Reklama

Światło w familoku

Światło w familoku

23.04.2017
Czyta się kilka minut
Abp Wiktor Skworc, metropolita katowicki: Droga wiodąca od sytości przez poczucie samowystarczalności może prowadzić do uznania, że nie potrzebuję Boga. Tymczasem najważniejsze rzeczy w życiu nie są rzeczami.
Abp Wiktor Skworc w kopalni Guido w Zabrzu. Grudzień, 2015 r. Fot. Andrzej Grygiel / PAP
B

BŁAŻEJ STRZELCZYK: Oglądał Ksiądz Arcybiskup film „Pokot”?

ABP WIKTOR SKWORC: Nie miałem okazji. Oglądałem natomiast w kinie film „Milczenie” przy pełnej, milczącej sali.

A może czytał Ksiądz Arcybiskup książkę Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”?

Też nie, ale z tego, co wiem, jej treść dotyczy szeroko pojętej ekologii.

To historia o tajemniczych morderstwach myśliwych i kłusowników z Kotliny Kłodzkiej.

Dobry film?

Moim zdaniem przeciętny, ale jednym z bohaterów jest ksiądz. Błogosławi innym myśliwym, z ambony tłumaczy, że zabijanie zwierząt jest moralne, sam poluje.

Pewien niepokój budzi już samo to zestawienie: słowo „ambona” może określać jednocześnie miejsce, z którego głosi się kazania, jak również miejsce, z którego strzela się do zwierząt. To zestawienie jest oczywiście przykre.

Kazanie usprawiedliwiające myśliwych Tokarczuk pisała wzorując się na kazaniach polskich księży myśliwych. Polowania często rozpoczynają się albo kończą mszami.

Niebezpieczne mieszanie porządków. Proszę pana, pan to mówi w kontekście polowania, ale trzeba jasno powiedzieć, że w ogóle nie można instrumentalizować Eucharystii. Często się zdarza, że mamy jakieś państwowe, ale nie tylko, uroczystości i gdy nie bardzo wiadomo, jak je zacząć albo skończyć, to organizuje się Eucharystię. Rolą pasterzy jest wiedzieć, gdzie, z jakiej okazji należy odprawiać msze święte, a gdzie tego robić nie wolno.

Podczas polowania wolno?

Jeśli się dobrze rozumie naturę mszy świętej, to pewne celebry są wykluczone.

Chrześcijanin powinien strzelać do zwierząt?

(milczy) Ja bym nie potrafił.

Dlaczego?

Bo to wiąże się z eliminacją.

Myśliwi tłumaczą na przykład, że strzelają do dzików, bo te niszczą uprawy rolników.

Ochrona upraw jest oczywiście ważna, bo te zapewniają pokarm ludziom. Ale my, jako chrześcijanie, powinniśmy szukać takich rozwiązań, które nie mają podłoża eliminacyjnego. Zawsze musimy myśleć w sposób pozytywny, a nie negatywny.

Co ze zdaniem „czyńcie sobie ziemię poddaną”?

W tej sprawie jasno wyrażali się teologowie, łącznie z Janem Pawłem II. Papież powtarzał, że eksploatacja Ziemi i stworzenia musi przebiegać rozumnie i odpowiedzialnie. Niestety, żyjemy w czasach materializmu praktycznego, czyli tu i teraz. Ten sposób życia czasem przesłania nam przyszłość i pamięć o tym, że po nas przyjdą kolejne pokolenia. Nie możemy zostawić im zgliszczy. Człowiek jest istotą rozumną także po to, by potrafił wszystko przemyśleć i urządzić w taki sposób, żeby życie odbywało się aktualnie z jak najmniejszą szkodą dla przyszłości człowieka.

Dlaczego nie mówicie o tym kazań?

Mnie się zdarza mówić o tych rzeczach. Ale chodzi też o coś innego. Pan mnie pyta o myśliwych i polowania, ja nie mam na ten temat wiedzy teoretycznej, a praktycznej tym bardziej. Jednak w związku z tym, że jestem w Episkopacie odpowiedzialny za komisję duszpasterską, przyjmuję te pytania jako kamyczek do własnego ogródka. Należy się przyjrzeć tym sprawom. Jednocześnie nie możemy zapominać, że polska ambona milczy o wielu innych tematach.

