Reklama

Śmierć faraona

Śmierć faraona

w cyklu Strona świata
29.02.2020
Czyta się kilka minut
Jak na kogoś, kto nie miał ponoć żadnych ambicji, ani nawet osobowości, Hosni Mubarak osiągnął całkiem sporo. Został generałem, wojennym bohaterem, a na koniec prezydentem. Rządził trzy dziesięciolecia, przeżył rewolucję, która odebrała mu władzę, i stał się uosobieniem współczesnego Egiptu.
Żałobnik w trakcie pogrzebu Hosni Mubaraka, Kair, 26 lutego 2020 r. / Fot. Maya Alleruzzo / AP Phtoto / East News
E

Egipt to ja, a ja to Egipt” – mawiał z przekonaniem. Cóż, prezydentowi czy premierowi, który rządzi państwem tak długo, zlewa się ono w końcu z własną osobą, a jego własne dobro zdaje się mu tożsame z dobrem państwowym. To dlatego, nawet gdy zmuszono już go do dymisji, nie ogłosił wyraźnie i jasno, że składa władzę, lecz zrobił to za niego zastępca, wiceprezydent Omar Sulejman. A wcześniej, gdy poddani Mubaraka wszczęli uliczną rewolucję, by go obalić, wygłosił do nich te słowa: „Przemawiam do was dzisiaj jak ojciec do swoich synów i córek, z głębi serca. Egipt i ja jesteśmy nierozłączni, pozostanę tu do końca swoich dni, dopóki nie spocznę w tej ziemi”. 

I stało się, jak powiedział. Nie przekonał rodaków, by rozeszli się w spokoju do domów i poczekali, aż przeprowadzi obiecane reformy i ulży ich losowi. Przeciwnie: swoim przemówieniem tylko rozjuszył doprowadzonych do ostateczności ludzi, a uliczna rewolucja obaliła jego rządy. Ale choć odebrano mu władzę, nie wyjechał, do czego go namawiano, z kraju, a nawet jako pierwszy ze współczesnych arabskich dyktatorów został aresztowany i postawiony przed sądem. Wkrótce, choć już nie przy jego udziale, rewolucja została stłumiona, władzę przejął kolejny wojskowy dyktator, który kazał wypuścić Mubaraka na wolność. A kiedy stary prezydent, przeżywszy 91 lat, umarł w tym tygodniu w Kairze, nowy dyktator kazał go pochować z honorami, ale raczej jako wojennego bohatera, a nie byłego przywódcę, przezywanego przez poddanych „faraonem”.

Żołnierz na prezydenta

Marzył ponoć tylko o tym, żeby zostać żołnierzem, a ci, którzy znali go z czasów młodości, twierdzą, że żołnierzem był doskonałym: że się żołnierzem urodził. Kiedy ukończył szkołę oficerską i zaczął się szkolić na lotnika, Egiptem rządził jeszcze król Faruk, a Mubarak uczył się pilotować brytyjskie samoloty Spitfire (na przełomie XIX i XX wieku Wielka Brytania przejęła od osmańskiej Turcji panowanie nad Egiptem, który pozostawał jej protektoratem aż do formalnej proklamacji egipskiej niepodległości w 1922 roku). Kiedy w 1952 roku egipską monarchię obaliła rewolucja „wolnych oficerów”, nowe władze z Kairu nawiązały sojusz z Kremlem, a Mubarak pojechał do Związku Radzieckiego opanować sztukę pilotowania tamtejszych bombowców. Okazał się prymusem (nauczył się także mówić po rosyjsku i pić wódkę jak Słowianie), a po powrocie do kraju szybko awansował.

