Reklama

Różewicz i profesorowie

Różewicz i profesorowie

04.10.2021
Czyta się kilka minut
W liście do literaturoznawcy Ryszarda Przybylskiego Różewicz pisał: „proszę, nie wspominajmy już więcej osoby T. Różewicza. Rozmawiajmy o innych ludziach, zdarzeniach, literaturach”.
P

Prawdę mówiąc tytuł powinien brzmieć: Różewicz i Profesor, ale wszystko, co tu powiemy (głównie) na temat jednego profesora, a właściwie Profesora, może stanowić dość reprezentatywny przykład innych relacji z akademikami. Zanim do tego przykładu przejdziemy, uwaga natury bardziej ogólnej.

W „Językach teatru” (tomie rozmów z reżyserem Kazimierzem Braunem z lat 80.) Różewicz wspomina o „entuzjastach, egzegetach i znawcach, których się do cholery i trochę narobiło, i którzy są przekleństwem ludzi sztuki”. Uwaga ta powinna nas skłonić do wyciągnięcia dwóch co najmniej wniosków. Pierwszy: odnośnie do istnienia całego frontu osób, które są, powiedzmy, kłopotem dla Różewicza jako człowieka sztuki. Drugi: że sprzeciw wobec znawców (określenia tego będziemy zamiennie używać ze słowem „profesor”) nie wynika stąd, że znawcy nie chwalą – jak mogliby podejrzewać złośliwcy – lecz z jakiegoś innego powodu. Z jakiego? Oto nasze pytanie.

Entuzjaści, egzegeci, znawcy – dlaczego właśnie oni są „przekleństwem”? Czyż pisarze nie potrzebują entuzjastów? Czyż ci autorzy, którzy mają „własnych” znawców, nie czują się dowartościowani faktem, że to właśnie oni, a nie inni (czyli zdecydowana większość) znawców zyskali? Czyż nie są pożyteczni egzegeci, którzy z poświęceniem wyjaśnią niejasne i rozwikłają zawikłane – i czyż nie zasługują oni na wdzięczność? Otóż nie – jak zdaje się wynikać ze słów Różewicza.

Mógłby ktoś powiedzieć, że „czepiamy się” tu jednej i być może incydentalnej wypowiedzi, wyprowadzając bezpodstawnie kolejne pytania. Tak jednak nie jest – sprzeciw, a przynajmniej jakaś zasadnicza nieufność wobec profesorów, znawców i krytyków (nawet gdy chwalą), jest stałym elementem myślenia Różewicza. Jest obecna m.in. w korespondencji z wybitnym profesorem, a więc raczej Profesorem, Ryszardem Przybylskim, która stosunkowo niedawno ukazała się na rynku księgarskim („Listy i rozmowy 1965-2014”, Warszawa 2019). I to właśnie Przybylski będzie naszym przykładem.

Patos i ironia

Przybylski jest (nie tylko w listach, ale o nich tu będzie mowa) sugestywnym i śmiałym interpretatorem Różewicza. Najbardziej chyba rzuca się w oczy patos, z jakim pisze. Patos obcy Różewiczowi, który ma predylekcję do sarkazmu i ironii. Gdy więc Przybylski rozpościera swe wzniosłe wizje na temat posłannictwa literatury, Różewicz wielokrotnie przypomina, że przede wszystkim towarzyszy mu poczucie śmieszności z powodu tej żałosnej uzurpacji, polegającej na byciu tak zwanym poetą. Gdy, na przykład, Przybylski wywodzi (w liście z 6 stycznia 1966), że „prawdziwie wielki poeta [tj. Różewicz] znajduje się zawsze na »schodach mistycznych«”, Różewicz wspomina o dojmującym „poczuciu śmieszności swojej misji”, dodając, że to „było zaoszczędzone nie tylko Słowackiemu, ale i Syrokomli”. Świadomie obok wieszcza stawia zapomnianego romantyka zwanego (bynajmniej nie ironicznie) „lirnikiem wioskowym”. Niejako zatem spuszcza z Przybylskiego powietrze. Rzecz jasna bezskutecznie.

