Reklama

Samotność we dwóch

Samotność we dwóch

15.05.2007
Czyta się kilka minut
Kto dziś jeszcze umie tak pisać do przyjaciół? Komu dziś prywatne listy służą do autodefinicji, do roztrząsania spraw filozoficznych, politycznych, kulturalnych?.
U

Ukazał się kolejny - po listach wymienianych z Janem Błońskim - tom korespondencji Sławomira Mrożka. Znowu objętościowo potężny! Kto dziś jeszcze umie tak pisać do przyjaciół? Komu dziś prywatne listy służą do autodefinicji, do roztrząsania spraw filozoficznych, politycznych, kulturalnych? Kto zamyka w nich jakiś kształt przyjaźni, porozumienia emocji i intelektów, które przecież tworzą niezwykle ważną tkankę społecznego dialogu i samowiedzy?

Pytam o to sam siebie, bo z lekkim przerażeniem myślę, że to może ostatnie tak potężne tomy korespondencji, których autorami są ludzie dla polskiej kultury ważni, a które mamy okazję publikować i czytać. Taką prywatno-publiczną autoekspresję próbują zastąpić internetowe blogi, ale ich charakter jest jednak zupełnie inny, inni partnerzy dialogu i stopień intymności samej wypowiedzi.

***

Partnerem korespondencyjnego kontaktu jest tym razem dla Mrożka Wojciech Skalmowski, znany wielu czytelnikom "Kultury" pod pseudonimem Maciej Broński, autor około stu sześćdziesięciu nadzwyczaj błyskotliwych, łatwo rozpoznawalnych w swym intelektualnym stylu recenzji i artykułów o literaturze oraz książki "Teksty i preteksty" gromadzącej niektóre spośród nich, z wykształcenia i profesji iranista, wieloletni profesor Harvardu i uniwersytetu w Leuven.

Skalmowski, trzy lata młodszy od Mrożka, wśród orientalistów ma opinię uczonego-ekscentryka, zadziwiającego oryginalnymi, ale dalekimi od naukowej ortodoksji pomysłami; jako krytyk należał z kolei do weredyków, formułował opinie nie bacząc na ich towarzyską poprawność (jak w przypadku "naturalnie mętnego" Norwida), czasem jaskrawie wbrew panującej modzie - tak jak to było z jego frenetycznym atakiem na dekonstrukcję, który ukazał się drukiem w latach powszechnego uwielbienia dla Derridy. Podobnie bezkompromisowy w sądach był także Mrożek, brany kiedyś przez wielu czytelników najniesłuszniej za beztroskiego wesołka - w rzeczywistości raczej mizantrop, nie mający złudzeń co do natury ludzkiej i jej przyrodzonych cech.

Korespondencja obejmuje okres 1970-2003, w którym wiele się zdarzyło w Polsce i na świecie, ale akurat wydarzenia polityczne nie są dla korespondentów najbardziej istotne. To prawda - zauważają w listach takie zjawiska, jak wybór Karola Wojtyły na papieża czy zamach na niego, zauważają - ale już bez szczegółowych relacji - stan wojenny, ale w gruncie rzeczy więcej interesują się własnym losem i swoistą autokreacją. Robi się to z materiału nader różnego: jest w listach sporo informacji o podróżach, sukcesach lub niepowodzeniach zawodowych, nieporozumieniach z krytyką i żurnalistami. Ale jest też wiele o codzienności, o żonach, o borykaniu się z remontami domu (Skalmowski), z kupnem, a następnie sprzedażą rancza w Meksyku czy z ponownym instalowaniem się w polskiej rzeczywistości po latach spędzonych na obczyźnie (Mrożek). Tematem głównym dla obydwu partnerów tej korespondencji jest jednak namysł nad sobą, budowanie własnego "ja".

***

Emigracja - taka, jaka była w czasach komunizmu, czyli nieuchronnie polityczna i jakoś tam definitywna - wyzwala w człowieku myślącym potężną potrzebę autorefleksji, jest bowiem wyskoczeniem z rutyny, bardzo zasadniczą decyzją na temat własnego życia, dającą poczucie, że oto wzięło się sprawy w swoje ręce i poczęło kształtować swój los świadomie. A jednocześnie ten wykuwany celowo los - gdy mu się przypatrzeć - nie spełnia własnego postulatu, wypełnia go jakaś zwyczajność, codzienne byle co, a co więcej i gorzej: brak jest usensowniającej to, co tu i teraz, wyraźnej perspektywy przyszłości. Więc z jednej strony bardziej dojmujące niż w egzystencji "krajowej" pragnienie sensu, a z drugiej - nieuchronne poczucie bezsensu właśnie. Z tym zmagają się obydwaj korespondenci.