O czym milczy polska ambona?

Myślę, że większy nacisk powinniśmy położyć na kwestie ekologiczne.

Zwłaszcza gdy mamy taki pontyfikat.

Encyklika „Laudato si” jest oczywiście ważnym dokumentem. O ekologii powinniśmy mówić wieloaspektowo, przynajmniej na trzech poziomach: powietrze, woda i gleba.

Śląscy biskupi wypowiadali się już o smogu.

W 2015 r. wydaliśmy wspólny komunikat w sprawie ochrony powietrza. Tu na Górnym Śląsku obserwujemy skrajną degradację naturalnego środowiska, m.in. przez eksploatację górniczą i jej długofalowe skutki. Kiedyś zanieczyszczało jeszcze hutnictwo i koksownie. Obecnie największe zatrucie powietrza wynika ze spalania w domowych paleniskach węglowych odpadów i wszystkiego, co popadnie. To degraduje powietrze. Powstaje trujący miks, którym wszyscy oddychamy.

Ksiądz Arcybiskup myśli o rozwiązaniach systemowych?

Strona kościelna bierze udział w dyskusjach sejmiku województwa śląskiego, gdzie podejmowane są tego typu sprawy. Potrzebne są rozwiązania systemowe.

Jakie są pomysły?

Np. Ministerstwo Energii mogłoby wprowadzić rozporządzenie o wartości energetycznej węgla dopuszczonego do spalania w domowych piecach. Byłoby wtedy jasne, czym można ogrzewać, a czym nie. Niedawno konsultowana była uchwała sejmiku samorządowego w sprawie wprowadzenia na obszarze województwa śląskiego ograniczeń w zakresie eksploatacji instalacji, w których następuje spalanie paliw. Ostatecznie uchwalona jednogłośnie, ponad podziałami.

A na poziomie indywidualnym?

Przydałoby się wprowadzenie mechanizmu, dzięki któremu ekologiczne źródła energii cieplnej obłożone byłyby niższym podatkiem VAT albo byłyby z niego całkowicie zwolnione. Musimy wymagać systemowych rozwiązań, bo one budzą zaufanie i ułatwiają społeczne funkcjonowanie. Ponadto trzeba edukacji, również w ramach katechezy szkolnej czy parafialnej. Sprawa dotyczy budzenia świadomości i odpowiedzialności za siebie, za drugich, za świat. To chyba najważniejsze.

Słyszał Ksiądz Arcybiskup, żeby ktoś w konfesjonale żałował, że pali w piecu plastikowymi kubeczkami po jogurtach?

Nie. Ale ostatnio spotkałem się z pewną osobą, która prosiła o ekologiczny rachunek sumienia, bo chciała go rozpowszechnić w swojej parafii. To sygnał, że rachunki sumienia, które mamy w książeczkach do nabożeństw, powinny być modyfikowane, uaktualniane, także biorąc pod uwagę kwestie ekologiczne.

Wspominał jeszcze Ksiądz Arcybiskup o glebie.

Która również jest degradowana. Choćby na poziomie chemizacji rolnictwa. Doprawdy trudno dziś o rzeczywiście naturalne uprawy, chociaż wszystko, co „eko”, jest poszukiwane. Natomiast co trzeba wyraźnie podkreślić: nadużywanie chemii w rolnictwie przekłada się na kryzys w świecie pszczół.

Greenpeace toczy właśnie walkę o wycofanie neonikotynoidów z upraw.

Tu znów mamy do czynienia nie tylko z indywidualnymi apelami – w tym przypadku do rolników – ale przede wszystkim wołaniem o zmiany systemowe. Nie można przymykać oczu na to, co mówią naukowcy. Świat pszczół jest zagrożony, a człowiek bez pszczół ma ograniczone szanse na przeżycie. Płyniemy na tej samej łodzi z całym stworzeniem.

Dlaczego mówienie o ekologii jest ważne?

