Rzeka, Napoleon i Rudy 102

Tymon Markowski, fotograf: Urzeka mnie polskie poczucie absurdu. Czemu w podziemiach wisi tapeta imitująca szyb kopalni? Dlaczego nad wejściem do toalety wisi wielki łosoś?

02.10.2017

Czyta się kilka minut

 / TYMON MARKOWSKI
/ TYMON MARKOWSKI

JOANNA WIŚNIOWSKA: O Twoich zdjęciach znad Brdy napisał m.in. „The New York Times”.

TYMON MARKOWSKI: Gdy „NYT” opublikował tekst o moim projekcie, to w zasadzie była jego premiera w internecie. Wcześniej nie prezentowałem nigdzie tych zdjęć.

Co ich zachwyciło?

Mogli zobaczyć kawałek Polski, sfotografowany w nieszablonowy sposób. To seria szczęśliwych zbiegów okoliczności. Może tego dnia czegoś takiego potrzebowali? Może innego dnia, gdy byłby inny redaktor, wszystko by się potoczyło inaczej? Trafia do nich masa materiałów. Byłem w ich siedzibie, osobiście pokazywałem zdjęcia. Zapamiętałem uśmiech na ich twarzach. Po kilku miesiącach wybrali zdjęcia, które chcieli zaprezentować, i przeprowadzili ze mną rozmowę.

Do czego przywiązywali uwagę?

Do podpisów (śmiech). Chcieli, żeby wszystko było zrozumiałe dla czytelnika. Najbardziej dopytywali o miejscowość Bydgoszcz. Tę z jednym domem. Chcieli być absolutnie pewni, że dobrze to rozumieją – bo byli kompletnie zaskoczeni. Pokazałem im ten jeden dom na ­Google Maps, wtedy zrozumieli, że to jednak możliwe: w Polsce jest wieś, która ma jeden dom.

Bo Bydgoszcze są dwie. Mało kto w Polsce o tym wie.

Dla mnie, mieszkańca Bydgoszczy, to też była niespodzianka. Duże polskie miasto i malutka wieś, a pomiędzy nimi płynie rzeka. Gdy odkryłem tę drugą Bydgoszcz, postanowiłem, że koniecznie muszę tam pojechać. No i okazało się, że jest tam tylko jedno gospodarstwo. I ten dom, w którym mieszkają cztery osoby – rodzina państwa Felskich.

Ile je dzieli?

W linii prostej 106 km, licząc od środka gospodarstwa do ratusza bydgoskiego. To zbudowało moją narrację, dzięki której mogłem wyszukiwać obrazem wszelkie nierealne rzeczy. Już sama koncepcja dwóch Bydgoszczy trochę taka jest. Przestrzeń między Bydgoszczami staje się polem do zagadkowych podróży.

A co je łączy?

Rzeka Brda i postać pana Brunona, który mieszka we wsi Bydgoszcz. Spotkałem go, jak wracał z grzybobrania. Opowiedział mi historię o tym, że kiedyś służył w wojsku w tej dużej Bydgoszczy. Teraz łączy je także mój projekt.

Czegoś szukałeś?

To była przygoda. Nie tylko szukałem, ale i odkrywałem. Potrafię funkcjonować dopiero wtedy, gdy mam zarysowane jasne ramy swojego postępowania, określony obszar. Więc jeżeli już miałem to terytorium między dwiema Bydgoszczami, mogłem działać.

Dlaczego Brda stała się bohaterem?

Uznałem, że to dobry motyw przewodni, który warto eksplorować. Mieszkam w Bydgoszczy, ta rzeka jest obecna w moim życiu prywatnym i w pracy. Tu wszystko mamy jak na dłoni, widzimy, jak wygląda życie, co jest w centrum. Znamy tę rzekę. Ciekawiło mnie, co jest dalej, poza granicami miasta, gdzie jest jej źródło.

Znalazłeś kogoś, kto znał odpowiedź?