Pierwsze dwie wojny, w których uczestniczył – kryzys sueski z 1956 roku, gdy Wielka Brytania, Francja i Izrael zaatakowały Egipt w odwecie za nacjonalizację Kanału Sueskiego, oraz wojna sześciodniowa z 1967 roku, gdy państwa arabskie zaatakowały Izrael – zakończyły się klęskami. Tę drugą poprzedziła nieudana interwencja zbrojna egipskiego lotnictwa w Jemenie Północnym, gdzie Kair wspierał lewicujących powstańców. W rezultacie tych wojen egipskie lotnictwo zostało rozbite, a zdruzgotany porażkami egipski przywódca Gamal Abdel Naser (1956-70) zapadł na zdrowiu i umarł. Zastąpił go kolejny wojskowy, Anwar Sadat, ziomek Mubaraka, pochodzący jak on z tych samych okolic z delty Nilu. Sadat awansował Mubaraka na wiceministra wojny i kazał mu odbudować zniszczone lotnictwo.

Mubarak wykonał to zadanie świetnie, a w kolejnej wojnie z Izraelem, w 1973 roku, w żydowskie święto Jom Kippur i muzułmański ramadan, dowodzone przez niego lotnictwo przyczyniło się do sukcesu arabskiego natarcia na zajęty przez Izrael półwysep Synaj. Potem wojska izraelskie przypuściły co prawda kontrnatarcie, odrzuciły arabskie armie i niewiele brakowało, by wzięły je w okrążenie i rozbiły, ale udana operacja na Synaju sprawiła, że Mubarak i jego piloci zostali w Egipcie okrzyknięci bohaterami. Mubarak dostał awans na marszałka, a w 1975 roku Sadat wyznaczył go na swojego zastępcę, wiceprezydenta kraju.


Hosni Mubarak i Anwer Sadat na chwilę przed zamachem, październik 1981 r. / Fot. World History Archive / East News

W październiku 1981 roku Mubarak stał tuż za Sadatem na trybunie, z której przyglądali się defiladzie wojskowej, urządzonej w rocznicę wojny z 1973 roku. Kiedy w pewnej chwili przed trybuną zatrzymała się przejeżdżająca ciężarówka i wyskoczyli z niej żołnierze z karabinami, Sadat, sądząc, że jest to przewidziany punkt parady, wstał z fotela i oddał im honory. Żołnierze okazali się jednak zamachowcami i prezydent padł skoszony salwą karabinową. Dwie godziny później ogłoszono, że nie żyje. Tydzień później Mubarak, który w zamachu został lekko ranny w rękę (w następnych latach wyjdzie jeszcze niedraśnięty z pół tuzina zamachów) został prezydentem Egiptu.

Republika żołnierzy

Zamachowcy byli zwolennikami jednego z radykalnych ugrupowań religijnych, które okrzyknęły Sadata bezbożnikiem, zdrajcą i odszczepieńcem za to, że podpisał w 1978 roku pokój z Izraelem. Mubarak, mimo iż jako wiceprezydent negocjował porozumienia z Camp David, nie był kojarzony z pokojową umową, za którą Sadat i izraelski premier Menachem Begin zostali nagrodzeni Pokojową Nagrodą Nobla. Mubarak, lojalny żołnierz, wykonujący rozkazy przełożonych, nie był nawet przekonany, czy układ z Izraelem należało podpisywać. W przeciwieństwie do swoich poprzedników, Nasera i Sadata, nie był ani wizjonerem, ani rewolucjonistą. Nie bardzo nawet wiedział, co począć z władzą, która niespodziewanie wpadła w jego ręce. Wiedział tylko jedno – skoro już wpadła, to nie może jej stracić.

Odkąd w Egipcie obalono monarchię i ogłoszono republikę, w Kairze – z jednym wyjątkiem – rządzą wyłącznie wojskowi dyktatorzy. Pierwszy, przywódca „wolnych oficerów”, pochodzący z Chartumu Muhammad Nadżib, sprzeciwiał się rewolucji i już po czterech latach został odsunięty od władzy przez Nasera, rewolucjonistę, zapatrzonego w Związek Radziecki piewcę arabskiego nacjonalizmu i socjalizmu. Trzeci, Sadat, wyprosił z Egiptu Rosjan i zawarł przyjaźń z Amerykanami, a namówiony przez nich postanowił też podpisać pokój z Izraelem.

