Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Stołeczny trap

Stołeczny trap

07.12.2015
Czyta się kilka minut
Wiele wrocławskich mostów trafiło do polskiej literatury. Ja jakoś szczególnie lubię te Stachury.
Most Grunwaldzki Fot. Marcin Jędrzejczak / ESK
T

Tam zbudowano najstarszy most na ziemiach polskich. Na siedem liter. Trzecia to „o”.

Jeśli pominiemy przeprawy przez rzekę po pniu zwalonego drzewa lub kamieniach rzucanych w głębinę? Czyli chodzi o najdawniejszy efekt zaprzęgnięcia kunsztu inżynierskiego w walkę z głębokim ciekiem wodnym o nierównym dnie i o szerokości przekraczającej rozmiar zwalonej olchy?

Nikt nie może wskazać tego miejsca z całą pewnością. Ale jeśli nie wiadomo, gdzie coś wydarzyło się po raz pierwszy, to możemy przyjąć, że miało miejsce tam, gdzie nam wygodnie. To już polityka, ja w krzyżówkach zawsze tak wpisuję. Dopiero wtedy trzeba się nagłowić, żeby się wszystko zeszło.

Dowód, że na naszych ziemiach właśnie tam miało to miejsce, mam tylko jeden. Pochodzące z I wieku p.n.e. znalezisko – niemal trzy tony bałtyckiego bursztynu.

Ale gdzie?

Wrocław. Partynice. Ładnych kilka kilometrów na południe od Odry. Co znaczy, że to po drugiej stronie rzeki niż ówczesne bałtyckie El Dorado, a raczej rzymskie Klondike. Jakoś przeprawiono ten skarb przez rzekę.

Dłubankami?

Nie sądzę. Przewróciłyby się z wrażenia. To był niewyobrażalny majątek. Ale jak go przeprawiono? Przez most. Pierwszy na ziemiach polskich.

Polskich? Wtedy nie mieszkał tu lud słowiański. Germański tym bardziej.

To prawie jak z Europejską Stolicą Kultury.

Co to znaczy? Że tak naprawdę to Europejska Stolica Czegoś Innego? Albo Nieeuropejska?

Raczej to, że po raz pierwszy na ziemiach polskich lokowano ją w Krakowie, ale i tak wszyscy mamy w głowach, że Europejska Stolica Kultury lub Tego Czegoś to Wrocław. I tak już zostanie. Wrocław, wiadomo, most z zachodu na wschód, jak kiedyś mawiano, także w literaturze.

Albo odwrotnie. Ze wschodu na zachód.

Nie mieszajmy w to aktualnej polityki.

Ja tylko rozwiązuję krzyżówkę. Most. Pionowo. Siedem liter. Trzecia to „o”.

We Wrocławiu jest ich ponad sto trzydzieści. Wszystkie w coś zamieszane. Wiele z nich zresztą ma sporo wspólnego z Europejską Stolicą Kultury lub Tego Czegoś. Choćby Trzebnicki, przerzucony nad tym korytem rzeki, którego w czasach bursztynowego szlaku nie było. Most Trzebnicki imienia Rafała Wojaczka, jak powinien się nazywać. Przerzucony nad rzeką, która w tym miejscu jest kanałem. Woda z rzeki, ale to nie rzeka. Wszystko odwrotnie. Rafał Wojaczek w ostatnich latach swojego życia przeprawiał się tędy niemal codziennie. A to długi most. Przejście trwa. Od przęsła do przęsła. Wiatr. Głowa sama zaczyna pracować. Możemy znaleźć ślad tej roboty w jego prozie, kiedy jego bohater, patrząc z konstrukcji w dół i myśląc o skoku, dochodzi jednak do bardzo zasadnego wniosku, że co ma wisieć, nie utonie. To też coś o wrocławskiej specyfice. Bo skończyło się na tabletkach. Wszystko jest inne, niż jest, jak wszystkie mosty prowadzą na ląd. Chyba że most jest trapem.

We Wrocławiu trapy prowadzą zazwyczaj na wycieczkowe statki – rejsy do zoo i z powrotem. Jak prawie cała literatura.

Ale kiedyś, jeszcze w latach 60., po Wrocławiu pływały tramwaje wodne. Normalnie, kasowało się zwykły bilet tramwajowy u bileterki (miała do tego taki specjalny przyrząd, minidziurkacz) i po uspokajającej podróży (a właściwie powodzi) wysiadało się koło pracy, knajpy lub domu. Można też było długo nie wysiadać, bo sprzedawano tam piwo i widoki były mało oczywiste. Człowiek mógł sobie pływać od pętli do pętli. Wszystko uprzejmie i odwrotnie. Mosty nie były tak potrzebne jak teraz.

Wiele wrocławskich trafiło do polskiej literatury. Ja jakoś szczególnie lubię te Stachury. „Opierałem się o poręcz i patrzyłem na wodę przez jakiś czas, właściwie wcale jej nie widząc”. A na innym, też opierając się o barierkę i wychylając się, zobaczył swoją małą główkę, zupełnie rozdygotaną, rozmytą, cudzą. Most jako coś, co zmienia perspektywę.

Ale co się stało z tymi trzema tonami bursztynu?

Prawie trzema. Mam dobrą odpowiedź. Na czasie. Nie wiem.

Nigdzie mi nie pasuje.

Bo to potrzebuje innego czasu. Marzy mi się w polszczyźnie czas ciągły.

Że nie Europejska, nie Stolica, nie dwadzieścia, szesnaście, tylko zawsze trzecia „o”? ©

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]