Zanim wyruszyłem, znałem tylko ogólniki. Napędzała mnie ciekawość. Nie było widać, żeby Brda wypływała z tego miejsca, które zaznaczone jest na mapach jako źródło. Gdy byłem tam pod koniec roku, odnoga Jeziora Smołowego była wyschnięta. Ale wiadomo, że rzeka bierze swój początek w tym regionie. Jezioro Smołowe uznawane jest oficjalnie za jej początek. Jest tam nawet wbita tabliczka.

Mieszkańcy Bydgoszczy, w której Brda jest sercem miasta, też niewiele wiedzą o swojej rzece?

Takie było moje przypuszczenie. Sądząc po tym, jak są zainteresowani historiami, które przedstawiam, myślę, że przybliżam im rzekę. Ja też dzięki temu poznałem Brdę, nawet popłynąłem pierwszy raz kajakiem. Nie słyszałem żadnych odgłosów. Jest tam absolutna cisza.

Ile zajęła Ci podróż?

Jej pierwsza część trwała ponad pół roku, była elementem programu mentorskiego Sputnik Photos. Wiedziałem, że mam materiał, ale ciągle jest go za mało. Wtedy w idealnym momencie trafiło się stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dzięki temu pracowałem nad tym kolejne pół roku. Wyjazdy były nieregularne. To nie była jedna długa podróż. Gdy zaczynałem, pracowałem jeszcze w jednej z gazet, więc musiałem godzić to z obowiązkami. Czasem potrafiłem jeździć do trzech, czterech miejsc z rzędu, a później robić kilkutygodniowe przerwy w oczekiwaniu na wydarzenie w jakiejś miejscowości.

Jak znajdowałeś historie?

Przez internet. Na mapach Google odnajdywałem różne zaznaczone miejsca lub interesujące zakamarki widoczne z satelity. Nie tylko miejscowości, ale i punkty, w których znajduje się np. Ośrodek Edukacji Leśnej albo zapora wodna. Ale do miejscowości można podchodzić dwojako. Albo można pojechać i poszukać charakterystycznego elementu, albo można poczekać na wydarzenie, które się tam odbędzie. Pierwsze dwa miesiące spędziłem, robiąc research do projektu. Nie pojechałem na ślepo. Wynotowywałem sobie wątki, które można poruszyć w tej opowieści, które trzeba sprawdzić. Wypisałem ich ponad 60. Część nie wypaliła, część nie została uwzględniona w książce. Rzeka stała się pretekstem do podróży, do obserwowania tego, co jest wokół.

Szukałeś człowieka czy przedmiotu?

Tego nie zdefiniowałem. Jeśli poznałem człowieka, i był na tyle interesujący, a jego historia wiązała go z Brdą, to wybierałem człowieka. Tak jak ten mój kapitan na barce. Okazało się, że jest szyprem, pracuje na Brdzie, mieszka nad Brdą, a z żoną, gdy byli narzeczeństwem, na randki chadzali nad Brdę. Ale nie wynajdowałem bohaterów na siłę.

Jak ważna dla fotografa jest rozmowa?

Bez rozmów nie byłbym w stanie znaleźć powiązań. Dzięki temu mogę też wtajemniczyć bohatera w ten projekt. Tłumaczyłem, po co to wszystko robię. Dbałem, żeby utrzymywać z nimi relacje. Do dziś mamy kontakt, opowiadam, co dzieje się z projektem. To mnie zbliża do bohaterów, wtedy nie czują się wykorzystani.

Odwiedziłeś też Babilon i Arizonę.

To był duży łut szczęścia.

Reporterzy mówią o szczęściu reportera. Ty miałeś szczęście fotografa?