Chciałoby się tu cytować ich wypowiedzi całymi stronicami, ale to nierealne, więc weźmy choćby kawałek z listu Mrożka z 11 czerwca 1975: "Często męczy mnie konieczność najrozmaitszych i najróżniejszych planów, sfer, wymiarów, perspektyw, w których muszę żyć jednocześnie. Jednocześnie muszę prać skarpetki i zastanawiać się nad Zagadką Wszechbytu. Rozpiętość, skala, wielość planów jest doprawdy wielka. Odbija mi się po jedzeniu oraz podobno mam duszę nieśmiertelną. (...) Oczywiście, trzeba wszystko naraz. To znaczy, wszystko pomieścić w sobie, niczego nie ucinać, nie wyrzucać, nie zapominać, a tylko nieustannie porządkować, choć nigdy się niczego do ostatecznego porządku nie doprowadzi, może i na szczęście. Oczywiście, najlepiej by było znaleźć jakieś połączenie między praniem skarpetek a Istotą Najwyższą, ale to są już luksusy. Niemniej nie zamieniać się ani w skarpetkę, ani w Mesjasza. Tylko ganiać między jednym a drugim".

Mogłoby się zdawać, że takie myśli napadają pisarza niezależnie od miejsca, w którym przebywa. Ale jednak nie. Oto inny fragment listu z 8 grudnia 1973, pisanego w USA: "Moja obecna teraz tutaj sytuacja jest doprowadzeniem prawie do stanu idealnie czystego tych tendencji i tych sytuacji, które do tej pory znałem w rozrzedzeniu. Jest to emigracja par excellence i takaż samotność. Kiedy wyjeżdżam na wieś, żeby tam w domku wiejskim przeżyć samotnie dwa tygodnie, to jest całkiem co innego niż tutaj taka samotność, kiedy niby codziennie mam spotykać jakichś ludzi, ale z którymi mniej mnie nawet łączy niż z kontrolerem w metro paryskim. (...)

Po raz pierwszy ogarnia mnie przerażenie, że siedzę tu oto i formułuję w głowie myśli w języku osobnym, ja jeden jedyny w tym stepie, skądinąd przecie zaludnionym. Wyobrażenie przejmujące pewną zgrozą. To jeszcze nic, ale próbowałem tu pisania utworu. I nie da się. Nie mogę, nie umiem pisać utworu bez najmniejszej relacji ze wszystkim, co mnie otacza materialnie, moją głową w relacji tylko do mojej własnej głowy. (...) Strach przed utratą tożsamości, rozpłynięciem się, rozpadnięciem się na tylko strukturalne i drobne molekuły (umycie zębów, zjedzenie czegoś, przestawienie jakiegoś przedmiotu z jednego miejsca na drugie), strach tym bardziej przed utratą zdolności do funkcjonowania artystycznego".

Korespondencja Mrożek-Skalmowski jest zatem przede wszystkim sprawozdaniem z prób zachowania tożsamości i zdolności do pisania. Więcej to obchodzi Mrożka i dlatego jego listy są niejako ciekawsze, bardziej dotkliwe. Punktem wyjścia dla Mrożka jest poczucie wszechstronnego wykorzenienia, pochodzenia z bezkształtu: "Ja dopiero jestem naprawdę znikąd. Ani ze szlachty, ani z inteligentów, ani z mieszczan, ani z chłopów, ani z Żydów... (Musiałbym Ci przedstawić moje pochodzenie, środowisko, okoliczności, ale uwierz mi na słowo. Z łatwością mógł­bym udowodnić to, co mówię). Jestem z wielkiego, doskonałego niczego, z doskonałego bezkształtu. Może właśnie to jest moja szansa? Może dlatego, na przykład, emigracja nie dokucza mi ponad miarę i bezkształt, bełkotanie, zamieszanie (którego tak nienawidzę) jest żywiołem, w którym poruszam się względnie swobodnie".

