwie Kapuścińskiego. Coraz mniej było w nich nowych doświadczeń, coraz więcej książek. Był zresztą zawsze człowiekiem książki, własnej biblioteki, tylko tę jego osobistą prawdę przesłoniły reporterskie przygody. I okazało się, że od książki rozpoczęła się jego droga. Od Herodota, którego poznał na wykładach profesor Izy Bieżuńskiej-Małowist, i którego wziął za towarzysza swojej pierwszej podróży. A dwa lata przed śmiercią ujawnił jako swojego mistrza i przewodnika. "Wielkie, ciekawe świata dziecko, wiedzione nieodpartym pragnieniem przekraczania każdej granicy. Bez przerwy zadaje nowe pytania i nie przestaje się dziwić, nie traci tego daru, który zachowują tylko dzieci i artyści. Nie sądzi, aby nie być sądzonym, choć historie, które słyszy, bywają straszne, a światy, które ogląda, spływają krwią i pulsują cierpieniem. Nie sądzi także dlatego, że wierzy w zdolność czytelnika do własnego sądu" - mówił o Herodocie profesor Jerzy Axer z okazji przyznania Kapuścińskiemu nagrody "Nowych Książek". I dalej już o laureacie: "Zawsze wiedziałem, że autor jest mistrzem w opisywaniu świata takim, jaki jest. Nie wiedziałem, że umie tak dobrze żeglować po rzece czasu, w górę nurtu, ku jej źródłom".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]