Z powodu Pana Boga i z powodu człowieka. Powinniśmy szanować Stworzyciela i jego stworzenie. Szanujemy człowieka i uważamy, że ma prawo do tego, by żyć w warunkach sprzyjających jego zdrowiu. Oczywiście przez to, że żyjemy we wspomnianym już czasie materializmu praktycznego, tego typu postulaty – większej wrażliwości ekologicznej – są przyjmowane z dużą nieufnością.

Dlaczego?

Zbytnia fascynacja „światem rzeczy” powoduje, że bogactwem jest dla mnie wyłącznie to, co posiadam, i... że posiadam coraz więcej. To postawa niezgodna z nauczaniem Jana Pawła II, by bardziej „być”, niż „mieć”.

To przekłada się także na doświadczenie religijne?

Oczywiście. Koncentrowanie się na tym, co materialne, sprawia, że człowiek jest „syty”. Sytość nie jest dobrym odczuciem, bo rodzi postawę samowystarczalności. Droga wiodąca od sytości, poprzez poczucie samowystarczalności, może prowadzić do fazy: nie potrzebuję Pana Boga. Jasno więc trzeba powiedzieć, że najważniejsze rzeczy w życiu nie są rzeczami.

Jakie są najważniejsze?

Osobista relacja z Bogiem oraz solidarna miłość wobec drugiego człowieka. Problem w tym, że im więcej w nas konsumpcjonizmu, tym mniej solidarności. Stajemy się wsobni.

Kiedy to pękło?

To postawa, która ściśle wiąże się z faktem, że coraz bardziej jesteśmy wprzęgnięci w kierat zarabiania i wydawania. To drugie – w dużej mierze – z powodu natrętnej reklamy.

Kapitalizm zniszczył w nas solidarność?

Musimy być krytyczni. Pamiętam wizyty biskupów Republiki Federalnej Niemiec w latach 80. w naszym kraju. Oni bardzo wówczas podziwiali, jak walczymy. Mówili: „pokonaliście materializm ateistyczny”. Jednocześnie od razu dodawali, że w przyszłości, po zmianach społeczno-politycznych, a te już były na widnokręgu, będziemy musieli poradzić sobie jeszcze z materializmem praktycznym, co może być trudniejsze. Wydaje się, że mieli rację.

Księże Arcybiskupie, co to jest „Światło w familoku”?

Chodzi o nową ewangelizację. Mówimy o niej wiele, ale czy pamiętamy, na czym polega? W nowej ewangelizacji chodzi przede wszystkim o to, żeby z Dobrą Nowiną pójść do ludzi. Zauważyliśmy, że spada liczba dominicantes. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ludzie nie chodzą do kościoła, zachowują dystans?

I dlaczego?

Także z powodu poczucia małej wartości samych siebie. Znam wiernych, którzy nie przychodzą do kościoła, bo nie mają odpowiedniego ubrania. Również warunki życia i mieszkania utrwaliły w nich kompleksy. Widzą, że żyją w zdegradowanych warunkach poprzemysłowych miast i osiedli. Czują się „zdegradowani”, zapomniani. Tym bardziej nie mogą być zapomniani przez Kościół, przez parafię. To przekonanie, że trzeba do nich wychodzić, zrodziło działanie w ramach „Światła w familoku”.

Księża – chętni do podjęcia takiego misyjnego duszpasterstwa, a jest ich aktualnie siedmiu – nie katechizują w szkole albo mają ograniczoną liczbę katechezy; idą z posługą duszpasterską na osiedla, do ludzi. Wspomagają ich również świeccy. Tak dzieje się m.in. w mojej rodzinnej Rudzie Śląskiej, gdzie „Światło w familoku” funkcjonuje modelowo. Ta „akcja” zmienia się w stałe działanie duszpasterskie „wychodzenia do”, postulowane przez papieża Franciszka (wychodzenie na słynne peryferie) i przez II Synod naszego Kościoła lokalnego.

Jak żyje się w familokach?

Wielu ludzi w Polsce, żyjących na dobrym poziomie materialnym, może nawet nie zdawać sobie sprawy, że mamy na Górnym Śląsku osiedla biedy i wykluczenia, gdzie obok rozwiązań charytatywnych potrzebne są działania systemowe, związane z rewitalizacją poprzemysłowych przestrzeni i zdegradowanych dzielnic górnośląskich miast. Trzeba też dodać, że analogiczne zjawiska mają miejsce również na poprzemysłowych blokowiskach!