***

Rozważania o istocie i sensie emigracji jako wybranego świadomie modelu życia powracają dość regularnie u obydwu panów. Równie częste są odwołania do takich emigrantów, którzy jakoś potrafili siebie ustanowić, narzucić światu własną osobę. Wśród tych pisarzy najważniejsze miejsce zajmuje Gombrowicz, do którego obaj rozmówcy odwołują się nieustannie - raz z podziwem, innym razem z pretensją, zawsze jednak widząc w nim kogoś, kto umiał przeciwstawić się emigracyjnej chorobie nicości i absurdu pożerających egzystencję. Innym takim gigantem emigracji jest Nabokov - z jego podobną do Gombrowiczowej pewnością siebie i brakiem nabożeństwa dla innych wielkich duchów. Poczucie absurdu wraca jednak w listach dość regularnie. Znów Mrożek:

"Gnębi mnie powtarzalność repertuaru, jak się okazuje w dodatku, dosyć szczupłego. Coraz częstsze przekonanie, że niczego nowego już ani nie zobaczę, ani nie usłyszę. Choćbym do końca życia wypuszczał ołówek z ręki, zawsze spadnie na podłogę. Prawo grawitacji. Gdyby choć raz nie upadł, zatrzymał się w powietrzu, to by mi dodało siły do końca tegoż życia. Czy może być większa nuda? (niż na przykład, tylko na przykład, prawo grawitacji). Powiada się, że młodzież jest konieczna, aby ludzkość coś tam robiła. Ale co? Zawsze to samo. Konieczna, bo starym by się już nie chciało czekać, aż ołówek spadnie na podłogę. Trzeba do tego niezmiernej głupoty, siły złudzenia, więc niech żyje młodość. Nic nowego - wszystko nowe. Oto linia podziału między wstecznikami (mną) a postępowcami. Ale nie można nie zauważyć, że postępowość jest nieuchronnie związana z niedorozwojem inteligencji. Brak wyższej inteligencji pozwala nie zauważyć, że tak naprawdę to nic się nie zmieniło i nie zmienia, natomiast pozwala zachwycać się zmianami nieistotnymi, przesunięciami mechanicznymi i z nich wysnuwać wnioski o Postępie Ogólnym. Żeby być wstecznikiem, trzeba mieć mocne nerwy, zwierzęcą witalność i uczciwe, zintegrowane myślenie".

Trudno nie zauważyć, że przykład z ołówkiem do złudzenia przypomina kłopoty z powtarzalnością zdarzeń i bezsensem istnienia, jakie mają bohaterowie Gombrowiczowskich "Zdarzeń na brygu »Banbury«". Ale Gombrowicz uważa się - mimo wszystko - za postępowca i człowieka lewicy, podczas gdy Mrożek i Skalmowski wytrwale i konsekwentnie lewicowemu myśleniu się przeciwstawiają, drwiąc zeń zarówno, gdy się ujawnia w wersji sowieckiej, jak wtedy, gdy przyjmuje postać zachodnią i oświeconą w liberalnym stylu. Jest to bodaj najczęściej powracający wątek w tej korespondencji, ale czy chodzi w nim istotnie o "prawicę" i "lewicę"? Przerażony zamachem Ali Agçy na papieża, pisze Mrożek:

"Ulubione przez epokę dzielenie rzeczywistości na prawicę i lewicę jest jednym ze sposobów używanych przez gnój w akcji gnojenia. Objawem też zagnojenia umysłu. Trzeba zauważyć, że jest to podział narzucony przez tych, którzy uważają siebie za lewicę, oraz ich orszak, czyli w tej chwili już masy, m.in. masę dziennikarzy. Ci, tacy jak ja, których uważa się za prawicę, takiej interpretacji rzeczywistości się sprzeciwiają, co automatycznie ich kwalifikuje, według kryteriów, które oni właśnie odrzucają, jako prawicę właśnie".

Na miejsce prawicy i lewicy proponuje Mrożek, za Zinowiewem, podział na "jakość" versus "gnój". Wraca tu także nieśmiertelny "cham", który Mrożkowi najsilniej doskwiera, tak jakby doświadczenie zetknięcia z agresywnym prymitywem było najważniejszą traumą jego młodości. W rezultacie głównymi jego ideowymi przeciwnikami są ci, którzy przed aspiracjami chama ustępują lub wręcz próbują je uzasadniać. Widać już teraz wyraźne liaison, jakie w myśleniu Mrożka istnieje pomiędzy Edkiem z "Tanga" czy parobkami z "Zabawy" a wymownymi mędrkami, usprawiedliwiającymi inwazję barbarzyńców, którzy się pojawiają w "Vatzlavie" czy "Ambasadorze".

Tu zatem nie o prawicę w sensie politycznym chodzi, tylko o wierność elementarnym regułom przyzwoitości, na jakich opiera się europejska kultura, niezależnie od ideowych czy politycznych podziałów (z tego punktu widzenia cham lewicowy tyleż jest wart, co prawicowy, tyle że ten pierwszy bardziej się autorom listów dawał we znaki). Mrożek będzie się identyfikował z "reakcjonistą", czyli obrońcą tradycyjnego ładu moralnego i reguł postępowania, a nie z prawicowcem, czyli wyznawcą określonej ideologii i zespołu przekonań politycznych.