Mubarak nie tylko nie był rewolucjonistą, ale wrogo odnosił się do jakichkolwiek zmian i nowinek. Początkowo nikt, nawet jego rodacy, nie traktował go poważnie. Wielkomiejscy Kairczycy śmieli się z jego prowincjonalnych manier i języka, nawet towarzysze broni, tak bardzo wpływowi w „republice żołnierzy”, uważali go za przywódcę pozbawionego politycznego zaplecza i charyzmy, a więc przejściowego. Za przejściowego, a więc niegroźnego, uznali Mubaraka także wszyscy cisi pretendenci do prezydentury.

Mubarak zaś, niewiele sobie robiąc z szyderstw, ze swojego konserwatyzmu uczynił polityczny oręż. Sam żadnych zmian postanowił nie wprowadzać – choć jak każdy rasowy polityk obiecywał, co mu tylko ślina na język przyniosła – ale nie zamierzał też zmieniać niczego, co zmienili już jego poprzednicy. Uznał, że najważniejsze to nie pogarszać, a nie poprawiać. Niespodzianek nie znosił.

Czas Faraona

Nieprzekonany do pokoju z Izraelem, nie unieważnił go, ale nie zamierzał – na co liczono w Izraelu i USA – przekonywać do niego kolejnych arabskich przywódców. W zamian za pokój odzyskał natomiast dla Egiptu resztę Synaju, a Amerykanie, uznając Kair za najważniejszego obok Izraela sojusznika na Bliskim Wschodzie, płacili krocie za każdą wyświadczoną im przysługę. Mubarak zaś nie tylko utrzymywał „zimny pokój” z Izraelem, ale wraz z Saudami przeciwstawiał się nieprzyjaznym Amerykanom irańskim ajatollahom, usiłującym zarazić cały Bliski Wschód muzułmańską rewolucją, i pośredniczył w rozmowach z Palestyńczykami. Podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej pomógł Amerykanom skrzyknąć koalicję arabskich armii na wojnę z Saddamem Husajnem (w podzięce Waszyngton umorzył Egiptowi 10 miliardów długu). 

Poparł też, ma się rozumieć, ich wojnę odwetową za ataki terrorystyczne dżihadystów na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września 2001 roku i chętnie udostępniał im egipskie więzienia, by mogli w nich torturować wziętych w Afganistanie i Pakistanie jeńców (czego zabrania amerykańskie prawo, uznające tortury za barbarzyństwo i wojenną zbrodnię). Ale ponownej inwazji na Irak w 2003 roku szczerze odradzał; ostrzegał, że w jej skutek pojawi się „stu nowych Osamów ibn Ladinów” i że zamiast wywoływać na Bliskim Wschodzie nową wojnę, lepiej może spróbować przerwać wreszcie tę starą, między Żydami i Palestyńczykami.

W ujawnionej dyplomatycznej depeszy amerykańska ambasada z Kairu pisała o Mubaraku jako o „sprawdzonym i prawdziwym realiście, człowieku z natury ostrożnym i konserwatywnym, niezawracającym sobie głowy idealizmem”. Co roku na egipskie konto wpływało prawie 1,5 miliarda dolarów, głównie na zakupy broni. W Waszyngtonie przyjęto też zasadę, że na każde 3 dolary pomocy dla Izraela 2 kolejne będą wypłacane Egiptowi. 

Mubarak naprawił też stosunki z arabskimi braćmi, popsute przez Sadata, i wynegocjował pokój z Izraelem. W 1989 roku wyrzucony z Ligii Państw Arabskich Egipt znów został do niej przyjęty, a Liga z ulgą wróciła do swojej porzuconej kwatery głównej w Kairze.


Polecamy: "Strona świata" - specjalny serwis "Tygodnika Powszechnego" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego


Swoje rządy w kraju oparł Mubarak na rozbudowanych przez Nasera i Sadata wojsku, policji i służbach bezpieczeństwa. Po zamachu na Sadata wprowadził w kraju stan wyjątkowy i nigdy go już nie odwołał. Najpierw wydał wojnę dżihadystom i partiom religijnym, które wyrosły w opozycji do Sadata i z których wywodzili się jego zabójcy. Na rozkaz Mubaraka do egipskich aresztów trafiły tysiące osób, podejrzanych o wywrotową działalność lub choćby poglądy. W niewoli byli poddawani torturom (tę praktykę w Egipcie stosuje się powszechnie do dziś, a może nawet zwłaszcza dziś), przetrzymywani w aresztach bez wyroków, skazywani na wieloletnie wyroki więzienia.