Jest program 500 plus.

I to jest dobry program, bo poprawia materialną sytuację rodziny. Ale my tu na Górnym Śląsku potrzebujemy jeszcze jednego programu. Mógłby się nazywać Łazienka plus. Podczas wizytacji parafii staram się odwiedzać mieszkające na ich terenie rodziny wielodzietne, chorych. Spotykam się z nieuszminkowaną rzeczywistością. Naprawdę zdarza się, że warunki sanitarne są fatalne. Nie do przyjęcia w XXI wieku.

Zaapelował o to Ksiądz Arcybiskup do premier Beaty Szydło.

Tak, publicznie mówiłem o tym w Piekarach Śląskich podczas pielgrzymki kobiet, na której była także pani premier.

PiS to dobra partia?

Każdy ma swoje sympatie polityczne i w szerszym lub węższym zakresie interesuje się życiem politycznym, które przekłada się na życie społeczne. Cieszy, jeśli jakaś partia realizuje postulaty społeczne. To ważne, bo nasz system społeczno-gospodarczy został określony jako „społeczna gospodarka rynkowa”. Cieszy, kiedy wspierane są działania służące ochronie życia czy sprawie odzyskania niedzieli jako powszechnego dobra społecznego. To pozytywne i w jakimś sensie jest nam z tą partią po drodze. Ale to nie znaczy, że Kościół identyfikuje się z jedną partią polityczną.

A nie jest jednak trochę tak, że Kościół został wykorzystany przez PiS?

W jakim sensie?

Mamy oczywiście program 500 plus, ale rządzący są np. głusi na apele Episkopatu w sprawie przyjęcia uchodźców.

Widoczne jest jakieś rozminięcie się tego, co mówi rząd i Episkopat. Caritas mocno wyartykułował potrzebę korytarzy humanitarnych. Później była akcja Caritas „Rodzina rodzinie”. Prawie wszystkie parafie w naszej archidiecezji już „adoptowały” jedną syryjską rodzinę lub więcej. Co ciekawe, im biedniejsza parafia, tym więcej „adoptowanych” rodzin. Wniosek jest prosty. Z pomocą nie wolno czekać, tylko jej udzielać w granicach istniejących możliwości.

Minister Mariusz Błaszczak, który często siedzi w pierwszych ławach w kościele, w sprawie przyjmowania uchodźców w Polsce mówi: „Decyzja rządu o przyjęciu siedmiu tysięcy uchodźców była decyzją błędną. Nie pójdziemy na żadne kompromisy. Najważniejsze jest bezpieczeństwo Polaków. Nie będziemy ulegać ideologiom związanym z poprawnością polityczną”.

Inne racje widać były silniejsze niż przekonania religijne.

Czy dla chrześcijanina jest jakaś inna wartościowa racja, którą powinien się kierować, niż los drugiego człowieka, zwłaszcza cierpiącego z powodu wojny?

Nie, nie ma. Dla chrześcijanina podstawowym wyznacznikiem postępowania pozostaje przykazanie miłości Boga i bliźniego.

Co z wolną niedzielą?

Postulat wolnej niedzieli może, choć – wbrew pozorom – nie musi mieć motywacji religijnej. Chodzi o to, by państwo gwarantowało rodzinie przynajmniej jeden wolny dzień na budowanie więzi i wypoczynek. Uznaliśmy, że żyjemy w świecie konsumpcjonizmu, a to się przekłada także na nasze mało solidarne relacje z innymi. Być może dobrym rozwiązaniem jest zatem znalezienie w tygodniu jednego dnia, który ułatwiałby nam odbudowanie solidarności i wspólnoty: w rodzinach i w społeczeństwie. To jest kolejny element do poruszenia na ambonach.

Księżom będzie trudno o tym mówić, klerycy nie mają doświadczenia w kontaktach np. z rynkiem zawodowym. 