Przybylski zadawał jednak Różewiczowi ważne i godne pamięci pytania. Na przykład w marcu 1977 r. pisał: „Czy Ty naprawdę uważasz, że każda analiza tekstu poety to przeinaczenie lub zabijanie »prawd żywych«? Czy naprawdę sądzisz, że w dążeniu do prawdy nic Ciebie i mnie nie łączy? Czy zastanawiałeś się kiedyś, do jakich prawd dochodzi człowiek, kiedy kocha poetę? Nigdy nie przyszło mi do głowy czepianie się poety. Jak można czepiać się poetów, jeśli nawet ich grzechy i upadki są źródłem mądrości! Serce moje, odróżnij humanistów od miernot i uwierz w naszą uczciwość”. Czy te słowa Różewicza przekonały? Wolno w to wątpić. Bo jeszcze po 20 latach (w liście z 20 stycznia 1997) Przybylski poruszał ten sam problem, ale już w tonie cokolwiek żartobliwym: „Wygrałeś los na loterii. Tadeusz Różewicz jest jeden i na dodatek wspaniały. A profesorów jest jak psów i na dodatek pełno wśród nich kretynów. Co prawda, chodzi mi głównie o polonistów, ale i wśród historyków sztuki też by się kilku znalazło” (dodajmy, że sam Przybylski był polonistą).

Warto byłoby dokonać, za przeproszeniem, egzegezy tych dwóch cytatów, zwłaszcza pierwszego, bo Przybylski naprawdę pisze tu pięknie. Z braku miejsca poprzestańmy na samych pytaniach, żeby choć zasygnalizować poruszone zagadnienia. Czy i z jakiego powodu – a nawet: co lub kogo – „zabija” analiza wiersza? Bo jeśli to prawda, co innego powinniśmy robić z wierszami? Sam Przybylski preferuje relację polegającą na „kochaniu poety”. Czy wynika z tego, że „kochanie” otwiera dostęp do „prawdy”, zaś analiza nie? Bynajmniej. Przybylski mniema najwyraźniej, że, po pierwsze, w naszej relacji z poezją chodzi o prawdę, po drugie, że drogę do prawdy otwiera (nie zaś zamyka) „kochanie”, i że – po trzecie – „kochanie” jakoś godzi się z analizą. Dowiadujemy się ponadto ważnej rzeczy o tym „kochaniu” – kochający nie osądza. Może z tego powodu, że (jak pisał Przybylski w liście z 25 stycznia 1989) „Wielcy poeci mają to do siebie, że sieją nadzieję, nawet wówczas, kiedy krzyczą z jamy”.

Analizując miłość

Wróćmy do słówka „jakoś” w kontekście godzenia (się) analizy z „kochaniem”. Analiza to spojrzenie z zewnątrz, „kochanie” to pozostawanie wewnątrz. Racji serca rozum nie pojmie, bo nie ma tu nic do pojmowania (jak wiemy od Pascala). Odpowiedź Przybylskiego na pytanie, jak pogodzić te dwie perspektywy, jest niemalże unikiem: „miernota” nie potrafi, „humanista” potrafi czynu takiego dokonać. Podobna opozycja, dodajmy od razu, rządzi drugim cytatem. Wielki poeta jest „nosem Kleopatry” (by znów odwołać się do Pascala), czyli punktem nieciągłości. W tym sensie jest (zawsze) jeden („Każdy poeta jest jeden / poeta jest największy / ten drugi też jest największy” czytamy w „Poemacie autystycznym”). Z kolei profesorów jest wielu, bo wiedza jest ciągła i wciąż przyrasta (inaczej nie byłaby wiedzą). Ergo: nie można mieć wiedzy o wielkim poecie. Ale w tym miejscu Przybylski wykonuje znów unik: chyba że jest się profesorem historii sztuki, a nie literatury… Wtedy niemożliwe bywa możliwe.