Tak. Jeżeli bardzo ciężko pracujesz, to szczęście przychodzi samo i jesteśmy wynagradzani za dociekliwość i pracę. Sam uważam siebie za dużego szczęściarza. Kto by przypuszczał, że akurat gdy będą w danym dniu, o danej godzinie w Koronowie, strażnik więzienia będzie niszczył bałwana? Albo zdjęcie wieżyczki czołgu Rudego 102. Chciałem zrobić nowe. Gdy akurat się tam pojawiłem, nadeszła mgła, i wyszło z tego idealnie pasujące do książki zdjęcie.

Wróćmy jednak do Babilonu i Arizony.

To był ślepy strzał. Przeglądałem internet i znalazłem ośrodek Leśna Cisza Babilon w Charzykowych, a na jego stronie galerię zdjęć. Nie wydał mi się zbytnio interesujący, ale na jednej fotografii, w tle na obrzeżach kadru, dojrzałem fragment wielkiej – jak się potem okazało – płachty. Nie miałem pojęcia, co to jest, ale instynkt podpowiadał mi, że to może być ciekawe. Stwierdziłem, że muszę tam podjechać i zobaczyć. Gdy przyjechałem na miejsce i zobaczyłem, że w środku lasu wisi ogromy baner przedstawiający kowbojkę na pustyni, moja ciekawość została wynagrodzona.

A gdzie spotkałeś Napoleona?

Przy okazji robienia innego zlecenia w tym rejonie. Fotografowałem przemarsz rekonstruktorów w Tucholi. Nagle zobaczyłem Napoleona. Nie mogłem go wyciągnąć z festynu, ale umówiliśmy się na spotkanie kilka dni później. Specjalnie dla mnie przedłużył wypożyczenie swojego stroju. Cieszę się, że pan Piotr zaangażował się w ten pomysł, bo już na straty spisałem jeden z punktów w moim notesie, który brzmiał „Napoleon – Drzewicz”. Kiedyś znalazłem informację, że w Drzewiczu Napoleon przeprawiał się przez rzekę i nie wiedziałem, jak to sfotografować. Stał tam tylko upamiętniający tę przeprawę kamień.

I przeprawiał się?

Nie, to była zmyślona historia, która miała zwiększyć atrakcyjność tego miejsca. Gdy dotarliśmy na pole namiotowe, wzbudziliśmy sensację. Wcześniej pytałaś mnie o szczęście – gdy tam staliśmy, podeszła kobieta i zdradziła sekret, że legenda o Napoleonie w Drzewiczu była zmyślona, wbrew temu, co pisze np. Wikipedia.

A co robi Rudy 102 w Bydgoszczy?

Kręcono tu odcinki „Czterech pancernych”. Miałem z tym problem, to był dla mnie tak oklepany widok, że aż normalny. Musiałem nabrać do tego dystansu. To taki zdjęciowy absurd: wieżyczka wystaje z ziemi, a gdzie reszta czołgu?

W Twoich fotografiach dużo jest poczucia humoru.

Zdjęcia mówią dużo o charakterze i fotografie jako o człowieku. Inni decydują się opowiadać historie ważne, ale to aktualnie nie jest droga dla mnie, wolę wyrażać się poprzez puszczenie oka do widza, ironię i absurd. Tego właśnie uwielbiam szukać w Polsce. Mamy niesamowite pokłady absurdalnych sytuacji, daleko nie trzeba szukać. Ale nie chcę tego absurdu krytykować. On mnie urzeka. Gdy znajduję coś dziwnego, to się rozpromieniam. Zaczynam się zastanawiać nad taką sytuacją, zadaję pytania. Jaką historię kryje wielki drewniany niedźwiedź stojący przed domem? Czemu w podziemiach wisi tapeta imitująca szyb kopalni? Dlaczego nad wejściem do toalety wisi wielki łosoś?

Podobno w Brdzie odrastają odcięte palce...