Na Górnym Śląsku istnieje jednak szczególna bliskość duchowieństwa ze światem pracy. Poza tym wielu duchownych ma osobiste doświadczenie wykonywania pracy zawodowej przed wstąpieniem do seminarium duchownego. Sam jestem z pokolenia księży, które dzięki decyzji biskupa Herberta Bednorza mogło przejść roczną praktykę robotniczą.

Jak to wyglądało?

Podczas formacji kleryckiej przez rok pracowaliśmy w wybranych przez siebie zakładach pracy jako pracownicy fizyczni. Takie było założenie.

Ksiądz Arcybiskup gdzie?

W kopalni.

Na jakimś biurowym stanowisku?

A skąd, panie redaktorze, zjeżdżałem „na dół”. Przez rok miałem codziennie nocną szychtę.

Chodziło o ewangelizowanie w zakładach pracy?

Biskup Bednorz nam powtarzał, że mamy „tylko być”. Moi koledzy z kopalnianego oddziału o tym, że jestem klerykiem, dowiedzieli się chyba po trzech miesiącach wspólnej pracy. Gdy się wydało, że to „prawie ksiądz”, górnicy mówili tak: „a myśmy myśleli, żeś z jakiejś sekty”. Odruchowe było pytanie, skąd takie myślenie. „Bo na piwo nie chodziłeś, nie kląłeś”. A katolikowi to wszystko wolno, tak?

Na piwo Ksiądz Arcybiskup po pracy nie chodził?

Jak już mówiłem, pracowałem na nocnej szychcie. Jak człowiek wyjeżdżał na powierzchnię o 6 rano, to szynki były pozamykane, a ponadto na jednym piwie się zwykle nie kończyło. Oprócz tego proboszcz przydzielił mi katechizowanie dwóch klas. Było więc co robić i jeszcze należało trochę odpocząć... bo praca pod ziemią była wyczerpująca.

A dziś można sobie wyobrazić „księży-robotników”?

Chciałbym posyłać kleryków do pracy. Należy jednak pamiętać, że dziś istnieje konieczność przygotowania do pracy zawodowej i mamy bezrobocie, nie chciałbym odbierać miejsc pracy tym, którzy jej naprawdę potrzebują. Pozostaje wolontariat, np. w szpitalach. I tę szansę skrzętnie wykorzystujemy.

To skąd księża mają wiedzieć, co to znaczy „pracowniczy los”?

Nie trzeba wszystkiego doświadczać, aby wiedzieć. Trzeba przy tym pamiętać, od czego przede wszystkim są księża. Powinni być – jak to postulował papież Benedykt w Warszawie – specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. ©℗

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Zauważyliśmy, że spada liczba dominicantes. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ludzie nie chodzą do kościoła, zachowują dystans?" Aby przychodzić do kościoła trzeba mieć wiarę w obecność Jezusa w Kościele i świadomość do czego jest On mi życiu ogromnie potrzebny. To zanika w ludziach. Dlatego konieczna jest reewangelizacja Kościoła w Polsce. To oznacza konieczność współpracy duchowieństwa i nowych rzeczywistości jakie Duch Święty wzbudził w Kościele posoborowym dla jego odnowy! Niestety duchowieństwo w Polsce kompletnie nie zdaje sobie sprawy z wagi procesu pełzającej laicyzacji ani tego że należy temu ze wszystkich sił przeciwdziałać, aby nie doszło do tego co się stało z Kościołem na Zachodzie. Postawy: jakoś to będzie, to nie mój problem, a co mnie to obchodzi....prowadzą do nikąd!

Wszystko na to wskazuje, że polski episkopat ma w nosie liczbę dominicantes - biskupi postawili (jak Kaczyński) na budowę formacji bezwzględnie posłusznych baranków i twardogłowych ekstremistów. Budują fortecę. Sceptyków z niej wręcz przeganiają. Szykują się na wojnę?...

Narzędzia do ponownej ewangelizacji Kościoła są! Oby tylko duchowieństwo zdało sobie sprawę z kryzysu wiary jaki ma miejsce w Kościele i zechciało posłużyć się tymi narzędziami z osobistym zaangażowaniem!