Prześladował więc dżihadystów i wszelkiej maści muzułmańskich rewolucjonistów, a zwłaszcza rodzimych Braci Muzułmańskich, tłumacząc zachodnim przywódcom, że mają w nim najważniejszego strażnika i obrońcę przed ostrzącymi sobie na nich noże bliskowschodnimi fanatykami religijnymi i terrorystami. Ale nie zaniedbywał też prześladowań liberalnej, świeckiej opozycji, domagającej się zaprowadzenia w Egipcie demokracji. A kiedy Zachód zaczął naciskać na niego, by rzeczywiście zezwolił w Egipcie na więcej wolności, Mubarak, wciąż zabraniając Braciom Muzułmanom oficjalnego używania ich nazwy, pozwoli im na działalność dobroczynną, a nawet by wystawiali w wyborach do parlamentu własnych kandydatów jako polityków niezależnych. Kiedy w 2005 roku, w pierwszych, przeprowadzonych pod naciskiem Zachodu, wielopartyjnych wyborach zdobyli prawie połowę głosów i jedną piątą miejsc w parlamencie, Mubarak straszył zachodnich przywódców, że do tego właśnie doprowadzi pospieszne zaprowadzanie demokracji na Bliskim Wschodzie. Niczym nie ryzykował – w rządzonym przez niego policyjnym państwie parlament i tak nie miał nic do powiedzenia, za to zachodnich przywódców przestraszył nie na żarty i więcej już od niego wolnych elekcji nie żądali.

Bogaty kraj biednych ludzi

Hosni Mubarak dożyłby zapewne swoich dni w prezydenckim pałacu, fałszując kolejne wybory i namaszczając na końcu na następcę syna, Gamala (zdążył go już nawet wynieść do rangi sekretarza generalnego rządzącej partii), gdyby nie to, że niechęć do jakichkolwiek zmian i reform doprowadziła do bankructwa egipską gospodarkę.

Zbudowana jeszcze przez Nasera, wzorowana na Związku Radzieckim, ale przypominająca raczej Indie z czasów Indiry Gandhi gospodarcza machina na przełomie wieków, w czasach triumfu wolnorynkowego liberalizmu stała się niewydolna. Co gorsza, gospodarka wytwarzała coraz mniej w czasach, gdy ludność Egiptu rozrosła się jak nigdy dotąd (w lutym w Kairze urodził się 100-milionowy Egipcjanin). Zaczęło brakować pracy, widoków na przyszłość.

Namówiony przez zachodnich doradców Mubarak zaczął oddawać państwowe dobra w prywatne ręce. Gospodarka ruszyła z miejsca, ale nakręciło to jeszcze bardziej korupcję i kumoterstwo, pogłębiło przepaść między nielicznymi bogaczami a liczniejszymi z każdym rokiem rzeszami biedoty. Egipt, który pół wieku wcześniej nie odstawał gospodarczo od Turcji czy Korei Południowej, stawał się coraz bardziej karykaturą trzecioświatowego, upadłego mocarstwa, o wielkich aspiracjach i wspaniałej przeszłości, a coraz bardziej przypominającego Indie z czasów Jawaharlala Nehru, „bogatego kraju biednych ludzi”.

Im dłużej rządził, tym bardziej zmieniał się także Mubarak. Coraz częściej państwowy skarbiec mylił mu się z prywatnym, a korzystający z życia synowie bez skrupułów czerpali garściami z obu. Pouczał zagranicznych dziennikarzy, że demokracja na Bliskim Wschodzie się nie przyjmie. „Myślicie, że wystarczy wcisnąć guzik i samo się wszystko zrobi? Niestety, zamiast wolności będziemy tu zaraz mieli anarchię. A anarchia jest zła dla ludzi” – mówił w wywiadach. Egipcjanie opowiadali zaś sobie dowcipy o tym, jak to Allah którejś nocy pojawił się w sypialni Mubaraka i budząc go delikatnie powiedział tak łagodnie, jak umiał, że przyszedł czas, żeby się z Egipcjanami pożegnał. „Pożegnał? – zapytał na to „Faraon”. – A dokąd to oni się wybierają?”

