Zaczynał jako ochotnik amerykańskiego Korpusu Pokoju (pomagającego biednym krajom) w Maroku, aby potem, jako dyplomata, spędzić większość życia w krajach arabskich – pasjonat, podobno wierzył, że światy islamski i zachodni nie są skazane na konflikt. Zginął w zamachu akurat w Benghazi – mieście, w którego ocaleniu półtora roku wcześniej miał swój udział: do stolicy libijskiego powstania Stevens przypłynął w kwietniu 2011 r. na statku towarowym, w pierwszej grupie Amerykanów, którzy przybyli do Libii, aby dyplomatycznie (i nie tylko) wspierać rewolucję przeciw Kaddafiemu.
Fakt, że pierwszą ofiarą antyamerykańskich protestów, jakie rozlały się właśnie od Północnej Afryki przez Bliski Wschód po Azję, był właśnie Stevens, ma wymowę symboliczną. Podobnie jak to, że ataki na ambasady USA miały miejsce także w Tunezji i Egipcie – w tych, jak Libia, sztandarowych krajach „Arabskiej Wiosny”, która zyskała przecież poparcie Zachodu.
W gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia, jaki jest powód tego najnowszego antyzachodniego „wzmożenia” od Maroka po Bangladesz. Przecież gdyby nie było tego filmu (właściwie filmiku) ośmieszającego Mahometa wyprodukowany w Stanach przez tajemniczego emigranta, podobno egipskiego Kopta, który dla wywołania większego efektu podawał się za Żyda, film został udostępniony w internecie, znalazłby się inny pretekst. Bo to tylko dogodny – irytujący, głośny i łatwo dostępny – pretekst dla tych, w których interesie leży wywołanie fali antyzachodnich demonstracji, protestów i ataków. Zresztą, znamienne, nie tylko na ambasady USA, ale też np. Niemiec – państwa, które jak mało które stara się zachowywać „poprawnie” wobec świata islamu (także przez odmowę udziału we wszelkich akcjach militarnych – obojętne, „niesprawiedliwej” w Iraku czy „sprawiedliwej” w Libii).
Filmik to tylko katalizator dla gigantycznego, jak widać, potencjału nienawiści do Zachodu. W tej roli mogłoby wystąpić cokolwiek – jak w 2005 r., gdy mieliśmy do czynienia z podobnym mechanizmem (choć na mniejszą skalę) po publikacji karykatur Mahometa. Tyle że dziś ekspresja „gniewu islamskiej ulicy” jest mniej spontaniczna. Często to gniew sterowany czy przynajmniej inspirowany. A już na pewno – politycznie eksploatowany. W Egipcie do protestów przed ambasadą USA nawoływało rządzące Bractwo Muzułmańskie. Także w Iranie, Sudanie czy Gazie do protestów wzywały władze.
Niektórzy twierdzą, że autor filmiku to nieodpowiedzialny prowokator i cynik. Możliwe – tylko co z tego? Wolność słowa na Zachodzie obejmuje też wolność do prowokacji nawet na tle religijnym, raniących uczucia wierzących. Bo wolność – przynajmniej taka, w jakiej chcemy żyć – to również wolność dla inaczej myślących. Z taką wolnością islam, ten z ulic Kairu czy Tunisu, ma nadal ogromny problem.
Dlatego, pomijając już polityczne skutki ostatnich wydarzeń (np. dla notowań Obamy; w końcu to także spektakularne świadectwo porażki jego polityki, skoro kilka lat temu zapowiadał „nowe otwarcie” wobec świata islamu), warto odnotować rzecz zasadniczą: choćby film o Mahomecie był beznadziejnie głupi, ma on prawo istnienia. Nie można pozwolić, abyśmy wszyscy na Zachodzie stali się zakładnikami religijnych fanatyków i wykorzystujących ich politycznych cyników, podpierających się islamem. Nie chodzi o obronę głupiego może filmu, ale o zasadę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