Jak to zwykle bywa w przypadku klęski, biskup Skworc szuka winnych dookoła. Ani słowem nie wspomina o sobie, rzecz to jeszcze zrozumiała, ale i o kolegach w sutannach. To ja księdzu powiem, jak to działa w praktyce. U nas na wsi, diecezja śląska kiedyś a dziś bielska, od ładnych kilku lat z ambony co niedziela regularnie proboszcz K. nadaje propagandowe pogadanki na tematy bieżące - a to uchodźcy, a to wybory takie czy siakie, trybunał, Smoleńsk, gender, aborcja itepe - no i oczywiście łaja PO&Co, rozpływa się nad kaczystami. Co ludzie o tej metodzie głoszenia ewangelii myślą wiem doskonale, bo z ludźmi na wsi łatwo się gada. Jedni jeżdżą w niedzielę do sąsiedniej parafii, wielu zupełnie zrezygnowało z mszy i wysłuchiwania kleszych agitacji. Rezultat taki, że teraz już nie ma problemu żeby usiąść podczas mszy ale niestety taca o wiele lżejsza - no i to plebana dopiero rusza. Ostatnio ten być może biskupa kolega z seminarium poskarżył się na Pana Boga i PO: pierwszy mu do nieba zabrał hojnych darczyńców, ci drudzy przegonili resztę na saksy - i zapowiedział nałożenie podatku kościelnego we wsi na 5 lat. Reakcja owieczek? Proszę zgadnąć, podpowiem, że nieraz gorące jak dyskusje pod ziemią w kopalni... I w tym samym czsie w okolicy jak grzyby po deszczu wyrastają kapliczki waszej konkurencji - a to Kościół Chwały, a to Świątynia Pana - u nich trend jest odwrotny, proszę biskupa, ławki pełne, choć materializm ten sam. Wiedzie ten wasz stary, zastany świat do upadku wasza własna księża i biskupia obłuda, zakłamanie, hipokryzja, arogancja, chciwość, tupet i bezczelność - a na ich czele kroczą jak zwykle dwie siostry, Pycha i Głupota. Wykształciliście przez dekady w seminariach armię prostackich, bezmyślnych, aroganckich i bezczelnych klechów. To oni i ich nauczyciele są odpowiedzialni za puste ławki w kościołach. Ksiądz biskup wytyka palcem 'materializm praktyczny' pisze o 'nowej ewangelizacji' - ale wy musicie zacząć od siebie, faryzeusze kupczący ewangelią na partyjnych wiecach, w wypasionych brykach, w biskupich pałacach, To wam najbardziej potrzebna ewangelizacja - ale kto ma was nawracać?... W takim stanie, w jakim kler dzisiaj w Polsce się znalazł, wy chcecie lud naprawiać?...Paetzem? Jędraszewskim? Głódziem? Hoserem? Rydzykiem?... Z kim do ludu?...Śmiechu warte, pożałowania godne. Biskup i jego koledzy pomijają i zupełnie ignorują i wręcz zwalczają istnienie w kościele osób o poglądach politycznych i społecznych odmiennych, choćby takich jak moje - a jest ich wielu. Dziwi się biskup, że oni zaczęli ignorować kościół? Jakże ślisko i fałszywie, a przy tym jak typowo brzmią biskupa słowa o tym, że kościół "cieszy, jeśli jakaś partia realizuje postulaty społeczne..." - jasne, pod warunkiem, że partia nazywa się PiS. +++ To lud was naprawi i wyprostuje wam kręgosłupy moralne - i albo się temu zabiegowi poddacie, albo sczeźniecie z tej ziemi. Naszej ziemi, i z naszego życia które staracie się zawłaszczać. Postawiliście na jedną kartę przyszłość kościoła w Polsce - ma być siłowo i po waszemu, rękami rydzykowego biznesu i jego szatańskiej propagandy oraz kupczenia poparciem z ambon w zamian za żywą gotówkę i przywileje od władzy. Ewangelia służy wam jedynie za pretekst, Krzyżem się podpieracie i używacie jako narzędzia w walce o swoje. Biskup myśli, że lud Boży tego nie widzi? To biskup jest ślepy, nie lud Boży.