Odrosły panu Włodzimierzowi, który często przebywa w bagnach obok Brdy w Zamrzenicy. Organizuje tam obozy surwiwalowe. Kontakt do niego dostałem od Napoleona. Usłyszałem historię o mężczyźnie, który wchodzi z ludźmi do bagna. Dopytywałem o to kilka razy, czy to na pewno wygląda tak, jak sobie wyobrażam, nie mogłem uwierzyć. Często w tej pracy tematy na pierwszy rzut oka interesujące – na żywo już takie nie są. Można się rozczarować.

„Chciałem zrobić tak dziwne zdjęcia, jak to jest tylko wizualnie możliwe” – powiedziałeś w rozmowie z „New York Timesem”.

Fotograf prasowy ma za zadanie tak sfotografować temat, żeby jedno zdjęcie opowiadało całą historię. Ma wszystko wyjaśniać, żeby nie było żadnych pytań i wątpliwości. Jeżeli odsuwam na bok fotografię prasową i zabieram się za projekt dokumentalny, sam decyduję o sposobie realizacji. Chciałem, żeby te zdjęcia zatrzymywały odbiorcę na dłużej, żeby zaczął się zastanawiać, co widzi, i żeby zadawał pytania. Postanowiłem dać odbiorcy możliwość, że jeżeli będzie chciał uzupełnić albo znaleźć odpowiedź na to, co właśnie widzi, to będzie miał taką możliwość. Poprzez anegdotę i tekst, który opisuje zdjęcie i sytuację.

Ale teksty nie są tuż przy zdjęciu.

Gdyby tak było, odbiorca od razu przechodziłby do tekstu, żeby przeczytać i zrozumieć, co widzi. Chciałem te teksty ukryć. Dlatego książka została zaprojektowana w specyficzny sposób. Najpierw zaprezentowane są zdjęcia, dopiero potem odbiorca może odnaleźć opisy.

Książka przypomina mapę rzeczną.

Taką mapę dostałem od mojego dziadka. Rozkładała się jak harmonijka, a gdy się rozłoży w całości, to w jednym ciągu narysowana jest cała rzeka. Dlatego moja książka ma taką formę. Jej wygląd nawiązuje właśnie do mapy rzeki. Ale we „Flow” jest więcej nawiązań do mapy. Prostokąty na okładce to miejsca wykonania zdjęcia, które można zlokalizować dzięki mapie na końcu książki.

O czym mówią nam Twoje zdjęcia?

Trochę o nas, o Polsce, o tym, jak jesteśmy różnorodni, jaką uwagę przywiązujemy do różnych symboli. Ale to niezręczny moment, gdy fotograf ma zabrać głos i powiedzieć, co odbiorca ma z tego wynieść dla siebie. Każdy odnajduje inne znaczenia. Ja dostarczam tylko pretekst do wniosków.

Wrócisz nad Brdę po nawałnicy, do której teraz doszło w sierpniu?

Fotografowałem skutki wichury w 2013 r., nie było to przyjemne doświadczenie, straszna tragedia dla mieszkańców tego regionu. Choć w tym roku katastrofa była dużo większa, nie zamierzam fotografować tego tematu. Chciałbym wracać nad Brdę tylko z pozytywnymi wspomnieniami.

Na żadnym z Twoich zdjęć nie ma rzeki.

To byłby banał robić album o rzece i ją fotografować. ©

TYMON MARKOWSKI (ur. 1986) mieszka w Bydgoszczy. Jest fotograficznym samoukiem, ukończył studia socjologiczne w bydgoskiej Wyższej Szkole Gospodarki. Zaczął fotografować w 2006 r. Przez osiem lat związany z prasą – „Expressem Bydgoskim” i „Gazetą Wyborczą” – później dołączył do kolektywu fotografów ulicznych Un-Posed. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Był nominowany i wygrywał konkursy fotograficzne w kraju i za granicą. Zdobywca międzynarodowego tytułu Fotograf Roku w kategorii event ­(International Photography Awards 2016) oraz tytułu Fotoreporter Roku 2016 w konkursie Stowarzyszenia Fotoreporterów.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2017