Powiem szczerze: ta wytworzona w dialogu dwu przyjaciół metoda oceny rzeczywistości jest całkiem słuszna, ale właśnie tylko w prywatnym użytku, gdzie istnieje obowiązujące aktualnie porozumienie co do wartości. Wyniesiona na forum publiczne, objawia swą słabość, bo przecie z natury rzeczy tam, gdzie "jakość", jesteśmy zawsze "my", a "gnój" niezmiennie reprezentują przeciwnicy. Świat widziany poprzez tak proste kategorie zawsze się w końcu zbuntuje (o swoich pomyłkach - w ocenie np. Wałęsy - Mrożek pod koniec tomu lojalnie swego korespondenta zawiadamia). Nie możemy więc traktować wizji świata, wyłaniającej się z listów, jako definitywnego zdania wyrażanego przez rozmówców na ten temat, ale raczej jako, by tak rzec, wersję roboczą, silnie naznaczoną przez ferowane ad hoc wyroki co do takich czy innych osób i zdarzeń. Jeśli coś w tych listach pozostaje niezmienne, to abominacja, jaką mają obaj korespondenci dla prymitywizmu i chamstwa, żądającego dla siebie władzy i znaczenia.

***

Co się tyczy wartości pozytywnych, mamy tu większy kłopot, zarówno Mrożek, jak Skalmowski wypowiadają się bowiem niesłychanie ostro przeciwko ideologiom lewicowym, ale prawicowych też nie cenią zbytnio, podobnie jak obaj nie są wierzący, więc i Kościół nie jest dla nich autorytetem (choć podziwiają Papieża). Emigracja w takim przypadku staje się ucieczką od stadnego ciepełka w celu uformowania siebie bez związku z jakąkolwiek "masą" czy choćby grupą wyznawców.

Nie jest to zadanie łatwe. Stąd może najbardziej fascynujące są dla obu korespondentów wybitne i w pewnym sensie samowystarczalne osobowości (Gombrowicz, Nabokov, Orwell, Giedroyc, Nai­paul), najczęściej jakoś tam osobne, wyodrębnione z tłumu, czasem nieznośne, ale przecież polegające raczej na sobie i własnych sądach niż na zespole gotowych "poglądów" do wyznawania zbiorowego. Więc jeśli "grupa", to najwyżej dwuosobowa - taka, jaką jest para porozumiewających się listownie przyjaciół.

Jaka jest więc ta para Skalmowski-Mrożek jako zespół wytwarzający na własny użytek wizje świata i wartości? Z pewnością to osobowości wykraczające poza zwyczajność, budzące w dzisiejszym czytelniku listów silne emocje - czasem pozytywne, czasem też negatywne, kiedy obu panom przychodzi ferować nieco zbyt łatwe wyroki o ludziach i sprawach. Oczekiwałem także nieco więcej od Skalmowskiego jako czytelnika utworów Mrożka. Jest on tu - jako odbiorca - wyłącznie entuzjastyczny, co nie pozwala na porządne wartościowanie tekstów. Tam, gdzie jest niezmienny entuzjazm, nie ma bowiem rzeczywistej hierarchii, a przecież na niej pisarzowi powinno naprawdę zależeć. Pod tym względem Błoński, jako krytyczny czytelnik dzieł Mrożka, spisywał się nieporównanie lepiej.

Pewnym kłopotem, jaki w tej korespondencji istnieje, jest zapewne charakterologiczne podobieństwo partnerów, nieomal identyczność poglądów na świat i literackich gustów. A jednocześnie obydwaj zdają sobie sprawę, że w wielu sądach są na tle intelektualnych środowisk europejskich czy krajowych odosobnieni. Stąd pełne wzajemne porozumienie - i jednocześnie poczucie wyosobnienia i samotności, a także pewnej pogardy dla zbiorowych gustów - czy to estetycznych, czy politycznych.

Historia tej znajomości nie może zmierzać do jakiegoś typu happy endu. Jej schyłek naznaczają coraz częstsze napomknienia o chorobach i nadchodzącej nieuchronnie starości, która potęguje samotność, przynosząc również zasadnicze nieporozumienia z nowymi generacjami ludzi kultury. Listy mają więc zakończenie dramatyczne w postaci wiadomości o nowotworze, który pojawia się u Skalmowskiego, ale wybrzmiewają też pod koniec w mniej katastroficznym, choć równie pesymistycznym stylu - jako historia o dwu niepospolicie zdolnych i twórczych ludziach, którzy starzeją się w poczuciu osamotnienia i niepogodzenia ze światem.

Sławomir Mrożek, Wojciech Skalmowski, "Listy 1970-2003", Kraków 2007, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]