Cieszę się, żo o ekologii, w tym o zwierzętach i ich losie, mówi się i pisze w Polsce coraz częściej. Niestety, w mojej ocenie z jednej strony tej dyskusji jest rodzaj "ludzkiego szowinizmu" (interes człowieka ponad wszystko!), a z drugiej strony rozbrajająca naiwność. Jestem po tej drugiej stronie i dlatego irytuje mnie robienie z myśliwych morderców, krwawych barbarzyńców. Chyba nie chodzi o to, aby wrażliwość na los zwierząt i stan przyrody ufundowany był na wrogu jakim jest myśliwy! Trzeba też otwarcie i szczerze mówić o tym, że poza parkami narodowymi w krajach takich jak Polska nie ma powrotu do mechanizmu samoregulacji ilości zwierzyny w lasach. Dlaczego? Bo współczesny las to hala produkcyjna, tylk bez dachów i ścian. Nie zamienimy upraw leśnych człowieka (tak, upraw!, jeśli ktoś myśli, że las jaki spotyka w Polsce jest "naturalny", to jest naiwny) na dzikie/naturalne puszcze. Nie możemy dopuścić, aby w takich lasach drapieżniki rozmnożyły się tak bardzo, że zabraknie im pożywienia, czyli sarny i jeleni. Dlaczego? Bo drapieżniki nie zaczną naturalnie wymierać, ale pójdą 500-2500 metrów! (tyle średnio potrzeba przejść, aby w systemie polskich lsów trafić na osiedle ludzkie) dalej, do osady, osiedla, wioski, miasta, gdzie są zweirzęta hodowlane, śmietniki i... dzieci idące do szkoły. Jesteśmy odpowiedzialni za polską przyrodę, ale nie możemy myśleć jak dzieci!

Chopie, co ty wypisujesz... grozisz "drapieżnikami z lasu" co będą pożerać nas i nasze dzieci.... Co jadłeś śniadanie? p.s. jesteś myśliwym?

Niczym nie grożę. Jeżeli zwierzyna płowa będzie się swobodnie rozmnażać, co będą rozmnażać się również drapieżniki; na nizinach przede wszystkim wilk. Normalna zasada łańcucha pokarmowego: im więcej jedzenia, tym więcej osobników żywiących się tym jedzeniem. A dzikie zwierzęta w wioskach i miastach? Lisy od dawna żerują w mieście. Zdarzają się coraz częstsze przypadki, że powodu przepełnienia lasów dziki wchodzą nie tylko na pola uprawne, ale i na przedmieścia w poszukiwaniu pożywienia. Dlaczego nie miałby robić tego wilk? Aby coś wiedzieć o przyrodzie nie trzeba być myśliwym.

tylko ludzi których bawi mordowanie innych stworzeń i czerpią z tego jakąś chorą przyjemność, zabijać nadmiar zwierząt jak co ma leśniczy, a nie robić sobie z tego zabawę i robić z tego jeszcze jakieś psychopatyczne trofea, oby kiedyś trafili na jakiegoś kosmitę który ich podobnie potraktuje (ups, już wiem czemu film Predator należy do moich ulubionych ;p). No i jest pan fantastą z tymi wilkami porywającymi dzieci. Wyrzucamy tyle wszelkiego jedzenia na śmieci, że te wilki jak przełamią strach to prędzej brzuchy im popękają nim poczują konieczność polowania na człowieka, ewentualnie pogryzą jakiegoś zbieracza odpadków jako konkurenta niż zjedzą panu dziecko.

„ Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ludzie nie chodzą do kościoła, zachowują dystans?” Ano własnie, ciekawi mnie dlaczego odpowiedzi na to pytanie jeszcze nie znamy. To znaczy znamy, wszyscy chodzący do kościoła i mający jako taki dystans do siebie i do owego chodzenia, znają odpowiedź, co dziwne nie jest ona wcale tożsama z odpowiedzią jaka daje nam biskup niestety. Pewnie, że każdy ma własną odpowiedź, ale jakoś można ją nieco uogólnić i nie ma ona nic wspólnego z biedą, wręcz przeciwnie. W niedziele Miłosierdzia nawiedziłem kościół, może nie tyle stary i zabytkowy, co ociekający złotem i przepychem. Proboszcz wygłosił płomienne kazanie o głodujących w Syrii dzieciach, nie szczędził słów krytyki dla Amerykanów wydających pieniądze na bombowce i rakiety - ile to głodnych gęb by się tym nakarmiło. Ustawiono skarbonki na datki, omówiono też plan inwestycji przy kościele, co i ile będzie kosztować. Młodych w kościele nie było, od dawna ich tam nie widuję. Bo to nie tak, że ludzie do kościoła nie chodzą z braku godziwego przyodziewku, nie chodzą raczej z braku strawy duchowej tam dla nich, z wszechobecnej hipokryzji płynącej z ambony, politykierstwa i wchodzenia z butami w ich życie. Wczoraj byłem w małym kościółku, mszę celebrował młodziutki ksiądz, wysłany na Ukrainę. U nas wcześniej , jeszcze jako wikariusz, dał się poznać jak znakomity organizator, ulubieniec młodzieży, dzięki niemu w parafii młodzież zapełniła kościół, zaczęła się organizować. Teraz jeździ po prośbie o datki, bo przydzielono mu dwie parafie, łącznie jakieś 100 dusz, za wszelką cenę chce coś dla tych biednych ludzi zrobić. U nas znowu w kościele młodych nie ma, a my zbieramy kasę, a to na marmury, posadzki , chodniki, witraże…. litujemy się nad bidulkami i kumplujemy z kasiastymi. A czyste powietrze mamy gdzieś, władza wykończyła wiatraki, nie chce paneli solarnych na naszych domach, węglem mamy palić, bo górnicy muszą mieć co fedrować, jeszcze na stolicę ruszą i pozamiatają. Księże Biskupie nie wątpię, że jesteście dobrze poinformowani i wiecie co w trawie piszczy, nie zdradzicie tego jednak i się do błędów nie przyznacie. Wasza wiedza jest teoretyczna, więc w żaden sposób emocjonalnie nie przekłada się na czyny. Gdy słucham pisanych przez was listów do wiernych, wydaje mi się, że ulokowaliście swe trony w jakiejś wirtualnej przestrzeni i tylko tak przez szybki cieplarni bratacie się z nami nieborakami.

Zgadzam się z oportunistą w kwestii bezmyślnego przenoszenia księży, którzy w parafiach zbudowali wspólnoty (niekoniecznie formalne). Jednocześnie warto monitorować te małe parafie gdzie ten sam proboszcz jest od dziesiątków lat - jaki jest poziom duszpasterstwa. Nie piszę tego w sensie negatywnym - wyjeżdżając z miasta turystycznie nieraz trafiałem w wiejskich kościołach na inteligentne i mądre kazania. Rzadko spotykałem politykujących księży, tym większa rola biskupa w napominaniu lub przenoszeniu proboszczów którzy czynią to nagminnie.

Życie i jego trwanie jest oparte na "eliminacji". "Eliminujemy" to co zjadamy, roślina, zwierzę, a kim jesteśmy by wartościować życie? Problemem jest to by nie zabijać dla przyjemności, by nie zabijać więcej niż wymaga tego nasze przetrwanie. No i co sobie wykształcili to mają, to jest bardzo znamienne, że do "wypasionego" kościoła ludzie gorzej ubrani nie chcą chodzić, ludzie intuicyjnie wyczuwają co w tej instytucji jest najważniejsze ;p Reszta nawet znośna i sensowna jak na hierarchę. ps. gdy załatwiałem pogrzeb ojcu w jednej z plebani na jednej z katowickich parafii mieli powieszone portrety, wielkie portrety papieża Franciszka i oczywiście arcybiskupa Skworca, i pomyśleć że kiedyś z portretów Gierka się naśmiewałem, czerwone czy czarne, ta sama megalomania, ta sama służalczość, ten sam "szyk", ta sama gra pozorów. Hmmm gdzieś tam mam jeszcze chyba nawet takiego samego Gierka z lampką górniczą, w jakimś starym wydaniu encyklopedycznym dla dzieci.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Podobne teksty

Abp Alfons Nossol, Artur Sporniak
Anna Goc, Błażej Strzelczyk
O. Grzegorz Chrzanowski, Michał Kuźmiński, Artur Sporniak

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]