Jak sam Przybylski radził sobie z faktem, że jest profesorem? Od początku był sprytny i odważny. Spryt polegał na tym, że przyjął strategię następującą: „ci, którzy Pana chwalą, nie rozumieją Pana, ale ja Panu powiem, kim Pan jest naprawdę” (co brzmi, na przykład, tak: „zasrańcy plugawią Pańską pracę”, list z 6 stycznia 1966). Zatem Przybylski zdaje się mówić Różewiczowi: ja jestem prawdziwym humanistą, a nie miernotą; niby jednym ze znawców, ale tak naprawdę kimś innym (i mówił prawdę, choć to okazało się dopiero po latach).

Na czym polegała odwaga? W wielu listach – głównie przez pierwsze lata znajomości – Przybylski niemal „atakuje” Różewicza wyznaniami miłości, oddania, uwielbienia, cały czas tłumacząc mu, kim naprawdę jest (czyli w gruncie rzeczy przyjmując postawę profesora, ale bez użycia języka naukowego). W odpowiedzi słyszy, między innymi, „proszę, nie wspominajmy już więcej osoby T. Różewicza. Rozmawiajmy o innych ludziach, zdarzeniach, literaturach” (list z 11 stycznia 1966) albo „Na radości i smutki poety T.R. trzeba już opuścić zasłonę” (list z 17 października 1966). W roku 1983 w odpowiedzi na kolejną zawrotną (ale bardzo sugestywną) interpretację swojej twórczości Różewicz odpowiada Przybylskiemu (list z 17 sierpnia 1983): „odszedłeś w bardzo odległe (i obce mi) światy (...) Rysiu, Rysiu – może czasem trzeba wypić ćwiartkę pod kiszonego ogórka”... Wniosek? Jest chyba oczywisty: trudno o lepsze określenie Przybylskiego niż „entuzjasta, egzegeta i znawca”. Zasługuje on na nie jak mało kto!

Nasza perspektywa stopniowo się odwraca. Entuzjaści, owszem, często chwalą, zamiast próbować zrozumieć; egzegeci niekiedy zaciemniają, próbując rozjaśniać; znawcy czasem najbardziej dbają o własny autorytet zamiast służyć autorowi i sprawie jego pisarstwa. Ale wszyscy oni pozostają niezastąpieni. Bo czy Przybylski okazał się „przekleństwem” Różewicza? W żadnym razie! „Pan wyzwolił we mnie pewne sprawy, o których trudno mówić, o których może nie trzeba mówić” pisał 17 grudnia 1965 r. Różewicz. „Wyzwolenie” to naprawdę niemało... Tak oto wyszło na jaw, że w istocie Różewicz potrzebuje Przybylskiego i to na tyle intensywnie, że czyta jego stare listy, kiedy nie przychodzą nowe. W dziwny i niepokojący sposób Przybylski niejako mówi za Różewicza to, czego Różewicz powiedzieć nie potrafi, i do tego w taki sposób, którego Różewicz sam sobie zabronił. I z tego powodu staje się kimś wyjątkowo ważnym.

„Jesteś częścią mnie samego” wyznaje Różewiczowi w grudniu 1970 r. Przybylski. Ale to tylko połowa prawdy. To samo mógłby, jak sądzę, powiedzieć Różewicz. Profesor mieszka w Poecie, a Poeta mieszka w Profesorze – i bynajmniej nie tylko z tego powodu, że Profesor ma w swoim pisaniu skłonność do poetyckiego patosu.©


Eliza Kącka: Przepastna metafizyka i niezgłębiona prostota. Anatomia Boga i kiszone ogórki. Tadeusz Różewicz i Ryszard Przybylski przyglądają się sobie. To było ekstremalne spotkanie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]