Czas rewolucji

Udręczonym satrapią i coraz marniejszą codziennością Egipcjanom odwagi do buntu dodała uliczna rewolucja, która w styczniu 2011 roku wybuchła w nieodległej Tunezji i obaliła tamtejszego dyktatora. Pod koniec stycznia młodzi skrzyknęli się na wieczorny wiec na kairskim placu Tahrir. To wtedy zaczęła się rewolucja.

Mubarak ani myślał ustępować. Najpierw sądził, że sam przekona młodych obietnicami, ale kiedy do buntu przyłączyły się dziesiątki i setki tysięcy, posłał przeciwko nim opłacone bojówki tajnej policji i oddziały policji mundurowej. W dwa tygodnie w ulicznych starciach zginęło prawie tysiąc ludzi, ale rewolucja nie cofnęła się ani na krok.

Po 18 dniach z propozycją nie do odrzucenia przyszli więc do niego generałowie. Powiedzieli, że ma złożyć władzę, by wojsko mogło ją zachować, utrzymać wszystko, jak było, i niczego poza dekoracjami nie zmieniać. W zamian obiecali mu, że ani jemu, ani żadnemu z jego bliskich włos z głowy nie spadnie: że będą żyli wygodnie w którymś z pałaców w czerwonomorskim kurorcie Szarm el-Szejk. Nie dotrzymali słowa. 

Nie minęło pół roku, a ta sama Wojskowa Rada, która odebrała mu władzę, pozwoliła, by Mubaraka postawiono przed sądem, oskarżono o zabójstwa uczestników rewolucji i o złodziejstwo. W sądzie trzymano go w klatce, takiej samej, w której na jego rozkaz trzymano sądzonych wywrotowców czy szczególnie groźnych złoczyńców.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Egipskie tłumy


Wyrok dożywocia wydano na niego w 2012 roku, w przeddzień pierwszych w historii Egiptu wolnych wyborów, w wyniku których władzę i godność prezydenta zdobył Mohammed Mursi, przywódca Braci Muzułmanów, których Mubarak tak zawzięcie zwalczał i przed którymi tak bardzo ostrzegał.

I jego przepowiednie się ziściły. Nie minął rok rządów Mursiego, a ludzie znów wyszli na ulicę, by protestować przeciwko nowej tyranii. Znów polała się krew, a ulicznej wojnie kres położył nowy zamach stanu, w 2013 roku, po którym władza wróciła w ręce wojskowych i ich przywódcy Abdela Fattaha al-Sissiego, który awansował sam siebie na marszałka polnego.

Wszystko wróciło do normy. Sissi kazał wypuścić Mubaraka na wolność. Do więzień wtrąceni zostali za to niedawni rewolucjoniści, Bracia Muzułmanie i dżihadyści. W więziennej celi skończył także obalony prezydent Mursi, pierwszy w Egipcie, który wygrał wolne wybory. On również, zamknięty w klatce jak złoczyńca albo dzikie zwierzę, sądzony był za zbrodnie, których, jak twierdził, nie popełnił. Nie doczekał wyroku. Pozbawiony lekarstw i lekarzy, bez prawa odwiedzin, w więzieniu podupadł na zdrowiu, a w zeszłym roku, podczas rozprawy, zasłabł i umarł.

W wyborach w 2018 roku Sissi zdobył 97 proc. głosów, a brytyjska premier Theresa May pogratulowała mu wygranej i wyraziła nadzieję, że będzie ona „kolejnym krokiem na drodze ku demokracji”. Tylko znany z niewyparzonej gęby Donald Trump, który w tym czasie został prezydentem Stanów Zjednoczonych, nazywa egipskiego prezydenta swoim „ulubionym dyktatorem”. Wobec Mubaraka nie pozwoliłby sobie na to ani Obama, ani Clinton, żaden z Bushów, ani nawet Ronald Reagan.

Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]